Reklama

Zdania nieozdobne

Zdania nieozdobne

22.08.2004
Czyta się kilka minut
Przed domem w Berkeley
C

Czesław Miłosz odegrał ogromną rolę w propagowaniu literatury polskiej na świecie. Był poetą, którego wiersze wydane zostały w niezliczonych językach, sam tłumaczył poetów polskich na angielski, nową lingua franca literatury światowej. Choć w swym przemówieniu noblowskim utrzymywał, że literatura polska jest nieprzetłumaczalna, nie powstrzymało go to od poświęcenia dużej części swego ogromnie pracowitego życia na przekładanie i komentowanie polskich wierszy i prozy. Jego antologia powojennej poezji polskiej (“Postwar Polish Poetry", 1965) odcisnęła się na kształcie poezji amerykańskiej, a wspaniała “History of Polish Literature" (1969) przełamała marginalność i odosobnienie kultury polskiej w intelektualnym dyskursie Stanów Zjednoczonych. Zawsze powtarzał, że czuł się odpowiedzialny za “gospodarstwo literatury polskiej" i niewątpliwie był jej najlepszym ambasadorem.

Jego przywiązanie do polskiej literatury szło w parze z przywiązaniem do jej języka. Żyjąc i pracując w żywiole języka angielskiego, nie miał pokusy pisania wierszy po angielsku. Swoją poezję długo uważał za nieprzetłumaczalną, ale w końcu sam zaczął ją przekładać, jak powiedział, “z musu"; nie podobały mu się tłumaczenia, które ukazywały się w druku. Tłumacząc swe wiersze, konsultował je zawsze z kimś, kto w angielskim wyrósł, ale, jak napisał w jednym z listów, “udział współtłumacza ogranicza się do poprawek gramatyczno-stylistycznych wewnątrz nadanego przeze mnie rytmicznego kształtu". Sam na przykład przetłumaczył swój cykl “Świat, poema naiwne", choć istniała już bardziej wpasowana w tradycję literatury anglosaskiej, częściowo rymowana - w zgodzie z oryginałem - wersja Renaty Gorczyńskiej i dwóch świetnych poetów amerykańskich Roberta Hassa i Roberta Pinsky’ego. Miłosz wolał wersję dosłowną, gdyż najważniejszy w wersji angielskiej był dla niego “tok rytmiczny [który] wyraża głos oryginałów". Dzięki kontroli nad tłumaczeniem i publikacją angielskojęzycznych wersji swoich wierszy, Miłoszowi udało się zachować ten tok rytmiczny i jego “dykcja" jest po angielsku równie rozpoznawalna co po polsku.

Istnieje ogromna, nieprzekraczalna różnica między tłumaczeniem wiersza, nawet swojego własnego, a jego pisaniem. Miłosz różnicę tę zawsze podkreślał. Ale otwarty był na piękno i melodię poezji anglojęzycznej i nie oparł się ciśnieniu angielskiego. Z czasem wiersze jego stawały się ascetyczne, pisane tak, że niemalże “tłumaczyły się same". Poszczególne linie nabrały samoistności - tak, jakby były pisane po angielsku, bo dzisiejsza poezja angielska, a szczególnie amerykańska, tak jest najczęściej skonstruowana. Zdania te, nieozdobne, były nośnikami głosu autora, cezury odpowiadały rytmowi jego oddechu. I dziś, żeby ogarnąć całość opusu miłoszowskiego, trzeba go czytać po polsku i po angielsku. Bo z czasem w poetyckim warsztacie Miłosza doszło do dialogu obu języków, wymiany, pulsowania. I do zbliżenia między polskim a angielskim rytmem, dykcją. Ta właśnie dykcja, asceza, uznana została przez czytelnika amerykańskiego za należącą do gospodarstwa poezji amerykańskiej. Tłumy na amerykańskich spotkaniach z Poetą nie wsłuchiwały się w muzykę o obcym brzmieniu. Miłosz był poetą polskim, był poetą amerykańskim. Był poetą światowym.

I czuł się za gospodarstwo poezji światowej odpowiedzialnym. Gdy w roku 1972, świeżo po opuszczeniu Rosji, Josif Brodski przyjechał do Stanów Zjednoczonych, Miłosz napisał do niego list. Choć nie znał go osobiście, chciał mu dodać otuchy, pomóc, zachęcić do pracy. “Przypuszczam, że się Pan bardzo niepokoi - pisał - tak jak my wszyscy z naszej części Europy, wychowani na mitach, że życie pisarza kończy się, jeśli opuści on kraj rodzinny. Ale to mit, zrozumiały w krajach, w których cywilizacja pozostawała długo cywilizacją wiejską, w której wielką rolę odgrywała »gleba«. Wszystko zależy od człowieka i od jego wewnętrznego zdrowia".

Miłosz był człowiekiem wielkiego wewnętrznego zdrowia, ale fragment ten pokazuje, z czym musiał walczyć, gdy w roku 1951 decydował się na emigrację. Wychowany na Mickiewiczowskim “Ja śpiewak, i nikt z mojej pieśni nie zrozumie nic...", decyzję tę nazwał wówczas samobójstwem poety. Dziś, gdy śmierć podsumowuje jego życie, widać z jakim wysiłkiem, gigantycznym talentem i pracowitością udało mu się pokonać ten i wiele innych progów.

Na przekór romantycznym wzorcom, żył długo, nie okazywał rozpaczy, pisał wiersze do samego końca. Co więcej, przeskoczył przez płot odgradzający poezję polską od literatury światowej i w niej już pozostał. I przypomina nam ciągle, w swym “nieziemskim języku": “zaraz dzień / jeszcze jeden / zrób co możesz". “Day draws near / another one / do what you can".

Irena GruDzińska-Gross jest historykiem idei, profesorem literatury porównawczej w Boston University. Przygotowuje książkę o Brodskim i Miłoszu.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]