Wojciech Bonowicz: Jak dzisiaj spałaś?
Anna Dymna: Nie wiem, czy w ogóle spałam. Byłam w jakimś innym świecie – co chwilę ktoś zapalał światło i mówił: „Musisz czytać »Nanę«”. Bo mam teraz w Starym Teatrze próby do sztuki według Emila Zoli. A moje oczy odpowiadały, że nie dam rady, że już nic nie widzę. Więc gasiłam światło, ale i tak nie mogłam zasnąć. Dziś rano nagrywałam w radiu trzydziestosekundowe zapowiedzi akcji „Choinki Jedynki”. Jak sformułować myśli, żeby trafić do ludzi w tak krótkim czasie? No więc leżałam i formułowałam.
Była pełnia.
To na pewno pomagało w niespaniu. Ale ja w ogóle mało śpię. Na szczęście mam bardzo dobrych dwóch terapeutów. Więc jak włączam iPada, by popracować w łóżku i nie tracić czasu, to przychodzi terapeuta – taki duży, mruczący – i najpierw wali w niego głową, a potem się kładzie i wystawia brzuch, żeby go głaskać. I w ten sposób czasem zasypiam.
Kłopoty ze snem miałam zawsze. Zazdrościłam koleżankom i kolegom, którzy po całym dniu prób, spektakli, nagrań wracali do domu i padali ze zmęczenia. Ja, jak wracam z teatru, potrzebuję kilku godzin, żeby ochłonąć. Ratuje mnie trochę to, że dojeżdżam samochodem i pierwsze wyciszenie mam właśnie tam. Ale kiedy już jestem w łóżku i zgaszę światło, zaczyna się kotłowanina myśli. Jak było, co jutro, czy ja na pewno ze wszystkim zdążę. Bo przecież oprócz grania mam dużo innych obszarów, w których działam. Jest fundacja i Festiwal Zaczarowanej Piosenki, o który walczę, bo ciągle brakuje środków. Jest program „Spotkajmy się”, który muszę przygotować – znaleźć rozmówców, wejść w ich historie, zdobyć zaufanie – a to czasem nie jest proste. Mam co niedzielę Salon Poezji, no i jeszcze zajęcia ze studentami w AST, wywiady, spotkania, wyjazdy itp.
I nie da się z niczego zrezygnować?
Nieraz słyszę: „Musisz uczyć tych studentów?”. Przepraszam, ja nic już nie muszę, mam 73 lata. Jeśli uczę, to dlatego, że chcę i że daje mi to siłę do życia. Dzięki tym młodym wiem, co się dzieje ze światem. Co się zmienia, a co pozostaje niezmienne. Ja tego nigdzie nie wyczytam. Jak spotykam tych zdolnych, pięknych 19-latków, to widzę, co oni mają w oczach, jak na siebie patrzą, jakie mają odruchy, słyszę, jak mówią. A kiedy kontakt staje się głębszy, to dowiaduję się także, co myślą, czego się boją, czego im brakuje. Dzięki nim nie stałam się smutną panią, która powtarza: „Za moich czasów…”, tylko żyję również w ich czasie, razem z nimi.
Czasem przychodzi myśl, że mogłabym zrezygnować z grania. Jest mi coraz trudniej, boli mnie kręgosłup, ręce, nogi. Ale jak mogłabym zostawić teatr? Dzięki próbom u Luka Percevala wchodzę teraz w świat Zoli. To jest taka magma emocji, namiętności, pragnień, kompleksów, okropnych grzechów, ludzkich zachowań, które powtarzają się i człowiek nie potrafi przed nimi uciec.
Naturalizm, wiadomo.
I myślisz sobie: „To nie jest normalne – taki świat”. Ale potem idziesz na próbę i zaczyna cię wciągać to, co się tam dzieje. Teatr dotyka bardzo intymnych sfer w człowieku. I samo bycie w zespole jest fascynujące. Jest ciężko, bo próby są dwa razy dziennie. A jeszcze dochodzą próby wznowieniowe do innych spektakli. Ale oprócz zmęczenia jest też ciekawość, jak to się skończy, co z tego wyniknie.
