7 przypadków Marka Bieńczyka

Bieńczyk? Czytałem, recenzowałem, naśladowałem, krytykowałem, chwaliłem Marka Bieńczyka przez ostatnie 15 lat.
Czyta się kilka minut
 / Fot. Grażyna Makara
/ Fot. Grażyna Makara

Przypatrywałem się Bieńczykowi, jak gotuje swoje risotto, jak podnosi pod światło kieliszek pommerola, jak tańczy w sobie tylko znanym rytmie, jak na Manhattanie wpatruje się zahipnotyzowany w czerwoną suknię w barze, jak w Paryżu rozmawia ze swoim winiarzem, jak w Rasinari udaje Ciorana, jak w Warszawie czule obejmuje swoją żonę. Widzę Bieńczyka, jak się zapada w siebie, jak mu się oczy śmieją za okularami, jak się stara, żeby nie popaść w patos, jak stara się wyśliznąć stereotypom i nudnym ludziom. Grałem z Bieńczykiem w ping-ponga (bez sukcesu), piłkę nożną (z sukcesem), tenisa (bez sukcesu), nie grałem na szczęście w karty, bo oszukuje. Tyle rzeczy z nim robiłem (i na tyle się jeszcze umawiamy), a teraz mam o Bieńczyku coś sensownego pisać, jak dostał Nike, która mu się od lat, temu Flaubertowi polskiej literatury, należała? Bieńczyk, niedoczekanie twoje!
Michał Paweł Markowski jest dyrektorem artystycznym Międzynarodowego Festiwalu Literatury im. Josepha Conrada.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 42/2012