Jak zwykle dużo słów i mało konkretów - tak chyba można podsumować wizytę Donalda Tuska w Białym Domu, gdzie tematem numer jeden była, rzecz jasna, tarcza antyrakietowa. Bo gdyby odcedzić twarde fakty od normalnej w takich momentach marketingowo-dyplomatycznej retoryki - podobną uprawiali zresztą politycy PiS, gdy latali za ocean - to okaże się, że nadal nie znamy odpowiedzi na zasadnicze pytanie: co Polska może tak naprawdę zyskać, jeśli zgodzi się na budowę wyrzutni antyrakiet na swoim terytorium? I być może nie poznamy jeszcze długo, najpewniej aż do przyszłego roku: Tusk wydaje się czekać nie tylko na wynik wyborów prezydenckich w USA, ale także na decyzję Kongresu o przyznaniu (lub nie) środków w przyszłorocznym budżecie na budowę bazy. Reszta - to tylko dyplomatyczne gesty mające ukryć wrażenie, że obecny lokator Białego Domu nie jest już tym, który rozdaje karty w tej grze.
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