Najbardziej mnie śmieszy, jak ludzie mówią: „Aniu, ty musisz przystopować, zadbać o siebie”. A zaraz potem pytają, czy mogłabym pojechać tu czy tam.
Są takie dni, kiedy mówisz sobie: „O nie, dziękuję, dziś nie wstaję”?
Przeciwnie. Jak mam budzik nastawiony na szóstą, to już od piątej nie śpię, tylko go obserwuję. Bo nie lubię, jak dzwoni, i zawsze staram się go wyłączyć piętnaście minut przed.
Ostatnio miałam rwę kulszową, dostałam zastrzyki w kręgosłup. Dziwne rzeczy się ze mną działy, bo jestem uczulona na większość leków. Akurat udzielałam wywiadu w radiu i pytam asystenta, czy było słychać, że jestem nieprzytomna. „Nie, nic nie było słychać”. Zawód, który uprawiam, bardzo mi pomaga. Bo choroba, nie choroba, musisz się mobilizować. Lepiłam teraz z moim bratankiem Maćkiem szopki na „Choinki Jedynki”. Byłam tak zmęczona po całym dniu, że kiedy wzięłam do ręki kawałek glinki, nie byłam w stanie poruszyć palcami. Tylko tak siedziałam, dziesięć, dwadzieścia minut, bez ruchu. W końcu zaczęłam lepić. I radość wróciła, choć zamiast dzika wyszedł mi jeż, a niedźwiedź przez chwilę był nawet gorylkiem.
Może Pan Bóg też nas tak stwarzał: chciał zrobić jedno, wyszło drugie? Może Twoje życie zlepił z kilku?
Często myślę, że właściwie jestem szczęściarą. Ludzie podchodzą do mnie na ulicy i pytają: „Czy mogę się do pani przytulić?”. Ja wtedy mówię: „Proszę uważać, w takim przytuleniu mogę więcej zabrać, niż dać”. Bo ja jestem wampir. Na scenie zresztą też. Niestety teatr się zmienia, dziś częściej gra się nie ze sobą, ale tak jakoś w przestrzeń. Mniej jest takich sytuacji, że patrzysz partnerowi w oczy, trzymasz go za rękę, jest przepływ energii. Mnie tego brakuje, bo ja żywię się energią innych. W życiu ludzie też coraz rzadziej patrzą sobie w oczy, często są samotni, poblokowani, nie potrafią ufać, okazywać emocji.
Najlepiej mieć w pobliżu kogoś takiego, przy kim miło jest posiedzieć. Są tacy ludzie, z którymi nawet nie musi się rozmawiać. Sam fakt, że są obok, sprawia, że wszystko jest tak, jak powinno być.

Szczęście?
Poznałam kiedyś mężczyznę, który ma SLA (stwardnienie zanikowe boczne). Choroba stopniowo upośledzała kolejne funkcje jego organizmu. Gdy niczego już nie robił sam, mógł jeszcze ruszać gałkami ocznymi i oczami pisać na komputerze. Dostawałam od niego listy, w których opisywał, jak bardzo jest szczęśliwy, bo widzi żonę, czuje, jak pies liże jego rękę, no i może jeszcze sam podróżować w internecie i pisać. Zamknięty w swoim ciele napisał o tym książkę. Teraz już nie pisze. Niczym nie rusza. Żona mu otwiera i opuszcza powieki. To ja się teraz pytam: co to jest szczęście?
Dzięki takim ludziom wiem, że są rzeczy ważne i takie, które nie mają znaczenia. Nie ma znaczenia, że jestem stara, moje ciało jest słabe i pomarszczone. Nie chodzi nawet o to, co potrafisz zrobić, a czego nie.
To co jest ważne?
Ja to wiem, ale nie umiem powiedzieć. Możesz to przeżyć. Wtedy wiesz. Ale nie wiesz tego dzięki słowom.
Miłość?
