Reklama

Życie po śmierci

Życie po śmierci

14.12.2006
Czyta się kilka minut
- Brat leżał w trumnie, ubrany w ciemny garnitur. Nie zgodzili się, żeby włożyć go do grobu w górniczym mundurze -­ mówi Marian Zając. Nie protestował: -­ Byłem i tak szczęśliwy, że pozwolą pochować go blisko rodziny.
Marian Zając ze zdjęciem brata Zenona /fot. S. Zasada
C

Cegielsko. Maleńka wioska niedaleko Wolsztyna w Wielkopolsce. Osiemnaście numerów po obu stronach brukowanej drogi.

16 grudnia 1981 r. było grubo po zmierzchu, gdy do stojącego na początku wsi domu z czerwonej cegły listonosz przyniósł telegram. Osiem dni później, w Wigilię, na cmentarzu w pobliskim Rostarzewie był pogrzeb. Chowano jedną z dziewięciu ofiar pacyfikacji kopalni "Wujek".

***

Zenon Zając, rocznik 1959. Na zdjęciu z wąsikiem. Ostatni z rodzeństwa. - Oczko w głowie rodziców, jak to najmłodszy - mówi Marian, brat. - Czasem mu zazdrościliśmy, że wszyscy go rozpieszczali.

Uśmiechnięty, lubił żartować: takim zapamiętało go czterech braci i dwie siostry. Szybko się usamodzielnił, po podstawówce wyjechał na Śląsk. Poszedł do górniczej zawodówki, zaczął pracować w "Wujku". Zjeżdżał pod ziemię, był mechanikiem maszyn górniczych. Przed stanem wojennym zapisał się do wieczorowego technikum.

Maria Łukaszewska, siostra Zenona, twierdzi, że matka nie chciała go puścić na Śląsk: - Bała się, że w kopalniach jest tyle wypadków. Ale jemu Śląsk się spodobał. Nawet jak mówił, to zaciągał po śląsku.

- Pojechał za chlebem, bo w domu się nie przelewało - tłumaczy decyzję najmłodszego brata Marian. - Ojciec miał tylko dwa hektary ziemi, krowę i świnię, więc każdy z nas po szkole szedł w świat.

Ojciec zmarł, gdy Zenek przyjechał akurat latem na urlop. Przyrzekł, że będzie pomagać matce. Dobrze zarabiał, przysyłał jej pieniądze. Za Zenkowe oszczędności kupowała cegłę na nowy dom, zdążyła położyć fundament. - Chciał popracować parę lat w kopalni i wrócić na wieś, bo ciągnęło go do gospodarstwa - wspomina Marian.

Ostatni raz Zenon był w domu na samym początku grudnia 1981 r. - Spieszył się z odjazdem, żeby zdążyć na Barbórkę - mówi Łukaszewska. Pamięta też, że odjeżdżał z ciężkim sercem. A może, dodaje, tak jej się tylko wydaje.

***

12 grudnia 1981 r. przed północą zomowcy rozbijają siekierą drzwi mieszkania Jana Ludwiczaka. Przewodniczącego "Solidarności" w "Wujku" aresztowano, nim oficjalnie zaczął obowiązywać stan wojenny. W niedzielę, 13 grudnia, załoga "Wujka" zaczyna strajk. Stawiają żądania: wypuścić wszystkich internowanych, znieść stan wojenny. Kopalnię otacza wojsko i ZOMO. Górnicy stawiają barykady.

Maria: - Zenek był za "Solidarnością". Raz prawie pokłócił się o to z braćmi.

W "Wujku" co rusz fałszywy alarm. Raz nie skończyli różańca, zabrakło jednego "Zdrowaś Mario", bo ktoś krzyknął, że szturmują. Skończyło się na strachu. Ale wiedzieli, że szturm nastąpi.

Poprosili księdza, żeby udzielił im zbiorowego rozgrzeszenia jak żołnierzom w obliczu śmierci: in articulo mortis. Ks. Henryk Bolczyk odmówił modlitwę. - Nigdy wcześniej nie słyszałem tak świadomego aktu wiary - opowiadał później.

