Trudno nam się przyznać do najprostszej pomyłki. Jakie mamy z tego korzyści?

Czasem każdemu coś może pokiełbasić się w głowie, to ludzka rzecz; niektórzy jednak uznają to za tak straszliwy wyrok losu, że piętrzą zaprzeczenia, a nawet są skłonni uwierzyć w coś zupełnie niewiarygodnego i absurdalnego.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Znam osobę, która ma zwyczaj brnąć. Opowiada porywające historię, które zwykle mają jeden istotny defekt – łatwo w nich zauważyć niespójności, pomyłki albo wręcz elementy z sufitu. Pomyłki te zdarzają się w miejscach dość szkolnych – może paść, powiedzmy, stwierdzenie, że Wrocław leży nad Wisłą. Zapytana przez czujnego rozmówcę, czy aby na pewno o to właśnie chodzi i czy nie zaszła pomyłka, osoba ta zaczyna brnąć niczym Grzesio z wiersza Tuwima (ten, któremu ciocia wcale nie dała żadnego listu do wrzucenia do skrzynki). Wymyśla wtedy naprędce rozmaite wybiegi. „Chodziło mi o ten drugi Wrocław, ten mniej znany, Wrocław nad Wisłą!” (a jak wrzucałem list do skrzynki, to przechodził tatuś Halinki).

O ile jednak Grześ – umówmy się, podpuszczany przez ciocię – płynął w coraz gęstsze konfabulacje, to rzeczywisty ktoś, o kim tu mowa, wydaje się powodowany zgoła inną motywacją: ucieczką przed koniecznością przyznania się do pomyłki. Czasem każdemu coś może pokiełbasić się w głowie, to ludzka rzecz; niektórzy jednak uznają to za tak straszliwy wyrok losu, że po prostu zaprzeczają, piętrzą zaprzeczenia, a nawet są skłonni uwierzyć w coś zupełnie niewiarygodnego i absurdalnego, czasem powodując jedynie sympatyczną wesołość (jak osoba z mojej anegdoty), czasem jednak wyrządzając niemałe szkody sobie i innym. Wszystko po to, żeby tylko nie musieć mierzyć się z nieprzyjemnościami, z jakimi w ich własnych głowach wiąże się przyznanie do błędu. Nawet jeśli te nieprzyjemności są minimalne, a może i nieistniejące.

O tym, by ów rys ludzkiej osobowości traktować poważnie, przypomniała mi lektura reportażu Willa Sommera „Uwierz w Plan”. Poświęcony jest fenomenowi QAnon – alternatywnemu sposobowi widzenia świata, który w ostatnich latach zahipnotyzował tysiące Amerykanów, włączając w to polityków różnego szczebla.

Uniwersum QAnon wychodzi z podobnego założenia, co liczne inne mitologie nowoczesności: że światem rządzi mała grupka potężnych złoczyńców. Odróżnia się jednak łatwością włączania i reaktywowania rozmaitych mesjanistycznych teorii (o powszechnym uwolnieniu od długów, o zbawcach z kosmosu), a także skłonnością do wybierania na wrogów przypadkowych osób, które ku własnemu zaskoczeniu dowiadują się z pogróżek, że składają dzieci w ofierze. Znacząco wyróżnia się również tendencją do rzeczywistych napaści na rzekomych „zbrodniarzy”.

Najbardziej zdumiewające jest jednak to, że ruch ten konsoliduje – jak wynika z książki – przede wszystkim ludzi, którzy gdy raz w coś uwierzyli, nie chcą lub nie mogą tego odkręcić. Znaleźli tam schronienie ci, którzy niegdyś stracili ogromne pieniądze, inwestując w piramidę finansową Omega, lecz którzy wciąż wierzą, że barierą do wypłaty ich fortuny nie są oszustwa założyciela, lecz niecne knowania potężnych figur z rządu. Wyobraźmy sobie, że w Polsce ktoś jest wciąż gotów bronić całym sercem założycieli Amber Gold czy pomysłodawcy niesławnych „serków” z piramidy Bioferm. A jednak to się dzieje. Ruch QAnon sprawia wrażenie wielkiego namiotu, w którym mogą schronić się wyznawcy – wydawałoby się – skompromitowanych, oszukańczych teorii. Schronić się przed tym, czego nie chcą najbardziej, czyli przed przyznaniem się do błędu. Niegdyś badał to zjawisko amerykański psycholog Lionel Festinger: nowoczesne ruchy millenarystyczne czy „objaśniające działanie świata” czasem tym bardziej rosną w siłę, im bardziej ich przepowiednie się nie sprawdzają.

Łatwo szukać naiwnych i dobrodusznych wyjaśnień tego, dlaczego ludzie zaczynają wierzyć w rzeczy, najogólniej mówiąc, dyskusyjne: wielu, jak pocieszającą mantrę, powtarza sobie, że to ucieczka biednych i rozczarowanych, porzuconych przez samolubnych polityków, i że wystarczy okazać odrobinę ciepła... Obawiam się, że to jedynie mały kawałek prawdy (a często pewnie próba nabicia sobie „punktów empatii” przez komentatorów publicznych). Wsiąknięcie w alternatywne systemy myślenia, organizujące komuś cały świat, tak niszczy więzi rodzinne i przyjaźnie (reporterka Jesselyn Cook niedawno opublikowała na ten temat książkę „The Quiet Damage”), że nawet morze miłości i życzliwości nie pomaga. Najważniejszą konkluzją płynącą z badań nad tymi ruchami wydaje mi się myśl, że nikt nie jest bezpieczny – ani potencjalne ofiary wytypowane na wrogów, ani ktokolwiek. Każdy ma bowiem jakiś słaby punkt, który może stać się trampoliną do skoku w alternatywną rzeczywistość. Wystarczy czasem bardzo nie chcieć przyznać, że nie dostaliśmy żadnego listu do wrzucenia do skrzynki.

A jak wrzucał, to kucał // Fot. Olga Drenda

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru NR 34/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Czy wrzuciłeś list do skrzynki?