Reklama

Ładowanie...

Koniec sosu tysiąca wysp. Najlepsze polskie płyty jesieni

Koniec sosu tysiąca wysp. Najlepsze polskie płyty jesieni

26.09.2022
Czyta się kilka minut
Wybrał Jan Błaszczak.
S

SOFIE BIRCH and ANTONINA NOWACKA „LANGUORIA” / Unsound, Mondoj Records

Antonina Nowacka to wokalistka, której zainteresowania oscylują wokół muzyki dawnej, religijnych pieśni i tradycyjnych obrzędów. Jej solowe płyty wyrastały z miejsc niezwykłych.

„Lamunan” zrodziło się z doświadczenia samotnego śpiewania w jawajskiej jaskini Seplawan i interakcji głosu z akustyką tej przestrzeni. Natomiast „Vocal Sketches from Oaxaca” wzięło się z wizyt, które wokalistka składała w opustoszałych ze względu na pandemię meksykańskich kościółkach. W medialnych reakcjach na pierwszy plan wychodziła egzotyka tych scenerii. Wpływ tamtejszych kultur i tradycji. Mnie równie mocno uderzała odwaga i bezpretensjonalność wokalistki, która napotkawszy interesujące akustycznie przestrzenie, odczuwała potrzebę, by zacząć śpiewać – godzinami improwizować w samotności lub ściszać głos w obecności zbliżających się pielgrzymów.

Mam wrażenie, że właśnie za sprawą tej naturalności dokonania Nowackiej dalekie są od awangardowej abstrakcji cechującej niejednokrotnie unikającą słów wokalistykę. Przeciwnie, twórczość artystki jest bardzo komunikatywna. Generuje emocje bez pośrednictwa znaczeń. Nie inaczej jest na albumie „Languoria” nagranym z Sofie Birch, duńską producentką ambientu. W żadnym razie nie jest to rewolucja w postrzeganiu tej pływającej, nielinearnej muzyki elektronicznej. Melodyjna, posiłkująca się organicznymi brzmieniami „Languoria” to pojętna absolwentka szkoły Briana Eno. I co z tego, skoro błogość wokaliz oplatających minimalistyczne, lśniące detalami tematy Birch sprawia, że nie chcę ich wspólnej twórczości zgłębiać, tylko się w niej zagłębiać.

MITCH and MITCH CON IL LORO GRUPPO ETEREOFONICO „AMORE ASSOLUTO PER ENNIO” // Jazzboy Records

Po ogromnym sukcesie albumu „1976: A Space Odyssey”, którym Mitch & Mitch przywrócili światu Zbigniewa Wodeckiego, oni sami trochę przyblakli.

Ich następna płyta „Visitantes Nordestinos” niebezpiecznie ciążyła w stronę muzaku, a epka „Frisco Moods” przeszła bez większego echa. Wydaje się jednak, że tej jesieni trend się odmieni. Co ciekawe, na najnowszej płycie zadziałało to samo, co w przypadku „1976: A Space Odyssey” – zwrócenie się ku twórcy powszechnie znanemu, ale niekoniecznie z tego repertuaru. Na „Amore assoluto per Ennio” Mitch & Mitch grają utwory włoskiego mistrza muzyki filmowej w aranżacjach bliskich oryginałom, sęk w tym, że nie ma wśród nich tematów z „Misji”, „Cinema Paradiso” czy spaghetti westernów. Zespół skupił się na okresie 1969-71, kiedy Morricone pisał dla włoskich reżyserów kompozycje w duchu bossa novy.

To utwory wręcz nieprzyzwoicie przyjemne. Wypełnione ciepłym brzmieniem waltorni i fletu, udekorowane muśnięciami klawesynu, dopieszczone zwiewnymi wokalizami. Przy czym warto dodać, że ze względu na ­potrzebne instrumentarium Mitch & Mitch wywrócili do góry nogami skład zespołu. Odeszli mężczyźni, dołączyły kobiety. I tak na „Amore assoluto per Ennio” słyszymy Małgorzatę Sarbak (klawesyn), Magdalenę Gajdzicę (wokal, flet poprzeczny), Magdalenę Kordylasińską-Pękalę (instrumenty perkusyjne), Annę Brachaczek (gitara basowa) i Annę Baran (waltornia). Choć brak tu gwiazdy estrady pokroju Wodeckiego, to jestem spokojny o sukces tego, bardzo zresztą udanego, wydawnictwa. Bo promować tę płytę, to jak promować lato we Włoszech.

