Patryk Vega nakręcił film o Putinie. Czy tego chcemy, czy nie

Widziałem wszystkie filmy Patryka Vegi. I ten ostatni o Putinie też. Jedne obejrzałem z przyjemnością. Inne były gehenną. Polacy go pokochali. A potem porzucili. Dlaczego?
Czyta się kilka minut
Patryk Vega podczas premiery filmu "Putin". Warszawa, 9 stycznia 2025 r. // Fot. Radosław Nawrocki / Forum
Patryk Vega podczas premiery filmu "Putin". Warszawa, 9 stycznia 2025 r. // Fot. Radosław Nawrocki / Forum

Besaleel, namaszczony przez Boga rzemieślnik, który podczas obozowania na górze Synaj zbudował Arkę Przymierza i Namiot Spotkania, nie jest najgorętszym nazwiskiem w Wikipedii. Lecz nawet on miał swoje pięć minut sławy. Kiedy jego biblijne imię przyjął polski reżyser Patryk Vega, słupki oglądalności strony wystrzeliły pod sufit. Przez chwilę obaj byli popularniejsi od Mojżesza.

Nie była to jedyna atrakcja tamtego wieczoru. Po serii kasowych porażek oraz autobiografii, z której wynikało, że Polska jest dla niego za ciasna, Patryk „Besaleel” Vega zapowiedział film o Władimirze Putinie. Jako posiadacz monopolu na prawdę, mówił o „wiwisekcji duszy” rosyjskiego dyktatora. Słuchaliśmy o obrazach Caravaggia oraz ikonach Andrieja Rublowa; o „Zbrodni i karze” Dostojewskiego oraz o aniołach i demonach wędrujących ulicami Petersburga niczym u Bułhakowa. A wszystko to już po rosyjskiej napaści na Ukrainę, która zamieniła podobne wizje w wyjątkowo delikatną – formalnie i moralnie – materię. Jak szaleć, to szaleć? 

Dziś, gdy „Putin” zarabia już w polskich kinach, wypadałoby zapytać, jaki jest właściwie cel tej wiwisekcji? Biorąc pod uwagę impet, z jakim Vega przestawił zwrotnicę w rodzimym kinie, namiętność, z jaką Polacy rzucali się na jego filmy, oraz skalę rejterady, gdy zaczął już zjadać własny ogon, zaryzykuję stwierdzenie, że chodzi o powrót do łask masowego widza. Ale to ja. A filmy Vegi oglądaliśmy przecież wszyscy.

Dekada Vegi

Podczas gdy większość polskich filmowców podąża utartą ścieżką „szkoła – debiut – jakoś to będzie”, w ciągu ostatnich dwóch dekad Vega pokonał drogę, o której można by nakręcić hollywoodzką biografię. Ta nakręcona przez niego, „Niewidzialna wojna” z 2022 roku, jest spowiedzią człowieka, który nigdy tak naprawdę nie przegrał – ani w życiu, ani w kinie. Ale nawet jeśli życie traktuje się jako część planu boskiego, a kino biznesowego, takie konkluzje bywają ryzykowne.

Na przełomie wieków, jako uczeń dokumentalistów Andrzeja Fidyka i Marka Millera, początkujący scenarzysta, a także twórca serialu „Prawdziwe psy”, Vega był stałym bywalcem komendy stołecznej policji. Nakręcił wówczas świetnego „Pitbulla” (2005), podwójną demitologizację etosu służb mundurowych oraz importowanego na potęgę po transformacji kina sensacyjnego. Później osiadł na mieliznach gatunkowej konfekcji. Za sprawą komedii „Ciacho” (2010) oraz „Last Minute” (2013), a także nieudanego requela (czyli trochę rebootu, a trochę sequela) „Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć” stał się synonimem nie tyle złego smaku (na to jeszcze przyjdzie pora), co zawiedzionych nadziei.

W myśl zasady „jeden krok wstecz, dwa kroki naprzód” powoli wracał do kina, które przyniosło mu sławę. Filmy kręcił za pieniądze swoje oraz prywatnych inwestorów, co – wbrew hollywoodzkiej logice kolektywnej pracy nad tekstem – zamieniło go w faceta, dla którego każdy pomysł jest równie dobry. Najpierw były „Służby specjalne” (2014), a później kolejne odsłony „Pitbulla”: „Nowe porządki” i „Niebezpieczne kobiety” (2016), dzięki którym stał się jednoosobową armią w służbie kina kręconego błyskawicznie, niechlujnego formalnie, schlebiającego najniższym gustom, ale też bezpretensjonalnego, szalonego konceptualnie, buchającego narracyjną energią.

