Reklama

Z jakiego Kościoła odchodzą?

Z jakiego Kościoła odchodzą?

30.09.2019
Czyta się kilka minut
Oby narzucanie „gotowego zestawu wierzeń” faktycznie było tylko przejściową „historyczną formą” największego z Kościołów chrześcijańskich.
P

Piotr Sikora, cytując św. Grzegorza z Nyssy, pisze ciekawie o „osobistej drodze wiary” – możliwej do przejścia tylko samodzielnie, związanej ze spotkaniem z metafizyczną Tajemnicą. Pytanie brzmi jednak: czy oznacza to, że w Kościele katolickim da się zawiesić czy przesunąć na dalszy plan dogmaty i budować sobie obraz rzeczywistości na własną rękę?

Jeśli tak, postawiłoby to pod znakiem zapytania moją propozycję nazywania „samodzielnymi światopoglądowo” ludzi, którzy żyją poza religiami. A także moją i innych „religious nones” decyzję odejścia od Kościoła, którą uzasadniamy przede wszystkim kwestionowaniem narzucanych w nim nauk. Po co nam było odchodzić, skoro niezależność wierzeń jest możliwa także wewnątrz katolicyzmu?

Coś mi jednak w tym obrazie nie bardzo pasuje. Liczba osób poza Kościołami, a...

8306

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

no chyba ślepcem trzeba być i bystrym inaczej, by tego nie zauważać - z kościoła p y c h y, c h c i w o ś c i, f a ł s z u, o b ł u d y, z a k ł a m a n i a, h i p o k r y z j i, a r o g a n c j i - jednym słowem z absolutnie a n t y e w a n g e l i c z n e g o kościoła ponurych demonów

eddiepolo napisał: "odchodzą (...) z kościoła p y c h y, c h c i w o ś c i, f a ł s z u, o b ł u d y, z a k ł a m a n i a, h i p o k r y z j i,a r o g a n c j i" Ale my nie o tym. Rozmawiamy o tym, jak i czy można być - w Kościele i poza Kościołem - ludźmi samodzielnymi światopoglądowo.

no nie - Pan zadaje wprost pytanie " Z jakim katolicyzmem mieli oni do czynienia i z jakiego katolicyzmu zrezygnowali?" - ja wprost na nie odpowiadam jak wyżej - i nie ma się tu co bawić w Ą, Ę, bułkę przez bibułkę, tak to po prostu w większości przypadków j e s t ⛪ "po owocach poznacie ich" to w skrócie najczęstsza przyczyna odejść z kościoła katolickiego, dodam w Polsce, bo skala kosmiczna mnie mniej interesuje - a że sprawa jest prosta jak drut świadczy choćby to, że nawet ja, skromny inżynier po AGH, gdzie mu tam do filozofów, teologów, socjologów itepe, bezbłędnie rozpracowałem temat i przewidziałem rozwój sytuacji już niemal 30 lat temu, kiedy episkopat polski zaczynał podnosić głowę i rozpychać się łokciami w naszym państwie, konkretnie było to przy okazji wprowadzania religii do szkół - ta decyzja i sposób je przeprowadzania świadczyły dobitnie o moralnym upadku i ewangelicznej degrengoladzie instytucji, wystrczyło spokojnie czekać na jej skutki [p.s. w kwestii samodzielności światopoglądowej wymieniliśmy się poglądami, i to dosyć obficie, pod Pańskim tekstem tutaj ⇨ https://www.tygodnikpowszechny.pl/zycie-bez-wiary-nie-jest-zyciem-w-ciemno-160230

Zgadzam się z *eddiepolo, że zwłaszcza w Polsce przyczyną wielu, albo i większości odejść z Kościoła jest nie tyle samodzielność światopoglądowa, co bardziej konkretna - samodzielność moralna. (Po owocach ich poznacie, racja). Kiedy jednak pytałem o to, jaki był tak naprawdę Kościół w ostatnich 50 latach nie miałem na myśli tylko Polski. Jeśli Pan przeczyta cały akapit, zobaczy Pan poza tym, że - mimo ogólnikowo sformułowanego pytania - moim kontekstem był problem "hurtowo rozpowszechnianych wierzeń". Chodziło mi o ten aspekt Kościoła. Na tym po prostu znam się nieco lepiej i dlatego na tym się bardziej skupiam...