16 grudnia w południe czołgi przebijają mur kopalni. Wyłomami wchodzą oddziały milicji. Górnicy mają kilofy i łańcuchy. Pluton Specjalny ZOMO - broń z ostrą amunicją. Marian Zając: - Mówili nam potem górnicy, że tam ustawienie było takie: najpierw stali kawalerowie, a potem żonaci, co mieli jedno dziecko, żeby w razie czego jak najmniej sierot zostawić.

Zomowcy z plutonu specjalnego otwierają ogień. Na miejscu ginie sześciu. Siódmy umiera kilka godzin później w szpitalu. Kolejnych dwóch po kilku tygodniach.

Powiadają, że Zenon zginął jako jeden z pierwszych. Dostał w serce. Marian: - Koledzy mówili, że nie cierpiał.

***

Gdy Wojciech Jaruzelski ogłaszał w telewizji stan wojenny, Marian wiedział, że to nie żarty. W 1970 r. był w wojsku w Szczecinie i się napatrzył. Ale kiedy usłyszał o strajkach w kopalniach, nie brał sobie tego specjalnie do głowy. "Postraszą ich i się skończy", myślał. O "Wujku" dowiedział się, gdy zobaczył telegram: - Nie chciało mi się wierzyć, że na tylu górników akurat Zenek zginął.

Maria Łukaszewska o "Wujku" usłyszała 16 grudnia wieczorem w Dzienniku Telewizyjnym. "Funkcjonariusze zostali zaatakowani kamieniami, łomami, kilofami oraz innymi niebezpiecznymi narzędziami. Użyto broni. Śmierć poniosło sześć osób" - czytał spiker w mundurze.

Łukaszewska pomyślała: "Jakby nasz zginął, to by dali znać". Położyła się spać. Na drugi dzień poszła do sklepu. Przybiegła za nią sąsiadka, powiedzieć, że rodzina jej szuka: - Czułam, że stało się coś złego.

***

Marian Zając pojechał pociągiem do Katowic. Myślał, że będzie musiał tam chować brata, że władza nie zgodzi się na oddanie ciała rodzinie. W podróż zabrał szwagra. - Samego bali się mnie puścić, bo mam niewyparzony język - mówi.

Pokazano mu zwłoki Zenka. Ubrane były w ciemny garnitur. - Nie zgodzili się, żeby włożyć go do trumny w górniczym mundurze - wspomina.

Nie protestował, o nic nie pytał. - Byłem szczęśliwy, że wydali mi ciało i że będziemy mogli pochować go blisko rodziny.

Przed odjazdem koledzy Zenka z kopalni dali mu po kryjomu górniczy zielono-czarny sztandar i galową czapkę z pióropuszem. Zabrał je ze sobą do Cegielska. Kolegom Zenka z pokoju w hotelu robotniczym zostawił telewizor, radio i pralkę (Zenek kupił je z oszczędności).

Do Cegielska jechali całą noc. Był mróz. Po wyjeździe z miasta Marian kazał się zatrzymać i szwagier otworzył trumnę. - Chciałem się upewnić, czy na pewno wieziemy Zenka - mówi.

Potem zatrzymywały ich patrole. Jedni milicjanci sprawdzili papiery i pozwalali jechać dalej. Inni kazali otwierać trumnę i urągali, że wiozą "wichrzyciela". Marian: - Człowiek zaciskał zęby i siedział cicho.

Rano dojechali do Rostarzewa, dwa kilometry od Cegielska. Dalej drogę zasypał śnieg. Nyska nie dała rady. Marian Zając zawiózł trumnę do domu saniami.

***

Zenek obiecał rodzinie, że przyjedzie na Święta. Miał pierwszy raz przywieźć narzeczoną. Miała na imię Ania (rodzina Zenka do dziś wymawia jej imię zdrobniale). Mieszkała w Starej Ligocie, niedaleko kopalni. Gdy dowiedziała się, że zginął, jeździła po szpitalach i szukała zwłok.