Następne kasowe hity, czyli „Botoks” (2017), „Kobiety mafii” (2018) i „Polityka” (2019), były impregnowane na krytykę. Ponieważ większość filmów przemontowywał na seriale, mógł zarabiać na „dwóch frontach”, komercyjnie niespełnione produkcje zaś, w rodzaju „Plag Breslau” (2018), okazywały się wyjątkami potwierdzającymi regułę. „Pan Pasikowski wie o polskich widzach coś, czego ja nie wiem” – mówił Andrzej Wajda, kiedy w połowie lat 90. krytycy pastwili się nad „Psami”, a widzowie przebierali się na ulicach za Franza Maurera. Vega dowiedział się o nas jeszcze więcej niż Pasikowski.

I jeszcze: ilu polskich twórców filmowych można definiować poprzez „wczesny”, „środkowy” i „późny” okres twórczości? Wajdę, Zanussiego, Pasikowskiego? Vegę na pewno.

Vega był już i ludowym trybunem, i synonimem filmowego obciachu. Dziś jest niewiadomą. Choć ktoś, kto obejrzał choćby zwiastun „Putina”, wie doskonale, że nie jest to „wielka niewiadoma”.

Fenomen Patryka Vegi

Jego zderzenie z krytyką filmową przybierało zazwyczaj formę sarkastycznych połajanek – wymierzonych i w niego, i w tzw. „zwykłego widza”. Z uwagi na kasowe sukcesy dziennikarze nie widzieli, którą ręką wyprowadzać ciosy. Część tłukła w „motłoch”, pogłębiając otchłań między intelektualną elitą a odbiorcą spragnionym rytualnego doświadczenia. Inni zajmowali pozycje ostatnich sprawiedliwych. Smagali wprawdzie Vegę bacikiem ironii, ale też „analizowali fenomen”, przyglądali się socjologicznym aspektom jego kina. W myśl zasady, że nie warto obrażać się na rzeczywistość, uznawali go za zło konieczne; za drzazgę pod paznokciem, którą wypadałoby wyszarpnąć w tzw. „kulturowym dyskursie”.

Gdybym sam miał się określić, mówiłbym raczej o tym, że Vega jest obietnicą bez pokrycia. Nie tylko ja po sukcesie „Pitbulla” i całkiem niezłych „Służb specjalnych” zacząłem się zastanawiać, kto właściwie zrzucił skórę. Biznesmen? Cyniczny socjotechnik? Facet z uchem do dialogów, ale bez talentu reżyserskiego? Ten ostatni raczej nie. Skoro ze skrawków prawdy i fikcji fastrygował tak odrębne – zwłaszcza na tle bitych od sztancy produkcyjniaków – historie, to przecież nie może być oszustem. Prawda?

Przed dekadą Vega był u szczytu popularności. Przez jego plany zdjęciowe wędruje korowód gwiazd: od Zbigniewa Zamachowskiego i Agaty Kuleszy po słynną „Luz Marię”, czyli Angie Cepedę oraz znanego z „Domu z papieru” Enrique’a Arce. Ludzie gnają do kin całymi tłumami. Trzy miliony widzów na „Pitbullu. Niebezpiecznych kobietach”. Dwa i pół na „Botoksie”. Dwa na „Kobietach mafii”. W kategorii wpływów z kas dwie pozycje Vegi lądują w dziesiątce najbardziej dochodowych filmów po 1989 roku – i to z uwzględnieniem dystrybuowanych międzynarodowo koprodukcji, „Pianisty” oraz „Twojego Vincenta”.

Krytycy sarkają, studenci filmoznawstwa umawiają się na „ironiczne” seanse, memosfera pracuje na szóstym biegu. Ulica mówi o Vedze i mówi Vegą, a sceny z filmów trafiają w popkulturowy obieg. Bogusław Linda pyta „dziada”, ile ten zarabia w weekend. Maja Ostaszewska obiecuje, że zrobi swojemu facetowi kanapki z ogórkiem. Sanitariusze ratują mężczyznę, który kopuluje z psem. Facet w stroju niedźwiedzia jeździ na rowerze marki Romet.

