Zanim Joe Biden ustąpił z prezydenckiego fotela, zdążył wykonać bezprecedensowy gest. Formalnie przeprosił rdzennych Amerykanów – za to, że przez ponad 150 lat funkcjonowały w USA państwowe szkoły z internatem, gdzie maltretowano i siłą wykorzeniano indiańskie dzieci, odebrane wcześniej ich rodzicom. Do owych tragicznych wypadków, liczonych w dziesiątkach tysięcy i będących źródłem zbiorowo reprodukowanej traumy, nawiązuje nagrodzony przez wrocławską publiczność dokument „Zaginiona”. Jaki może być związek tamtego procederu i zniknięcia przed dwoma laty młodej kobiety z rezerwatu w stanie Waszyngton?
Film Sabriny Van Tassel został nakręcony jeszcze przed rzeczonymi przeprosinami, tym mocniej wybrzmiewa poczucie krzywdy, jakiej doświadczali (i nadal doświadczają) bohaterowie. Szczególnie zaś bohaterki należące do plemienia Tulalipów. Dopiero na końcu poznamy współczesne, miażdżące statystyki, choć dla twórców dokumentu od początku nie ma wątpliwości, iż nagłe zaginięcie Anny i opieszałość organów ścigania w tej sprawie mają ścisły związek z etniczną przynależnością ofiary. Podobnie jak w przypadku wielu innych indiańskich kobiet, np. tej, której ciało znaleziono kiedyś przypadkiem w porzuconej zamrażarce. Dla FBI bowiem nie każde życie warte jest zachodu, policji z rezerwatu brakuje zaś stosownych uprawnień, by ścigać nieindiańskich podejrzanych.

Nie tylko zatem przemoc ma w tym przypadku charakter głęboko systemowy, ale i sposób postępowania wobec niej. I w dużej mierze zależy również od pochodzenia czy koloru skóry przestępcy. Refleksja ta skłania Van Tassel do połączenia dokumentu śledczego z historycznym, a etnograficznego zapisu z intymną historią żałoby. Jest to także opowieść o niewydolności państwa, nadgorliwego tam, gdzie nie trzeba, i ślepego na to, co wymaga zdecydowanej interwencji. Przede wszystkim jednak „Zaginiona” wskazuje na długie trwanie mechanizmów przemocy stosowanej wobec najsłabszych obywateli. I kieruje swoją kamerę na tych, którzy próbują przerwać zaklęty krąg problemów, w jakim żyją nadal tubylczy Amerykanie.
Zupełnie inną twarz amerykańskiego kina i tamtejszej rzeczywistości zobaczyć można w filmie fabularnym „Wakacje Griffina”. Jest w nim wszystko, co najlepsze – i najprzyjemniejsze – w niezależnych produkcjach zza oceanu. Lecz debiut Nicholasa Colii, obsypany nagrodami na nowojorskim festiwalu Tribeca, jedynie wydaje się sympatyczną opowieścią o dorastaniu. Jego bohaterem jest „stary malutki”, czyli snobistyczny i przedwcześnie dojrzały (na pozór) czternastolatek, który próbuje wystawić sztukę własnego autorstwa. Tymczasem trwa upalne lato, a rówieśnicy Griffina podczas prób w domowej piwnicy jakoś nie podzielają jego śmiertelnej powagi ani entuzjazmu. Dlatego w pewnym momencie, niezadowolony z artystycznych efektów, zatrudnia do głównej roli dwudziestokilkuletniego Brada, czyli złotą rączkę najętą przez matkę, wyraźnie nieradzącą sobie z życiem po odejściu męża.
Taka przyjaźń się nie zdarza, ale Colia opowiada o tym dziwacznym spotkaniu tak, żeby uniknąć wszelkich fabularnych czy psychologicznych łatwizn. Najciekawiej wypada sam nastolatek sportretowany przez Everetta Bluncka – uroczo niezgrabny, przerośnięty w swoich ambicjach i bezradny w radzeniu sobie z emocjami czy z żywą „tkanką ludzką”.
Dlatego dużo bardziej przemówił do mnie ten właśnie prosty film niż wyrafinowane propozycje autorskie: „O, Kanado!”, będące opus magnum Paula Schradera ze świetną rolą Richarda Gere’a, niż paradokumentalne „Sing Sing” Grega Kwedara, o robieniu teatru w niesławnym więzieniu, czy bardzo oryginalny debiut Alexandry Simpson „Cisza przed burzą”, domagający się jednak, ze względu na wyrafinowaną warstwę audiowizualną, szczególnych warunków projekcji.
15. AMERICAN FILM FESTIVAL online, Nowe Horyzonty VoD, do 17 listopada
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