Ona „jest wszystkim, co istnieje” – tak napisała Emily Dickinson. I ja wierzę, że miłość jest najważniejsza. Miłość do życia, do tego, co nas otacza, do tego, co się robi, a przede wszystkim do ludzi. To energia, która silniejsza jest niż śmierć. Nigdy się nie kończy. Nawet po śmierci kochającego żyje w osobach, które były kochane, i daje im siłę do życia. Ja to wiem.
Wielu ludzi jest przeraźliwie samotnych. Nie mają komu opowiedzieć, co czują, co się z nimi dzieje. Po moich publicznych spotkaniach mnóstwo osób podchodzi i zaczyna mi się zwierzać. Ja już często nie mam siły, muszę jechać dalej, żeby gdzieś zdążyć, ale wtedy rozlega się błagalne: „Jeszcze tylko ja”, „Jeszcze tylko ze mną”. Płakać mi się czasem chce, bo w takim pośpiechu nie można nikogo tak naprawdę wysłuchać. Mimo to zatrzymuję się, uśmiecham, próbuję. Jak czuję, że sprawa jest poważna, proszę o kontakt przez fundację. Ale bywa, że wewnątrz mnie aż kipi. Jestem wściekła na siebie, że jestem za słaba, że momentami nie wystarcza mi cierpliwości, że muszę walczyć ze sobą, żeby zachować uśmiech.
Może nie trzeba walczyć?
Bywa, że kiedy tłum ludzi napiera na mnie, chce całować, robić sobie zdjęcie za zdjęciem, mam ochotę uciekać. Ale z drugiej strony za każdym takim człowiekiem jest jakaś historia. Może to rzeczywiście dla kogoś ważne, że zrobi sobie zdjęcie z Dymną? I przecież naprawdę to ogromne wyróżnienie, że ktoś mnie potrzebuje choć na chwilkę.
Bardzo lubię czytać wiersze. Salony Poezji wzięły się właśnie z tej mojej miłości. Kiedy czytasz wiersz, musisz się skupić, wejść w opisany świat, wyciszyć się. Odzyskuję wtedy spokój. Kiedy czytam wiersze z różnych epok, to myślę o tym, że właściwie nie ma się co martwić, bo i sto, i pięćset lat temu ktoś coś podobnego przeżywał, miał te same problemy i wątpliwości, co my teraz.
Kochał, był pogubiony, nie wiedział, co ze sobą zrobić.
I bolało go. Więc jeśli ciebie coś boli, coś cię irytuje, nie przejmuj się. Tak po prostu musi być. Jest taka krótka proza Czesława Miłosza zatytułowana „Obudzony”. Bohater budzi się z myślą, że wszystko, co przeżył, było takie, jak miało być. I że to jest wielka łaska tak właśnie na swoje życie popatrzeć. Bo my się okropnie miotamy, ciągle o coś oskarżamy. A tymczasem chodzi o to, żeby swoje życie polubić. A jedną z dróg do tego prowadzących jest mieć pasję i kochać to, co się robi. Nie myśleć o tym, ile mnie to kosztuje, ile dzięki temu zyskam, i tak dalej.
Przed chwilą dostałam potwierdzenie, że w lecie będę miała zdjęcia do filmu. I z jednej strony myśl: „Boże, jak nie będę mieć wakacji, zwariuję”. A z drugiej radość, bo znowu wejdę w coś nowego, o czym nie mam jeszcze pojęcia.
To miała być z założenia rozmowa o nadziei. I choć to słowo do tej pory nie padło, to chyba jest. Bo najgłębsza nadzieja jest zawsze nadzieją na niewiadome.