Filmy tak złe, że aż dobre

Popularność jego kina opiera się na prostym mechanizmie. Vega podnosi z ulicy albo wycina z tabloidu temat, a potem podsyca społeczny gniew. Ludzie wybaczają mu blagę oraz artystyczną nijakość samych filmów, gdyż potwierdza to, co już wiedzą, czego się domyślają albo w co bardzo chcieliby wierzyć. Głównie o Polsce. W obiektywie reżysera to kraj na krawędzi implozji, drenowany przez bogaczy, przeżarty korupcją na każdym instytucjonalnym poziomie; węzeł gordyjski interesów mafijnych, politycznych i kościelnych. Politycy kradną, lekarze zabijają nienarodzone dzieci, sąsiedzi łypią spod byka, pies szczerzy kły – pewnie ma coś do ukrycia. Ci, którym jeszcze nie przetrącono kręgosłupa, wkraczają do akcji. Tłuką po gębach, filozofują, raz zachowują się jak Jason Bourne, kiedy indziej jak Schopenhauer. Niewiele mogą jednak zdziałać w tak robaczywym kraju.

Dziennikarze stroją sobie żarty, przytaczają historyjki, ironizują. Że Vega naprawdę nazywa się Krzemieniecki. Że na drugie ma Seba. Że nie robi dubli. Że statyw przehandlował za drona. Że do jazd kamerowych używa deskorolki. Że chwali się nowym lamborghini. A ludzie? Wchodzą na fora, piszą o prawdzie, o riserczu, o wypruwaniu podszewki tematów, chwalą twórcę za obywatelską postawę.

Reżyser tymczasem uparcie czerpie z tej naszej studni bez dna. Wyciąga z niej policjantów, lekarzy, polityków, kiboli, pedofilów, SKOK Wołomin, aferę podkarpacką. Rzuca oskarżenia, prawi o ryzyku zawodowym, o zagrożonym życiu. Przede wszystkim jednak – pozwala nam umościć się bezpiecznie we własnej głowie i ocenić „świat za oknem” z pozycji moralnej wyższości. Niemal wszystko w jego ustach brzmi tak samo dobrze, bo i sam Vega jest trochę tu, a trochę tam. Niby człowiek z kamerą, bogacz, członek elity, ale też „swojak”, tajniak z ludu na salonach, facet zamrożony w wiecznym, rebelianckim geście. 

Na czym poległ Patryk Vega

Tym większe zaskoczenie, że kilka lat później miłość prostego człowieka się kończy. A wraz z nią przeświadczenie, że Vega reprezentuje interes „motłochu”. Twórca kręci za coraz większe pieniądze, ale efekt jest coraz bardziej groteskowy. Mówi o satanistach-pedofilach w Meksyku, o seks-maszynach w pandemii, o Bogu we własnym sercu. Z autobiograficznej „Niewidzialnej wojny” wynika, że wymyślił „Matriksa” przed Wachowskimi, a po kamerę kazał mu sięgnąć sam Stwórca. Staje się kimś, kogo Polacy średnio lubią: moralistą. „Zdroworozsądkowe” spojrzenie na Polskę? Jak najbardziej! Katon Młodszy? Zapomnij.

Resztę jego kariery można opowiedzieć w konwencji telegramu, odmierzają ją kolejne artystyczne i kasowe porażki: „Bad Boy”, „Pętla”, „Small World”. A także skandale (jak medialny odpór po dokumencie o pedofilskich siatkach „Oczy diabła”) oraz zapowiadane projekty (pod względem ich ilości może się równać jedynie z Quentinem Tarantino). Nawrócenie i powrót do Boga, o których chętnie opowiada prasie, odbijają się na jego kinie w sposób tak transparentny, że klucz biograficzny staje się jedyną metodą interpretacyjną. Kolejny „Pitbull” jest dosłowną adaptacją Księgi Wyjścia, gdzie stary mądry policjant referuje swojemu synowi dekalog. „Miłość, seks i pandemia” to z kolei uwspółcześniona przypowieść o siewcy, o czym informuje w filmie ksiądz na ambonie. W finale „Niewidzialnej wojny” czuć już tylko gorycz. I zapowiedź „samowygnania”: podróży ku oświeceniu, czyli ku jeszcze większym pieniądzom i jeszcze ambitniejszemu kinu.