Razem z Marianem przywiozła ciało Zenka do Cegielska. - Miało być wesele, a nie pogrzeb - matka Zenka ją przytuliła. Ania nie została na pogrzebie (miała przepustkę od władz tylko na 48 godzin). Przez jakiś czas przysyłała jeszcze do Cegielska kartki na święta. Później kontakt się urwał. Maria Łukaszewska nie dziwi się: - Była młoda, pewnie ułożyła sobie życie.

***

Na czarno-białej fotografii z pogrzebu (zdjęcia robił ukradkiem miejscowy fotograf; aparat miał pod kurtką) trumna Zenka owinięta jest górniczą flagą. Na trumnie czapka z pióropuszem. Na szarfie uplecionego ze świerku wieńca można odczytać napis: "Drogiemu Zenkowi ostatnie pożegnanie składają Koledzy z Kopalni »Wujek«" (wieniec przywiózł ze Śląska Marian).

W Cegielsku opowiadają, że w dzień pogrzebu milicja ustawiła na drogach posterunki, żeby nie przepuścić delegacji z "Wujka". Maria na pogrzeb brata musiała załatwić przepustkę, bo mieszkała w innej gminie. Gdy po przepustkę poszła kuzynka, naczelnik burknął: - To ilu was tam na ten pogrzeb jedzie?

Przed pogrzebem proboszcza w Rostarzewie mieli odwiedzić esbecy; mieli przykazać, żeby w kościele nie mówił o stanie wojennym. Pogrzeb prowadził od domu. Namówił rodzinę, żeby owinąć trumnę zielono-czarnym sztandarem, a na wieku położyć górniczą czapkę. - Pochowamy go jak górnika - miał powiedzieć matce.

Mama nie chciała żadnej demonstracji, bała się nieprzyjemności - opowiada Maria Łukaszewska. - Ale ksiądz ją w końcu uprosił. Powiedział, że w razie czego weźmie to na siebie.

Ksiądz umarł 10 lat temu. - Był odważny - mówią o nim w Cegielsku. We Wszystkich Świętych zatrzymał się z procesją przy grobie i powiedział przez mikrofon na cały cmentarz: "Módlmy się za zamordowanego w stanie wojennym Zenona Zająca".

Grób przychodzili oglądać z ciekawości inni ludzie. Jedni litowali się, że taki młody. Drudzy mówili: "Po co tam poszedł?".

***

Stanisław Woźniczak jest sąsiadem Zająców z naprzeciwka. Zenka znał od dziecka. - Spokojny, grzeczny - mówi staruszek. - Miał się podobno żenić.

Pamięta pogrzeb. To on jechał saniami po księdza. - Było dużo ludzi. Nawet górnicy ze Śląska jechali, ale przed Rostarzewem ich cofnęli - opowiada.

Zna nazwisko ormowca, który miał stać na szosie i pilnować, żeby górnicza delegacja nie dojechała na pogrzeb. - Jeszcze żyje ten ormowiec.

Edward Olszewski, cztery lata starszy od Zenka, mieszka kilka domów dalej od Zająców. Był kolegą Zenka. Kiedy odrabiał na Śląsku wojsko, odwiedził go w hotelu robotniczym.

W domu Olszewski trzyma zdjęcia z pogrzebu (w Cegielsku odbitki zamówiło wielu ludzi). Na jednym widać, jak ubrany w jasny kożuch niesie z kolegami trumnę. Pokazał kiedyś fotografie dzieciom. - Żeby wiedziały, jaka była prawda o stanie wojennym - mówi.

Po latach w sens przelanej krwi Olszewski coraz bardziej wątpi: - Po tym, jak Zenka zabili, za komuną nikt we wsi nie przepadał. A teraz ludzie zaczynają wzdychać.

***

Helena Zając nie dokończyła budowy domu. Po śmierci syna nie potrafiła otrząsnąć się z tragedii. - Przez pierwsze trzy lata płakała na każde wspomnienie - wspomina syn Marian.

Zachorowała na miażdżycę. - Często powtarzała: "Gdyby Zeniu żył, może byłabym zdrowa i może by inaczej wszystko było" - mówi córka Maria.