Nie umiem o tym mówić teoretycznie. Mogę powiedzieć o sobie. Na przykład o tym, jak radzę sobie z bólem, który z różnych powodów coraz częściej mnie nawiedza. Kiedyś pytam mojego lekarza, co ma zrobić człowiek taki jak ja. Niektórzy radzą: „Niech pani się nie katuje ćwiczeniami, niech pani jedzie do Egiptu, poleży na plaży”. Ale ja wiem, że po kilku dniach zwariowałabym z nudów. Ja muszę pracować, ruszać się, ćwiczyć. I ten mój wspaniały lekarz powiedział: „Niech pani robi to, co podpowiada pani intuicja, póki pani może, i nie ustaje w tym biegu”. Czasem płakać mi się chce, bo wydaje mi się, że już nie dam rady. Ale biegnę dalej. W imię czego? Myślę, że chodzi o poczucie, że ciągle jest przede mną coś do odkrycia. Coś dobrego, pięknego, jakaś nowa przygoda.
Chcesz powiedzieć, że nadzieja to to samo, co wola życia?
Czasem łapię się na tym, że zaczynam narzekać na to, co wokół się dzieje. Ale takich, co narzekają, są tysiące. Boli mnie na przykład, że najważniejsza zaczyna być jakaś bezduszna poprawność. Ciągle ktoś cię poprawia: to mów, tego nie mów, nie takimi słowami, tylko innymi. Spotkałam się ostatnio z Gosią Chmielewską. Takie spotkania mnie ratują, bo czasami człowiek dostaje niespodziewanie cios prosto w serce i nie wie, jak się zachować. Gosia w swojej książce pisze, żeby nie czepiać się słów, bo taka poprawność zachowania, nazywania często oddala nas od ludzi.
W programie „Spotkajmy się” trafiam na osoby, które mają za sobą bardzo trudne doświadczenia, zmagają się z rzadkimi chorobami, mają rozmaite ograniczenia. Zauważyłam, że po pięciu minutach patrzenia sobie w oczy ja już wiem, co i jak mam mówić, jak się zwracać do tej osoby, o co pytać. I kiedy już jesteśmy blisko, ta osoba zaczyna się otwierać, opowiada mi o swoim cierpieniu, o swojej złości, o swojej nienawiści i miłości do Boga – o wszystkim. Wyobraź sobie, że czasem po takich programach ktoś nagle mi zarzuca, że ja stygmatyzuję tych ludzi, bo mówię z nimi wyłącznie o cierpieniu.
To akurat nieprawda.
Wielu z tych ludzi w pewnym momencie wpadło w czarną dziurę, nie widzieli sensu życia, dalszego zmagania. A potem wskutek różnych okoliczności wydostali się na jasność. Ja ich nie cenzuruję ani nie oceniam. Sama też nie gryzę się w język. Rozmawiam z nimi tylko o tym, o czym oni sami chcą mówić. Opowiadanie o cierpieniu przynosi im ulgę. Może komuś z widzów, kto jest akurat w czarnej dziurze, przyda się taka rozmowa?
Pytałeś o wolę życia. Poznałam kiedyś ciężko chorą kobietę. Bardzo starała się o przeszczep płuc, ale przez długi czas było to niemożliwe. Była w strasznym stanie. I opowiedziała mi, że któregoś dnia obierała ziemniaki i nagle dotarło do niej, że to jej cierpienie musi być komuś potrzebne. Mówiła to bardzo prostymi słowami i może kogoś nawet by to rozśmieszyło: że Jezus umarł na krzyżu i już Go nie ma, że musi być ktoś, kto Go zastąpi, i że ona właśnie jest jedną z takich osób. I dodała: „Wiesz co? Jak to do mnie dotarło, to dalej mnie wszystko bolało, ale już inaczej”. Poprawiły jej się wszystkie parametry, pojechała do Austrii, zrobiono przeszczep. Niestety, nowe płuca nie podjęły pracy i umarła. Ale pamiętam tę kobietę jak dziś. To, z jakim spokojem i uśmiechem mi to tłumaczyła.
Jak Cię spytam o Twoją własną relację z Bogiem, to mi odpowiesz?