Polskie kino po Patryku Vedze

Widziałem wszystkie filmy Patryka Vegi. Niektóre po dwa razy. Jedne obejrzałem z przyjemnością. Inne były gehenną. Niektóre polecam ludziom spragnionym kina eksploatacji. Innych nie traktuję w ogóle jako kina, to raczej doświadczenie z pogranicza skeczu oraz wsobnego performensu. Gdy mówię o tym w towarzystwie, czuję, że to wstydliwe wyznanie, choć mam wrażenie, że dwie rzeczy nie podlegają dyskusji.

Filmy Patryka Vegi , które warto zobaczyć 

Kadr z film "Pitbull", 2005 r. // Fot. Materiały prasowe

Pitbull (2005)

Fabularny debiut Vegi i wciąż jego najlepszy film – choć, wbrew obiegowej opinii, nie jedyny udany. Przetrąceni przez życie i uwalani egzystencjalnym brudem stołeczni gliniarze mówią językiem, którego wcześniej w polskim kinie nie słyszeliście. I którego Vega, na dobre i na złe, stał się mistrzem.

Kadr z filmu "Służby specjalne", 2014 r. // Materiały prasowe

Służby specjalne (2014)

Pierwszy zwrot przez rufę w karierze. I od razu coś, co dla odmiany dało się oglądać. Pomijając kontrowersyjne wątki w rodzaju zamachu na Andrzeja Leppera, to całkiem przyzwoity, polifoniczny thriller z dobrymi rolami Olgi Bołądź i Janusza Chabiora.

Kadr z filmu "Pitbull: Nowe porządki", 2016 r. // Materiały prasowe

Pitbull: Nowe porządki (2016)

Pierwszy z filmów, w których selekcja materiału okazała się kłopotliwym balastem. Kilka pomysłów było jednak całkiem niezłych. Na przykład uczynienie z Piotra Stramowskiego bohatera kina akcji albo obsadzenie Mai Ostaszewskiej w roli „eleganckiej dresiary”. Zaryzykuję stwierdzenie, że zagrała u Vegi jedną z najlepszych ról w karierze.

Kaddr z filmu Plagi Breslau, 2018 r. // Materiały prasowe

Plagi Breslau (2018)

Siódma woda po „Siedem”, ale z dyskretnym wrocławskim kolorytem. Zrealizowany z myślą o nieistniejącej już platformie Showmax film nie był hitem, lecz wstydu Vedze nie przyniósł. Okazał się też chyba jego najdojrzalszą opowieścią o tzw. ludowym gniewie.

Po pierwsze, Vega dał poszaleć rodzimym aktorkom, uwięzionym dotąd w komediach romantycznych oraz zgrzebnych pogrobowcach kina moralnego niepokoju. Nawet jeśli ich postaci były cieniutkie jak kalka, mogły postrzelać z kałasznikowów, pomachać piłami łańcuchowymi, porzucać mięchem; mogły stać się częścią większej narracji o zwrocie rodzimego kina w stronę kobiet, a przy okazji – ludowymi bohaterkami publiczności rozczarowanej Polską. 

Po drugie, reżyser miewał pomysły z tych najdzikszych. No bo jak inaczej nazwać fakt, że w „Niewidzialnej wojnie” Rafał Zawierucha gra szczupłego Vegę, a gdy bohater przybiera na wadze, wciela się w niego zupełnie inny aktor (choć wciąż mówiący głosem Zawieruchy)? Albo opowieść o Jarosławie Kaczyńskim z filmu „Polityka” rozegrana w konwencji homoerotycznej komedii kumpelskiej: prezes spaceruje po Żoliborzu, puszcza kaczki na stawie i wodzi tęsknym wzrokiem za swoim masażystą. Gdyby obejrzeć tę nowelkę w próżni, przypominałaby kameralne kino niezależne. Zestawiona z barokowymi, pełnymi niewybrednych gagów historiami Bartłomieja Misiewicza, premiera Morawieckiego i ojca Rydzyka jest jak odprysk szalonej wyobraźni. W polskim kinie takiej wyobraźni, najzwyczajniej w świecie, brakuje.

