Reklama

Z maską na brodzie

Z maską na brodzie

11.05.2020
Czyta się kilka minut
Polska polityka zdrowotna to od lat gaszenie pożarów – co podczas epidemii widać jak w soczewce na Śląsku.
Badania na obecność koronawirusa wykonywane górnikom z kopalń, w których wykryto ogniska choroby, Gliwice, 8 maja 2020 r. / Fot. GRZEGORZ CELEJEWSKI / AGENCJA GAZETA
Ś

Śląskie wysunęło się na czoło województw pod względem liczby zakażonych koronawirusem. Poprzedni tydzień – po długim okresie ignorowania napływających ostrzeżeń – to czas wzmożonej aktywności władz w regionie. Przyjechał tu główny inspektor sanitarny Jarosław Pinkas, zapowiadając wzmocnienie sanepidu i testy przesiewowe tysięcy górników. Ogniskami zakażeń okazały się bowiem kopalnie, których – w odróżnieniu od większości przedsiębiorstw – w marcu nie zamknięto. COVID-19 stwierdzono u ponad 400 górników.

Z wielu powodów Śląsk powinien być wyrzutem sumienia rządzących. Przeprowadzano tu czterokrotnie mniej testów niż na Mazowszu. Polska wciąż znajduje się w ogonie rankingu państw Europy pod względem liczby testów na milion mieszkańców (12 tys.; dla porównania w Czechach to 28 tys.). Tymczasem bez sprawnego namierzania i izolowania chorych nie uda się zbić wskaźnika reprodukcji wirusa poniżej 1, co jest konieczne do wygaszenia epidemii.

Słuszna decyzja o przesiewowych badaniach górników rodzi pytania, dlaczego 31 marca Sejm odmówił cotygodniowych profilaktycznych testów pracownikom medycznym. Samorząd pielęgniarski wprawdzie odrzuca hipotezę o roli żon-pielęgniarek w zakażaniu mężów-górników (patrz: rozmowa z Krystyną Ptok, przewodniczącą samorządu pielęgniarskiego), niemniej nawet jeśliby się potwierdziła, rzuca to złe światło przede wszystkim na system, który zmusza medyków do podejmowania pracy w kilku miejscach. Niewysokie pensje, nakłanianie personelu do przechodzenia na umowy cywilno-prawne i fakt, że placówki często oferują cząstki etatów – sprawiają, że godne wynagrodzenie trzeba sobie poskładać. Ta chroniczna prowizorka jest niezbędna ze względu na szczupłości kadr. Gdyby medycy zaczęli pracować zgodnie z unijnymi ograniczeniami godzin pracy, system ochrony zdrowia by się zawalił. Szkodliwości pracy w kilku placówkach podczas epidemii nie trzeba dowodzić.


Czytaj także: Sztukmistrz z Anina - Małgorzata Solecka o Łukaszu Szumowskim


Dlatego minister zdrowia Łukasz Szumowski chce to uniemożliwić lekarzom ze szpitali jednoimiennych, oferując w zamian 16,7 tys. zł brutto miesięcznie. Nic dziwnego, że lekarski związek zawodowy postuluje utrzymanie zasady jeden lekarz – jeden etat i tego wynagrodzenia na stałe. Trudno naprawiać system w ogniu wojny, ale związkowcy wiedzą, że kiedy wojna się skończy, władze nie będą skłonne do reform. Bo polityka zdrowotna polega w Polsce raczej na gaszeniu pożarów – co widać jak w soczewce na Śląsku.

Minister zdrowia zabłysnął w minioną sobotę diagnozą, że jesteśmy „między wygaszaniem epidemii a wchodzeniem w trend wzrostowy”. Liczba tzw. czynnych zakażeń od końca kwietnia nie przekracza 10 tys.; udało się uniknąć przeciążenia szpitali. Ale skutkiem ubocznym spłaszczania krzywej zachorowań jest wydłużenie epidemii. Zaufanie do ministra zdrowia spada, rządowi nie udaje się utrzymać spójnej narracji o epidemii z początku marca.

Dramat Śląska dzieje się podczas odmrażania gospodarki – koniecznego władzom do udowodnienia, że skoro możliwy jest powrót do w miarę normalnego życia, nie ma powodów, by nie przeprowadzać wyborów; z drugiej strony – niezbędnego, bo każdy dzień lockoutu jest zabójczy dla PKB. Polska czyni to – w przeciwieństwie np. do Czech czy Austrii – przy wskaźniku R wciąż większym od 1, co w połączeniu ze zmianą społecznych emocji dotyczących epidemii grozi urzeczywistnieniem się drugiej połowy diagnozy Szumowskiego. Polacy pytają, dlaczego zamykano szkoły i zakłady przy kilku­dziesięciu zachorowaniach w skali kraju, a teraz, kiedy jest kilkaset nowych dziennie, gospodarkę się odmraża? Efekty narastającego przekonania, że „tak naprawdę nic się nie dzieje”, widać na ulicach: nawet jeśli ktoś ma maseczkę, to na brodzie.

CZYTAJ WIĘCEJ:

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz działu „Wiara”, z „Tygodnikiem Powszechnym” związany od 2007 roku. Specjalizuje się w tematach religijnych i historycznych. Studiował historię na Uniwersytecie Jagiellońskim i...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

W marcu nie zamknięto większości przedsiębiorstw, według danych z drugiej dekady marca, wciąż działało 75-80 % firm, skąd by się nam wzięły towary na półkach sklepów???