nie będę kwestionował Pańskiej wiedzy w temacie globalnego kościoła katolickiego, przypomnę jedynie, jak wielka fala odejść [a niech i będzie, że 'moralnie samodzielnych'] z tej instytucji miała miejsce w wielu krajach po ujawnieniu w nich choćby afer pedofilskich, mam na myśli na przykład USA, Irlandię, Australię, Niemcy, Pan pewnie podałby ich więcej - mnie do wyciągania wniosków wystarcza widok pustych ławek w naszym wiejskim kościółku, a oficjalne statystyki kościelne kwituję uśmiechem satysfakcji spełnionego analityka ㋡

Większość ludzi odchodzących z Kościoła katolickiego nigdy nie była świadomymi katolikami, ale katolikami kulturowymi wychowanymi w pewnej tradycji, religia była dodatkiem do ich życia. Odeszli kiedy było im wygodnie, kiedy musieli skonfrontować swoje życiowe decyzje z poznawaną nauką katolicką, o której nie mieli pojęcia słuchając coniedzielnych kazań czy czytając klawe, cukierkowe książki, które są na pierwszych miejscach na regałach księgarni w dziale religia, a co ewentualnie z katechezy, przygotowania do bierzmowania, nauk przedmałżeńskich - zapomnieli, być może tuż po wpuszczeniu jednym uchem. Najciekawszym dla mnie zjawiskiem są odejścia zaangażowanych świadomych katolików, takich którzy znali Biblię, egzegezę, komentarze do niej, przynajmniej podstawy klasyków jak Augustyn czy Tomasz, skrót KKK nie kojarzył się tylko z Ku Klux Klanem , a z dokumentów papieskich wiedzieli więcej niż to, że Wojtyła pisał o miłości, a Franciszek o ekologii, znali inne systemy i interpretacje, ale odrzucili je i świadomie w dojrzałym życiu trwali w wierze rzymskokatolickiej (ilu takich jest?!). Ktoś głęboko wierzący w na przykład transsubstancjacje nie przestanie w nią wierzyć po tym jak się okaże, że wśród kleru zamiast statystycznego 0.5% jest dajmy na to 4% pedofilów, skoro wierzy w Trójcę Świętą i dziewictwo Maryi to nie przestanie w to wierzyć gdy proboszcz rozbije się po pijaku na pasach. "polscy teologowie, z którymi miałem przyjemność dyskutować i bardzo ich szanuję: prof. Tadeusz Bartoś, (...) prof. Stanisław Obirek.". Bartoś jest ateistą lub mu bliski i otwarcie anty chrześcijaninem i jawnym wrogiem katolicyzmu, może po samym odejściu było inaczej, ale tak wnioskuję z najnowszych wypowiedzi, publikacji. Obirek uważa się za wierzącego, ale dystansuje się od chrześcijaństwa, a po swoim byłym wyznaniu jedzie jak po burej suce (czasem słusznie, czasem obsesyjnie). Jeżeli to są wybitni teologowie to nurtu teologii nie tyle nawet krytycznej co antychrześcijańskiej, to trochę tak jakby nazywać Deschnera wybitnym kościelnym historykiem. Jeśli wierzyć Obirkowi, że odszedł z kapłaństwa i zakonu po uświadomieniu sobie niemożności zmiany instytucji od wewnątrz na co liczył (a nie przez kobietę) to sorry, lubiany przeze mnie pan Staszek, był od początku niezłym naiwniakiem, a może i od początku traktował doktrynę i dogmaty w sposób "alegoryczno symboliczny" czy coś w tym tonie. Następny poruszony temat: prywatyzacja wiary. Zjawisko stare jak religia, może by się uchowało w bardziej ezoterycznym prawosławiu, zindywidualizowanym protestantyzmie, rozproszonym, zdecentralizowanym islamie czy judaizmie, ale nie w pełnym normatywno prawnych dokumentów zinstytucjonalizowanym katolicyzmie rzymskim. Klątwa i getto to dwa narzędzia, które Kościołowi katolickiemu pozwoliły przetrwać dwa tysiące lat (chociaż politycznie liczmy gdzieś od V wieku) i pomimo że Inkwizycję przemalowano na Kongregację, a papieży z posępnymi zaciętymi twarzami zastąpiono uśmiechniętymi - pod maską nie wiele się zmieniło. Jak ktoś chce zmieniać doktrynę to dlaczego nie założy sobie własnego kościoła, do którego będzie mógł przystąpić każdy, a więc będzie to kościół powszechny? W Polsce jest coś około 130 zarejestrowanych związków wyznaniowych, faktyczna liczba znacznie większa. Wracając jeszcze do prywatyzacji religii, do tego zjawiska np Obirek podchodzi pozytywnie, kiedyś każdy sądził że postępuje słusznie, wierzenia przenikały się z ludowymi tradycjami i własnymi wyobrażeniami, upowszechnienie piśmiennictwa, czytelnictwa, dostępność różnej literatury, rozwój mediów tradycyjnych, wreszcie rozwój internetu oferujący nieskrępowany dostęp do zasobów, anonimowych, półaninomowych, imiennych dyskusji i przejrzenia wszystkich możliwych punktów widzenia znacząco utrudnił sprawę, w parę sekund można skonfrontować swoje przekonania z "obowiązującą linią partii" w kilka sekund, bezproblemowo, bez potrzeby grzebania godzinami w podziemnych bibliotekach, bez potrzeby znajomości łaciny, greki czy choćby zaawansowanego angielskiego i bez proszenia o imprimatur. Jeszcze na koniec o zasadniczej różnicy pomiędzy chrześcijanami, a niewierzącymi. Dla tych pierwszych życie jest tylko mrugnięciem, chwilą będącą niczym wobec wieczności, krótkim egzaminem, któremu zostali poddani na Ziemi, a wynik zadecyduje czy ostatecznie spędzą wieczność cierpiąc męki piekielne czy dostępując zbawienia, które to z kolei nie może obyć się bez na ziemi cierpienia, poświęcenia i posłuszeństwa na rzecz Boga objawionego ludzkości w Biblii, a później w będącym kontynuacją Dziejów Apostolskich (księga powinna raczej nazywać się Czyny Apostołów) Kościele, trwającym przez dzisiejsze czasy, aż do ponownego przyjścia Chrystusa oznaczające koniec świata. Dla niewierzącego jest zupełnie inaczej, życie staje się nie egzaminem, drogą, ale celem samym w sobie, ciekawość, poszukiwanie, współodczuwanie względem ludzi i innych istot jest celem samym w sobie. Nie ma potrzeby składania wyższym bytom lub wyższemu bytowi ofiary z całego swojego ziemskiego życia, ciągłego rozważania czy każdy nasz czyn, słowo, myśl podoba się Mu czy przeciwnie, w Jego oczach budzi obrzydzenie. Zamiast obowiązku odbycia osobistej drogi krzyżowej i zakazowi zrzucenia krzyża ze swoich pleców jest zakaz narzucania jarzma na grzbiety innych ludzi. Gdyby przeciętnemu (choć nie tylko) polskiemu katolikowi przedstawić takie dwie wizje życia, świata prawdopodobnie pierwsza wywołałaby przerażenie, a drugą mechanizmy obronne by wyparły.