KAMIL PIOTROWICZ SEXTET „WEIRD HEAVEN” // Howard Records

Kompozytor Kamil Piotrowicz konsekwentnie wyplątuje się z sieci jazzowych skojarzeń, choć nie ułatwia mu tego struktura, którą operuje.

Jego sekstet współtworzą celebrowani na tej scenie instrumentaliści: trębacz Tomasz Dąbrowski, saksofoniści Kuba Więcek i Piotr Chęcki oraz doświadczona sekcja: Andrzej Święs i Krzysztof Szmańda. A jednak język, którym muzycy posługują się na „Weird Heaven”, to wyrazisty, bardzo zindywidualizowany idiolekt. W polirytmicznych strukturach i powracaniu, zapętlaniu motywów słychać wpływy minimalizmu. Jednak z niego współczesny jazz czerpie przecież pełnymi garściami. Moją uwagę bardziej przyciągają więc utwory zawieszone gdzieś pomiędzy współczesną kameralistyką a popową wrażliwością. Utwory, które mógłby komponować Mark Hollis, gdyby przedwcześnie nie zarzucił ­muzykowania.

U Piotrowicza te popowe ciągoty przybierają mniej lub bardziej zakamuflowane formy. Bawiące się tempem „TFE” opiera się na prostym groove’ie, który mógłby nadawać ton jakiegoś hitu Fleetwood Mac. W „Bipolar” sekcja dęta powraca pięknym, lirycznym refrenem. Najbardziej wyróżniającym się na tym polu utworem jest jednak „Winning Is For Losers”, w którym Piotrowicz nie dość, że śpiewa, to jeszcze posługuje się autotune’em. Rezultat brzmi jak zapomniany singiel alternatywnej hip-hopowej grupy Why? Albumem „Weird Heaven”, wypełnionym intrygującymi zabiegami i lirycznymi melodiami, Piotrowicz odważnie otwiera sobie kilka nowych ścieżek jednocześnie. Zapominamy o słowie na „j”, poszerzamy pole walki.

ATOL ATOL ATOL „KONIEC SOSU TYSIĄCA WYSP” // Gustaff Records

Nie wiem, czy nazwa wrocławskiej postpunkowej grupy ma nawiązywać do słynnej formuły wypowiadanej przez serialowego kota Rademenesa („hathor, hathor, hathor”), ale słuchając ich debiutanckiej płyty, czuję się jak bohater „Siedmiu życzeń”. A przecież oczekiwania miałem wysokie, wiedząc, że zespół tworzą m.in. Łukasz Plata i Artur Soszyński z Ukrytych Zalet Systemu oraz Hubert Kostkiewicz z The Kurws. Wraz z wokalistką Agatą Horwat grają oni jednak najlepszy polski postpunk, jaki słyszałem od lat.

„Koniec sosu tysiąca wysp” to z jednej strony szaleńczy puls, który przenosi do Nowego Jorku przełomu lat 70. i 80. i zespołów łączących ­punkrockowy rodowód z wpływami dubu, funku oraz disco. Weźmy choćby „Gąsienice”, które brzmią jak wzięte żywcem z repertuaru James White and the Blacks. To jednak tylko jeden z punktów odniesienia, bo album Atol Atol Atol buzuje od pomysłów i uderza do głowy od zwrotów akcji. Mamy tu więc trochę posthardcore’owej zadziorności, a także sporo kleistego, lejącego się dubu, z którego wyłania się i w którym roztapia się „Koniec sosu tysiąca wysp”. Wreszcie, wrażenie robią też teksty przypominające, że jesteśmy w mieście Lecha Janerki i Janka Kozy. Choć uważam, że nie było w Polsce lepszego tekściarza niż lider Klaus Mit- ffoch, to sądzę, że nie powstydziłby się on takich „100 nieodebranych połączeń”. Biorąc pod uwagę świetną płytę „Powięź / Fascia” wydaną wiosną przez The Kurws, wygląda na to, że w tym roku to Wrocław rozdaje karty w gitarowej alternatywie.©

Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz i krytyk muzyczny, współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Autor książki „The Dom. Nowojorska bohema na polskim Lower East Side” (2018 r.).

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]