Mam z Nim od wielu lat bardzo jasną relację, ale to są rzeczy intymne i Pan Bóg nie pozwala mi o tym mówić. On mnie chyba musi lubić, bo nawet jak mnie doświadcza boleśnie, to potem podaje mi rękę i mnie z tego wyciąga. I mnie to odpowiada. Lubiłam pracować z reżyserami, którzy dużo ode mnie wymagali. U Jerzego Jarockiego musiałam wyciągać drzazgi nie tylko z pośladków, ale nawet z policzków. Jankowi Klacie miałam nieraz ochotę przyłożyć, tak był wymagający. Ale ja uwielbiam ludzi, którzy pracę traktują serio i potrafią tak aż do bólu… No więc Pan Bóg też mnie tak próbuje. A przy okazji wielu rzeczy mnie uczy.
Dużo się nasłucham o ludzkim cierpieniu, to prawda. Ale wiesz, to, co jest zdumiewające, to nie fakt, że ludzie cierpią, ale to, że cierpiąc, potrafią cieszyć się życiem. Zdrowi i silni ciągle są z czegoś niezadowoleni, a ludzie, którzy nieraz przeżyli straszne rzeczy, potrafią powiedzieć, że nie zamieniliby się na życie z nikim. Oczywiście, ja nigdy nie powiem, że cierpienie uszlachetnia. Rak wątroby uszlachetnia? Daj spokój. Ale są ludzie, którzy potrafią jakoś wznieść się ponad cierpienie, traktują je jak trampolinę – sami używają tego słowa! – do radości i szczęścia. I mimo że ich boli, mówią na przykład: „Co za piękny dzień! Dobrze, że mogę go przeżywać”. I ja myślę, że tacy ludzie wskazują nam drogę.
A Twoja modlitwa jak wygląda? Modlisz się w ogóle?
Modlę, oczywiście, ale nie tak, jak myślisz. W nocy, jak tak nie śpię i rozmyślam, to tych moich rozmyślań ktoś przecież słucha. A kto może słuchać, jak nie ten, kto nie śpi? No więc to jest moja modlitwa.
Tego, gdzie jest Bóg, uczyła mnie mama. Na sobotę i niedzielę zawsze jechaliśmy gdzieś nad Rabę, nad Dunajec z namiotami z UNRRY. Łowiliśmy ryby, zbieraliśmy grzyby, gotowaliśmy posiłki na ognisku, a ja z mamą miałam zawsze czas na nasz babski konkurs: która z nas znajdzie więcej gatunków kwiatów i traw na wybranej łące. Byłam jeszcze malutka, a już czasem wygrywałam.
Podczas tych zawodów mama opowiadała mi o różnych cudach, które są wokół nas. I jak to wszystko jest genialnie wymyślone: i ta mrówka, która mieszka w mrowisku i umie budować dom, i ten ptak, który wie, gdzie lecieć, i ten pająk, który potrafi utkać niezwykłą sieć, i ten kwiatek, który zamienia się w owoc, i ta zima, podczas której wszystko usypia, by obudzić się i ożyć na wiosnę... Mówiła, że to wszystko ma głęboki sens i że to właśnie jest Bóg. Chłonęłam jej słowa i wierzyłam jej, bo mama była dobra. Nie krzyczała, zawsze umiała pochwalić, pocieszyć. Pamiętam, jak raz powiedziała, że dobrze jest czasem tak usiąść i się zapatrzeć. Wokół jest tyle rzeczy godnych zachwytu, ale my ich nie widzimy, bo ciągle nam się gdzieś śpieszy.
U Tadeusza Różewicza jest opisany taki sen: „trzymałem za rękę / tatę i mamę / czyli Pana Boga”.
Myślę, że najważniejsze, co rodzice powinni przekazać dzieciom, to jest miłość do życia – takiego, jakie jest. Jeśli kochasz życie, to nie boisz się niczego. I żeby nie wiem jak było źle, zawsze nosisz w sobie nadzieję. Widziałam, jak się odchodzi, i mogę powiedzieć, że śmierć wcale nie musi być zwycięska. Moja mama umierała pół roku. Miała zator, pień mózgu został uszkodzony. Rozmawiała ze mną tylko mrugnięciami i także tymi mrugnięciami przekazała mi, że w tym wszystkim, co przeżywamy, jest jakiś sens. I odchodziła tak spokojna, że śmierć była zawstydzona.