Chciałbym serdecznie podziękować *Borowik-owi za obszerny, kilkukierunkowy komentarz. Podzielę odpowiedź na 2-3 części, bo może Autor i inni czytelnicy zechcą to jeszcze rozwinąć i zrobiłyby się zbyt długie wypowiedzi. Na początek pozwolę sobie jednak na małą sugestię: może warto by przenieść cały wątek "prywatyzacji wiary" pod artykuł dr hab. Piotra Sikory "Religia samodzielnych"?, Bo w tym zakresie my obaj (ja i Borowik) zasadniczo się zgadzamy, a właśnie Piotr Sikora broni stanowiska, że samodzielność czy "prywatność" wierzeń jest możliwa także w katolicyzmie... To z nim warto więc dyskutować.

*Borowik napisał "świadomi katolicy (...) znali inne systemy i interpretacje, ale odrzucili je i świadomie w dojrzałym życiu trwali w wierze rzymskokatolickiej (ilu takich jest?!)". Być może jest ich niewielu, ale ilu jest takich "świadomych" wśród ludzi, którzy opuścili Kościoły? Obawiam się, że duża część odchodzących trafia do innych wspónot religijnych czy ideowych trochę przypadkowo - bo akurat spotkali kogoś z takiej społeczności, albo dlatego, że dana społeczność prezentuje się lepiej, niż Kościół katolicki w jakimś aspekcie, który jest akurat ważny dla danej osoby.... Inni po prostu żyją z dnia na dzień i dopiero na najbliższym zakręcie życiowym uświadomią sobie, że odchodząc z Kościoła stracili wiele z zabezpieczeń i gotowych recept na życie, jakie ofiarują wielkie religie i ich wpływy... I potem stres, samobójstwa, płacz... Dlatego warto może zadawać najpierw - odróżniając katolików kulturowych i tych "świadomych" - bardziej uogólnione pytanie: o wszelką świadomość światopoglądową, czy ktoś pozostanie w Kościele, czy nie. Mam takie wrażenie, że marnujemy strasznie dużo czasu potykając się o siebie nawzajem, zamiast uznać przede wszystkim, że naszym wspólnym problemem jest ledwo ledwo przenikalny dla naszych badań - świat...