Nie twierdzę, że nic się nie dzieje, ale maseczki na świeżym powietrzu to absurd. Bułgaria już to zrozumiała. Potem będzie płacz, że ktoś się wprawdzie uchronił przed koronawirusem, ale przed grzybicą płuc i układu oddechowego to już nie.

„Z maska na brodzie” 1) Rodacy wychowani w „wolności” (raczej w swawoli bez hamulców) nie są nawykli do przestrzegania jakichkolwiek zaleceń i reguł 2) Zmasowane judzenie opozycji i ich mediów przeciwko każdej decyzji władzy (PiS) w tym dot. epidemii skutkuje – szczególnie w przypadkach niesamodzielnie myślących - brakiem zaufania do wszelkich zarządzeń państwowych Ps. Obowiązek chodzenia w maseczkach na otwartej przestrzeni (ulicach, parkach) uważam przede wszystkim za nierealny i raczej zbędny. Ludzie palą, jedzą lody, gadają przez komórkę itp. Niech będzie utrzymywany dystans (też trudno go zmierzyć, muszą decydować sami ludzie). Niech w sklepach, galeriach, urzędach i transporcie publicznym będą wydawane (bezpłatnie?) jednorazowe maseczki. A więc w przestrzeni otwartej bez maseczek z zachowaniem dystansu, w innych przypadkach maseczka wydawana obywatelowi. Tak proponuję.

Kolejny mitotwórca wierzący w skuteczność dużej liczby testów" Przykład Śląska dowodzi tezy zupełnie odwrotnej. Większość przypadków (ponad 90%) jest bezobjawowa. Gdyby stosować tę logikę i przebadać przesiewowo górników na Śląsku razem z rodzinami wszystkich , którzy przecież świetnie się czują, trzeba by wykonać około 200 tys. testów, co dałoby około 2 tygodni obciążenia wszystkich laboratoriów, pod warunkiem, że nie testuje się już nigdzie indziej w Polsce. Bądźmy realistami. Choćby rząd zakupił 60 mln testów - nic to nie da. Testowanie nie daje zresztą żadnej gwarancji, bo okres wylęgania choroby to czasem 2 - 3 tyg. Tak , czy owak podstawowym skutecznym środkiem walki z epidemią są procedury izolacji, środki bezpieczeństwa i kwarantanna. Te można stosować z doskonałym skutkiem bez testów. Nie widać korelacji statystycznej pomiędzy ilością testów i nasileniem epidemii. W Luksemburgu mają 20 razy więcej testów i 30 razy gorszą sytuację epidemiologiczną. Nie zamieniam się. Przypomnę jeszcze tylko, że w okolicach roku 2013 zamknięto "oszczędnościowo" kilkanaście laboratoriów diagnostycznych Sanepidu. ( https://www.rynekzdrowia.pl/Polityka-zdrowotna/Laboratoria-sanepidow-do-likwidacji-Czy-to-dobre-rozwiazanie,129209,14,1.html )

@katalizyna w środa, 13.05.2020, 07:08. A jeśli okaże się, że nie ma lepszych i gorszych środków, tylko same złe? Izolacja i kwarantanna niszczą gospodarkę i życie społeczne, ale ich poluzowanie po opanowaniu epidemii jest bardzo ryzykowne. W Niemczech tuż po częściowym zniesieniu ograniczeń wskaźnik R natychmiast wrócił do 1,1, co teoretycznie powinno być powodem do ich przywrócenia. W Korei otwarto bary po to, żeby po kilku dniach ponownie je zamknąć. Pewnie dlatego nadzieje pokłada się w testach. Ale tu z kolei statystyki są jeszcze bardziej rozczarowujące. Tajwan - chwalony powszechnie i bez zastrzeżeń prymus w tym trudnym egzaminie - wykonał dotąd 2860 testów na milion mieszkańców. Prawie pięć (!) razy mniej niż Polska, 10 razy mniej niż Wielka Brytania, przywoływana jako przykład negatywny, i 14 razy mniej niż Rosja. Japonia przetestowała jeszcze mniejszy odsetek obywateli niż Tajwan. Powie ktoś, że duża liczba testów to więcej wykrytych przypadków i bardziej wiarygodne statystyki, ale to oczywisty nonsens, któremu przeczą fakty obserwowalne gołym okiem. Jeśli przyjrzeć się choćby na stronie worldometers.info różnym wskaźnikom, to widać, że nie ma pomiędzy nimi żadnej korelacji. Lekarstwo albo szczepionka - to może być jedyne rozwiązanie, o ile nie przyjdzie ZBYT późno lub wcale. Bo że w najlepszym razie przyjdzie nieprędko to już wiemy.

1. @Polonistka - nie udowodniono, by noszenie masek powodowało grzybicę układu oddechowego, to zupełnie inne mechanizmy. Natomiast inna sprawa to, czy noszenie maseczek np. w lesie, parku przy zachowaniu dystansu ma sens. 2. @katalizyna – nie jest prawdą, że 90% przypadków zakażenia koronawirusem jest bezobjawowych. Badania światowe wskazują, że bezobjawowo przebiega ok. 25-30% przypadków zakażenia. Objawy łagodne lub umiarkowane to dalsze 55-60%, postać ciężka -10%, krtytczna-5%. Nic też nie wskazuje na to, by okres inkubacji SARS Cov2 sięgał aż 3 tygodni. Wg aktualnych badań okres ten wynosi 1-14 dni, średnio 5 dni, natomiast zakaźność danej osoby zakażonej wirusem to zwykle 2 dni przed pojawieniem się objawów. Być może coś się w tych faktach w przyszłości zmieni, ale aktualnie takie są dane.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]