Na Śląsk, gdzie spotykały się rodziny zabitych, matka nie pojechała ani razu. - Nie chciała tego wszystkiego przeżywać - tłumaczy Maria.

W 20. rocznicę stanu wojennego Helena Zając zwierzyła się lokalnej gazecie: "Już nie płaczę za nim jak dawniej, bo pewnej nocy przyśnił mi się i powiedział: »Tu mi dobrze, mamo«".

Helena Zając zmarła dwa lata temu. Przeżyła syna o 23 lata.

***

Po śmierci Jana Pawła II siostra Zenona Zająca usłyszała, że śląskie rodziny zamordowanych chcą się pojednać z tymi, którzy strzelali. O podpisanie się pod apelem Łukaszewskiej nikt nie prosił. Ale podpisałaby się. - Ojciec Święty też wybaczył swojemu niedoszłemu mordercy - mówi.

Marian Zając powtarza, że zabójcom górników wybaczył dawno. Przez lata był pogodzony ze śmiercią brata. - Ale jak w wolnej Polsce zaczęli kraj rozkradać, coś we mnie pękło - mówi.

Przepracował 33 lata. Cztery lata był na rencie. Potem rentę mu zabrano. - Na emeryturę za młody, do pracy za stary - żali się. Jest rozgoryczony nową Polską: - Samą wolnością słowa człowiek się nie naje.

***

W czasie szturmu na kopalnię Jan Stawisiński został trafiony w głowę. Sześć tygodni leżał nieprzytomny w szpitalu. Zmarł 24 stycznia 1982 r. Był dziewiątą ofiarą "Wujka". Miał 21 lat.

Dopiero niedawno policja postanowiła wypłacić matce górnika 50 tys. zł odszkodowania jako zadośćuczynienie. Janina Stawisińska walczyła o odszkodowanie kilkanaście lat. Janek był jej jedynym synem. Ostatnio nie miała nawet na lekarstwa.

- Należało się tej kobiecie - mówi Maria Łukaszewska. - Choćby za te lata starań i jeżdżenia po sądach.

Jedyne odszkodowania, jakie w latach 80. wypłacono wdowom i matkom poległych, to pieniądze z ich polisy PZU. W czasach PRL-u ZUS nie chciał uznać śmierci górników za wypadek przy pracy. Dopiero na początku lat 90. wdowom i dzieciom przyznano renty rodzinne (dzieci były już prawie dorosłe i wkrótce renty przestały im się należeć).

- I gdzie tu sprawiedliwość? - pyta Marian Zając.

***

Maria Łukaszewska co roku jeździ z mężem w rocznicę na Śląsk. Zaprzyjaźniła się z rodzinami innych poległych.

Kiedyś spotykali się ukradkiem. Teraz na obchody przyjeżdżają oficjele. Wiele razy słyszała zapewnienia, że sprawcy tragedii zostaną osądzeni. Przestała już w nie wierzyć.

Przez pierwsze 10 lat, gdy pociąg dojeżdżał do Katowic, Łukaszewska zaczynała płakać. - Ale czas leczy rany - mówi. - Choć nie do końca.

Jednego, czego jeszcze pragnie, to odszkodowania dla rodzin zastrzelonych. - Mama tylko rentę dostała po Zenku - mówi. - Pieniądze życia nie zwrócą, ale sprawiedliwość powinna być.

Brat Zenona wątpi, czy uda się osądzić winnych.

- Zamiast tracić pieniądze na biegłych i prokuratorów, lepiej matkom i dzieciom tych górników dać - mówi.

***

Zenon Zając spoczywa w sąsiedztwie dwóch topoli. Na marmurowym nagrobku pod jego imieniem i nazwiskiem wyryto słowa: "Górnik kopalni »Wujek«, zginął 16 grudnia 1981" i sentencję: "Non omnis moriar" (nie wszystek umrę).

Helena Zając zrobiła nagrobek za odszkodowanie, jakie dostała za śmierć syna z jego polisy.

- Mama mówiła, że w niczym się na śmierci Zenka nie wzbogaciła - powiada Marian Zając. - Powtarzała, że to, co dostał, jest na nim.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]