jasne, wszyscy jesteśmy w jakiś sposób kulturowi, ale to w przypadku katolików fakt ten z definicji stanowi o fałszu w założeniu, brzmi jak oksymoron, bo to katolicy będąc k u l t u r o w y m i jednocześnie udają e w a n g e l i c z n y c h - i to jest k w e s t i a, konkretnie o b ł u d y, z a k ł a m a n i a, h i p o k r y z j i ⛪ a teraz pozwoli Pan, że ręce załamię i nad Panem, otóż frazy typu 'stracili wiele', 'potem stres i samobójstwa', 'trafiają do innych wspólnot przypadkowo' - Pan wybaczy, ale brzmią jak z podręcznika wiejskiego plebana dla szkółki niedzielnej z końca XIX wieku, są absolutnie wydumane i spod Pańskiej klawiatury zdumiewająco a u t o k o m p r o m i t u j ą c e - Pan n a p r a w d ę tak to widzi??... dla pobudzenia refleksji podpowiem Panu, że dla przykładu j a czuje się po tym 'stracili wiele' autentycznie i z ręką na sercu w y z w o l o n y, a może i d z i ę k i Bogu

*eddiepolo napisał "W przypadku katolików fakt ten z definicji stanowi o fałszu w założeniu, brzmi jak oksymoron, bo to katolicy będąc k u l t u r o w y m i jednocześnie udają e w a n g e l i c z n y c h - i to jest k w e s t i a, konkretnie o b ł u d y, z a k ł a m a n i a, h i p o k r y z j i". Nie sądzę, żeby to była jakaś szczególna cecha akurat katolicyzmu. Jeśli dobrze pamiętam, to Pascal Boyer w "Religion Explained" pokazuje, że napięcie pomiędzy oficjalną teologią a popularnymi wierzeniami jest obecne we wszystkich religiach, a wynika ze sposobu funkcjonowania wierzeń w naszych umysłach i społecznościach. W przypadku Polski może to się przejawiać jako oficjalnie ewangeliczna, a na co dzień bardziej hmmmm.... oportunistyczna moralność. Może to jednak działać także odwrotnie. Oficjalne duchowieństwo zwleka i mozoli się z pomocą poszkodowanym wskutek pedofilii, a świeccy mają inne przekonania, inną etykę - i na włąsną rękę zakładają telefon z pomocą dla ofiar...

może to nie jest "jakaś szczególna cecha akurat katolicyzmu" - ale na miłość boską przecież o k a t o l i c k i m kościele Pan pisze i się nad nim zastanawia, niezależnie od tego, co i gdzie pisze Pascal Boyer, czyż nie??..

*eddiepolo napisał: "frazy typu 'stracili wiele', 'potem stres i samobójstwa' (...) brzmią jak z podręcznika wiejskiego plebana dla szkółki niedzielnej z końca XIX wieku, są absolutnie wydumane". Akurat na temat tego, że ludzie poza religiami są mniej szczęśliwi od tych wewnątrz religii, jest sporo badań, tu jedne z nowszych: https://www.pewresearch.org/fact-tank/2019/01/31/are-religious-people-happier-healthier-our-new-global-study-explores-this-question/