Wiesz, to dziwne. Kiedy miałam 16 lat, przeczytałam całego Schopenhauera. I jeszcze wszystko, co znalazłam o obozach koncentracyjnych. Nie wiem czemu. Może chciałam jakoś wypróbować tę moją wiarę? I dzięki temu, co zaszczepiła we mnie mama, ja się w trakcie tej próby nie załamałam. Potem, kiedy byłam starsza, bywały chwile rozpaczy. I mogłabym właściwie pogrążyć się w takim pół-życiu, bo przecież większość moich mistrzów i mistrzyń nie żyje, prawda? Wiesiu Dymny nie żyje, wielu ludzi, których bardzo kochałam, nie żyje… I znów – ja dzięki mamie wiem, że ich życie wcale się nie skończyło. Oni mi zostawili energię, dzięki której mogę być, kim jestem.
Ale jako aktorka stykasz się przecież także z zupełnie innym wyobrażeniem: że to wszystko idzie w pustkę.
Nam aktorom jest na pewno łatwiej, bo my, zanim spotkamy się w życiu z rozmaitymi okropnymi sytuacjami, przeżywamy je w teatrze. Jak masz szczęście, tak jak ja, całe życie pracować bardzo dużo, z bardzo dobrymi artystami, na dobrych dramatach, to dotykasz tego wszystkiego wcześniej. My cały czas penetrujemy drugiego człowieka, jego uczucia, tragedie, wszystko. A teraz działa to też w drugą stronę. Gdy pracuję nad rolą, to czerpię także z własnych przeżyć i lepiej rozumiem, co się z tą moją bohaterką dzieje.
Zauważyłem, że na spotkaniach bardzo lubisz czytać wiersz Miłosza „Sens”. Z tym przejmującym zakończeniem o słowie, które – nawet gdyby się okazało, że nie ma „podszewki świata” – jednak zostanie…
„Które biegnie i biegnie, poseł niestrudzony, / Na międzygwiezdne pola, w kołowrót galaktyk / I protestuje, woła, krzyczy”. Lubię ten wiersz, bo on mówi o tym, czego uczę studentów na zajęciach. Że pojedyncze słowo to niby tak mało, a jednocześnie bardzo dużo. I za pomocą jednego słowa – wszystko jedno, co by ono nie znaczyło – można wyrazić właściwie wszystko: i oddanie, i wdzięczność, i ból, i miłość, i protest. Krzysiu Globisz potrafi teraz z jednego słowa zrobić całe przedstawienie: przeciąga samogłoski, gwiżdże, robi miny. I nagle okazuje się, że choć tyle słów zostało mu odebranych, to on nadal może powiedzieć wszystko, co chce.
No więc teatr na pewien sposób cię uodparnia. Dzięki teatrowi, dzięki poezji, mnie jest łatwiej odpowiadać sobie na różne pytania. A na wielkie pytania już nie odpowiadam, bo nie ma na nie odpowiedzi po prostu. Trzeba coś przyjąć albo nie przyjąć – i żyć tak, żeby ktoś cieszył się z tego, że jestem.
ANNA DYMNA jest aktorką teatralną i filmową. Założycielka i prezeska Fundacji „Mimo Wszystko”, która pomaga osobom dorosłym z niepełnosprawnością intelektualną.
Boskie cnoty na Adwent
W Adwencie zastanawiamy się, czym są wiara, nadzieja i miłość. Nie chcemy teoretyzować, próbujemy raczej tropić je w codziennym życiu. Bo choć wiedza o wierze, nadziei i miłości jest ważna, to nie ona przede wszystkim sprawia, że kochamy, spodziewamy się dobrych rzeczy czy wierzymy w przyszłość. Po rozmowie o miłości, którą opublikowaliśmy w ubiegłym numerze, dziś cnota nadziei.
ASK
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