Płaciliśmy za te wariactwa wystarczająco długo, by wiedzieć, że mówią więcej o nas niż o reżyserze. I nic nie jest tego jaskrawszym przykładem niż jedyny „Pitbull”, którego Vega nie nakręcił, czyli ten w reżyserii Władysława Pasikowskiego. Po premierze zgodnie podkreślano, że mieliśmy do czynienia z lepszym filmem, który oglądało się znacznie gorzej.

Coś jest na rzeczy. „Środkowe” filmy Vegi ogląda się na jednym wdechu, choć składają się z miliona gagów; z wyłowionych z magmy języka potocznego perełek można się śmiać, nawet jeśli trafiają do przegródki z patohumorem. Nad formą zaś łatwo przejść do porządku dziennego, skoro nie o formę wcale chodzi. Vega, chwalący się często swoim socjologicznym wykształceniem, znalazł klucz do serca masowego odbiorcy, ponieważ bezbłędnie zdiagnozował hierarchię naszych potrzeb względem kina. Filmowe rzemiosło znajduje się na niej bardzo nisko. Synergia tematu i narracyjnej werwy – na samym szczycie.

Kadr z filmu "Putin", reż. Patryk Vega, 2024 r. // Materiały prasowe

„Putin” Patryka Vegi: czy warto

W „Putinie”, o którym można mówić wyłącznie za pomocą wielkich kwantyfikatorów, wszystkie te „recepty na sukces” powracają ze zdwojoną mocą. Rozpoczynają go nawet nie jeden, a dwa cytaty. Ten ważniejszy, z „Raju utraconego” Johna Miltona, brzmi: „Umysł jest swoim własnym panem. I sam potrafi niebem uczynić piekło, a piekłem – niebo”. Czyli jednak – wiwisekcja.

Jesteśmy w niedalekiej przyszłości, w jednym z moskiewskich szpitali. Tarzający się we własnych fekaliach Putin dostaje raport ze stanu świata: Stany Zjednoczone walą się w gruzy, kryzys paliwowy zamienia Wielką Brytanię w kraj rowerów, a na Ukrainie wciąż rządzą sataniści. Chwilę później wsiadamy do wehikułu czasu i lecimy przez całe życie dyktatora. Putin walczy o życie w betonowej dżungli, jeździ taksówką, urabia Jelcyna, likwiduje kolejnych politycznych oponentów. Duchy dzieciństwa oraz diabły z piekielnego leja wdzierają się do jego głowy i prowadzą psychomachię, a Dolina Niesamowitości pochłania nasze zmysły. Nałożona na aktorskie ciało technologia deepfake zamienia Putina – dosłownie – w kukiełkę historii.

Vega przekonuje, że nie chciał relatywizować medialnej optyki. Pragnął pokazać Putina jako ułomnego, zakompleksionego człowieka i uspokoić tym samym ludzi żyjących w czasie wielkich politycznych turbulencji. Ja będę się upierał, że to nawet gorzej. Po pierwsze – stoi za tym mylne przekonanie, że wszystkich dyktatorów da się zmierzyć jedną miarą (co, jeśli trzymamy się badań psychologicznych, jest prawdą tylko do pewnego stopnia). Po drugie – jeśli coś pozwala nam wstawać z łóżka bez strachu, to raczej jest to przeświadczenie, że wszystkie ruchy na geopolitycznej szachownicy są elementem nieprzeniknionej gry. Wizja człowieka „takiego jak my” pochylonego nad atomowym guzikiem to jednak czysty egzystencjalny horror. I nikogo raczej nie uspokoi.

„Putin” – w kontrze do dotychczasowych filmów Vegi – mówi chyba więcej o nim samym niż o nas. Sprzedany na ponad 60 międzynarodowych rynków, przemontowywany w zależności od lokalnych potrzeb i nakręcony po szumnej obietnicy „nowego rozdania”, jest kolejną odsłoną biznesowego planu. Jasne, jest to plan, który może imponować. Ambicji też łatwo pozazdrościć. To na ich ołtarzu składane jest kino.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 3/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Z Bogiem i nie tylko