po pierwsze, od Pana supozycji, iż "ludzie poza religiami są mniej szczęśliwi" do "potem stres i samobójstwa" droga tak daleka, jak od prawdy do m a n i p u l a c j i - po drugie, dane z cytowanej przez Pana strony wcale nie odpowiadają temu, co Pan sugeruje: ➊ ledwie w p o ł o w i e z badanych państw wierzący częściej opisywali siebie jako szczęśliwych, liczba tych 'szczęśliwych' w większości krajów oscyluje wokół 1/3, a różnice wskazań nie są porażające - to zdaje się raczej pokazywać, że siła religijnego o p i u m jest p r z e r e k l a m o w a n a - widać też, że zaskakująco w y s o k i odsetek s z c z ę ś c i a r z y niezależnie od ich religijności żyje w Ameryce Południowej, i to jest może ciekawszy temat do dyskusji; ➋ religijność nie ma wpływu na stan zdrowia to drugi wniosek z badań, ➌ wierzący mniej piją i palą; ➍➎ i wreszcie chętniej się udzielają w różnych przedsięwzięciach i głosują w wyborach, tyle i tylko tyle - a moja uwaga generalna na ten temat jest jeszcze taka, że badania te nie obejmowały Polski, a u nas mamy do czynienia z w y j ą t k o w y m typem religijności, odmiennym niż w USA czy Japonii, gdzie ponoć religijnych szczęśliwców jest więcej - tam ci, co do kościoła chodzą [a takie było kryterium kwalifikacji] w znacznie większym stopniu robią to z potrzeby wiary, niż jak u nas z przyczyn kulturowych ⛪ na koniec kwestia metodologii, otóż wspomniane badania mówią o "the unaffiliated (or “nones”), who do not identify with any religion", a nie o tych co z kościoła o d e s z l i, będących przedmiotem Pana rozważań - różnica bardzo istotna, nie uważa Pan?

*Borowik napisał "Dla niewierzącego jest zupełnie inaczej, życie staje się nie egzaminem, drogą, ale celem samym w sobie, ciekawość, poszukiwanie, współodczuwanie względem ludzi i innych istot jest celem samym w sobie". Hmmm... Wydaje mi się, że światopoglądy poreligijne, które by odpowiadały tym "świadomym" jednostkom, i jednocześnie dawały jakieś oparcie całym społecznościom w XXI wieku i epoce informatycznej - dopiero powstają. Religijne wizje świata były dość przejrzystymi "mapami", np. właśnie ta mapa od Stworzenia do Apokalipsy, na tle której człowiek miał konkretny cel, życie było czymś w rodzaju roku szkolnego i kończyło się promocją do następnego życia, a wątpliwości co do owych warunków rozwiewała konkretna instytucja. Wartość życia "samego w sobie" nie jest już tak łatwa do zrozumienia, a już zupełnie nie wiem, jak przejść do etyki, do "współodczuwanie względem ludzi i innych istot"? Czym to uzasadnić? Dlatego pisałem, że obawiam się o młodych samodzielnych światopoglądowo, którzy zbierają wierzenia z różnych miejsc tak samo łatwo, jak tocząca się w dół kula śniegu zbiera patyki i liście...

pomijając [w sposób oczywisty przesadzone w swej ogólności] konstatacje typu "dla niewierzącego to i tamto..." chcę zwrócić Panu uwagę, że 'światopoglądy poreligijne', jak je Pan ładnie określa, istniały już tysiące lat temu, istnieją nadal i będą istniały, tak, jak religie powstają i giną, a od tych, co trwają od zawsze niektórzy odchodzili - przecież nie w słynny n i h i l i z m, proszę Pana, ale po p r o s t u - i jak tysiące lat temu nie było z tym większych problemów, a na pewno mniejsze, niż z samymi religiami, to i dziś bym na Pana miejscu nie sromał się o młodych, ci sobie dość dobrze radzą, raz przez episkopat uwolnieni od tatuowania mózgów kościelną doktrynerią mogą jeśli zechcą śmiało i odważnie surfować po oceanie ludzkich zdobyczy i odkryć w zakresie duchowości czy racjonalizmu, i oni to robią - jasne, że nie wszyscy, ale i w kościółku na sumie ledwie garstka świadomie i z zaangażowaniem adekwatnym do programowych treści uczestniczy w rytuałach - i jeszcze co do map, jest dla przykładu taka jedna znana od ponad 2 tysięcy lat, wyrosła z nauk Buddy, w skrócie określana jako z e n - jeszcze sobie chyba nie zdają sprawy biskupi i filozofowie [red. Piotr Sikora na pewno zdaje, nie wiem, jak z Panem], jaki potencjał w sobie dla nas niesie i jakie zmiany zapowiada, a mapa to moim zdaniem d o s k o n a ł a, bo ze światem t o ż s a m a

*eddiepolo napisał "jak tysiące lat temu nie było z tym większych problemów, a na pewno mniejsze, niż z samymi religiami, to i dziś bym na Pana miejscu nie sromał się o młodych, ci sobie dość dobrze radzą, raz przez episkopat uwolnieni od tatuowania mózgów kościelną doktrynerią mogą jeśli zechcą śmiało i odważnie surfować po oceanie ludzkich zdobyczy i odkryć w zakresie duchowości czy racjonalizmu, i oni to robią". Oczywiście zgadzam się, że mniejsze z poreligijnością problemy, niż z samą religią (sam wybrałem poreligijność). Nie przekonuje mnie jednak pogodny, niemal wakacyjny obrazek młodych śmiało "surfujących" przez życie. Wierzenia - z ewolucjonistycznego punktu widzenia - to skróty myślowe, oszczędzające energię zużywaną na analizowanie bez końca podobnych sytuacji. Są one pożyteczne w tych środowiskach, w jakich wyewoluowały - mogą być szkodliwe w innych. A mamy właśnie kolejną gruntowną zmianę środowiska, wchodzimy w epokę informatyczną (zresztą wiele popularnych wierzeń pochodzi jeszcze z epoki rolnictwa, jeśli nie zbieractwa-łowiectwa). Tego rodzaju rozumowanie nie nastraja mnie zbyt optymistycznie... A co do nastrojów samych młodych? Najmłodsza generacja, najbardziej pozareligijna, jest też najbardziej samotna. (https://www.cigna.com/assets/docs/newsroom/loneliness-survey-2018-fact-sheet.pdf). Jeśli wybieramy wierzenia z wielu wspólnot nie jesteśmy związani emocjonalnie z żadną z nich, a człowiek jest jednak stadny z natury...

proszę zauważyć, że wspólnoty mają też to do siebie, że się co j a k i ś czas n o w e tworzą - i bez wątpienia jesteśmy świadkami naocznymi takiego procesu, i to w skali globalnej

*eddiepolo napisał "co j a k i ś czas n o w e tworzą - i bez wątpienia jesteśmy świadkami naocznymi takiego procesu, i to w skali globalnej". Oby. Mam nadzieję, że tak. Niestety - jak wieść niesie - lek przed informatyczną przyszłością, SI, bezrobociem, mocno wpycha ludzi w przeszłość, w nacjonalizmy, w ortodoksyjne stare wersje religii, w fanatyczny ateizm prawie jak sekta... Czy czasem projekty globalnych wspólnot przypadkiem nie upadają...? Poza tym: te wielkie projekty globalne, wspaniałe idee, kiedy staną się na tyle rozwinięte i instytucjonalne, aby wspomogły samodzielnych światopoglądowo w życiu codziennym, pracy, rodzinie której coraz mniej... nie wiem... Coś robimy żle.

"Rozmawiamy o tym, jak i czy można być - w Kościele i poza Kościołem - ludźmi samodzielnymi światopoglądowo". Myślę że to jest sedno dyskusji. Nie mieszajmy innych wątków. Jesteśmy skazani z natury, na przyjmowanie w trakcie swojego życia różnych kulturowo ukształtowanych pakietów. Nie sposób tworzyć sobie własnej wizji świata od podstaw. Przed nami już byli, swoje mniej lub bardziej spójne wizje stworzyli. Niektóre z nich są instytucjonalnie "obudowane". Jesteśmy w sytuacji w której "samodzielność światopoglądowa" oznacza w dużej mierze burzenie zastanych map. Jeżeli zatem budujemy, to na "zgliszczach". Inna możliwość jest rodem postmodernistyczna. Przyjmujemy wieloaspektowość, wielowersyjność rzeczywistości. Zatrzymujemy się z zaciekawieniem. To dość górnolotne. W praktyce natomiast oznacza, że przyjmujemy to co się sprawdza.

to wcale nie jest tak, jak Pan przedstawia - po pierwsze wcale n i e "przyjmujemy to co się sprawdza", a jest nam de facto siłą n a r z u c a n e to, co k t o ś chce, byśmy przyjęli - po drugie, pranie mózgu jakiemu jesteśmy poddawani od dziecka zostawia trwałe ślady czy sobie tego życzymy, czy nie, i także dlatego "przyjmujemy" również to, co się n i e sprawdza - i jeśli już kto decyduje się z tego kościoła odejść, to najczęściej właśnie dlatego, że się on n i e sprawdza, i wcale nie o światopogląd tu chodzi, a o i n s t y t u c j ę, a światopogląd bywa przy tym o f i a r ą zakłamania i obłudy jego deklaratywnych głosicieli i obrońców - rany po indoktrynacji się zabliźniają, ich ślady pozostaną, ale dopiero o d e j ś c i e otwiera nam drogę do w ł a s n y c h poszukiwań ⛪ od tematu i n s t y t u c j i w kontekście światopoglądu nie ma ucieczki - podobnie nie ma potrzeby tworzenia każdy na swój użytek własnych wizji świata - ma Pan rację, warto skorzystać z osiągnięć innych w tym zakresie, tyle, że aby móc to zrobić wpierw trzeba się u w o l n i ć z więzów i ograniczeń które na nas narzucono, pozbyć się lęku przed wizją k a r piekielnych jakie grożą nam za samodzielność właśnie, odrzucić z gruntu fałszywe doktrynerskie dogmaty o ekskluzywności i bożych certyfikatach dla wyłącznie tego jednego kościoła i obrazu - i nie jest to "burzenie zastanych", a uwalnianie się od wszczepionych nam wirusów, a to z n a c z ą c a różnica

Widzę to zdecydowanie mniej militarnie. Oprócz różnych wizji świata są też ich strażnicy. Być może to o nich najbardziej chodzi. Ale same światopoglądy jako takie nie są aż tak infekcyjne.

o tym właśnie pisze, o i n s t y t u c j e chodzi - i nie używałbym określenie strażnicy, raczej p a s o ż y t y, w wersji light b e n e f i c j e n c i

*maximus1966 napisał: "Zatrzymujemy się z zaciekawieniem. To dość górnolotne. W praktyce natomiast oznacza, że przyjmujemy to co się sprawdza". *eddiepolo napisał: "pranie mózgu jakiemu jesteśmy poddawani od dziecka zostawia trwałe ślady czy sobie tego życzymy, czy nie, i także dlatego "przyjmujemy" również to, co się n i e sprawdza (...) od tematu i n s t y t u c j i w kontekście światopoglądu nie ma ucieczki". Patrząc na homo sapiens z punktu widzenia Wielkiej Historii, czyli w największej możliwej skali czasowej, na tle historii całego życia na Ziemi Yuval Harari zaproponował w swoich książkach definicję człowieka jako twórcy intersubiektywnych fikcji o świecie (inaczej: światopoglądów). Z jednej strony umożliwiły one człowiekowi stworzenie ogromnych społeczności i dominację na Ziemi, a z drugiej strony- wskutek "prania mózgów" umożliwiły ogromny wyzysk nie tylko innych ludzi, ale wszelkiego życia. Co gorsza - te wizje raz po raz nam się wymykają spod kontroli, co jednak nie oznacza tylko, że miłość bliźniego wczesnych chrześcijan wyrodziła się w inkwizycję, krucjaty i pedofilię. Oznacza to także, że świecki humanizm, o jakim marzyliśmy od starożytności do oświecenia wyrodził się w obozy koncentracyjne, gułagi i katastrofę ekologiczną z odpowiednią dozą humanistycznej "indoktrynacji" w wersjach odpowiednio: faszystowskiej, komunistycznej i liberalnej. Harari mówi: owszem, krytykujmy instytucje i indoktrynację, ale nie ograniczajmy się do religii. Moim zdaniem (ateista) Harari otwiera w ten zdroworozsądkowy sposób pole do szerszej, naprawdę ponadświatopoglądowej debaty o światopoglądach, o tym, jak je tworzymy i co one z nami potem robią, zwłaszcza po ich instytucjonalizacji. Byłaby to więc także debata o instytucjonalnych wizjach świata i społecznej przemocy, ale z włączeniem oprócz Kościołów także: świeckich państw, wielkich biznesów, banków, wielkich ruchów społecznych. Nawiasem mówiąc, w przypadku tych, o których się tu powyżej martwię, czyli młodych religious nones, składających sobie własne "pakiety światopoglądowe" na zasadzie wypożyczania z wielu religii i ideologii, i borykających się z samotnością - moim zdaniem problem polega akurat na tym, że odpowiednie instytucje, wystarczająco szanujące ich samodzielność, a zarazem zdolne ich jakoś wesprzeć w ich poszukiwaniach, jeszcze nie powstały... Nie za bardzo mamy co im zaoferować.

w artykule czeka próba przejścia przez List do Rzymian, 10, 1-4.

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]