Reklama

Życie bez wiary nie jest życiem w ciemno

Życie bez wiary nie jest życiem w ciemno

03.09.2019
Czyta się kilka minut
Samodzielność światopoglądowa nie oznacza, że ktoś w nic nie wierzy i uwierzy w byle co. Każdy ma jakiś światopogląd.
Demonstracja pod pomnikiem Giordana Bruno, dominikanina i filozofa spalonego na stosie na Campo de’ Fiori w Rzymie, kwiecień 2017 r. SIMONA GRANATI / CORBIS / GETTY IMAGES
C

Czy szybkie rozrastanie się społeczności osób deklarujących się jako niereligijne (religious nones) to oznaka czekającej nas bezbarwnej, destruktywnej i samotnej przyszłości? Socjolog i pastor baptystów Ryan Burge sugeruje, że amerykańscy niereligijni porzucają nie tylko kościoły czy synagogi, ale także podstawowe struktury spajające społeczeństwo. Wskazuje z niepokojem na ich niski poziom edukacji i politycznego zaangażowania. Gdy wydarzy się katastrofa albo przyjdzie pomóc biednym – przewiduje socjolog – ciężko będzie ­religious nones zmobilizować do wsparcia potrzebujących (w czym są bardzo skuteczne wspólnoty religijne).

Zdaniem Burge’a niereligijni „dryfują” przez życie. Być może są odpowiedzialni za wzrastający wśród Amerykanów poziom stresu, niezadowolenia z życia, narkomanię, a nawet samobójstwa?

Niereligijni jako choroba

Z bardzo...

9329

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Poglądy, o których Pan wspomina, potraktował bym raczej, jako element marketingowych strategii korporacji religijnych. Pij Colę! Będziesz wyglądał, jak ten atrakcyjny blondyn na zdjęciu. Uwierz w nasz pakiet wierzeń! Będziesz wspaniały i wartościowy. Przecież nie chcesz zostać "nonem", prawda? Bardzo wygodna jest także usługa "outsourcingu sumienia" oferowana przez tego typu instytucje. Masz wątpliwości, czy to co robisz, jest OK? Nasi specjaliści rozwiążą Twoje problemy, ukoją obawy. Bez względu na to co robisz - Twoje sumienie, czyste, jak łza o poranku! Kilka tysięcy lat doświadczeń robi swoje - skuteczności można jedynie pozazdrościć.

Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie. (Mt 11,25-30) To jest język marketingowy sprzed 2000 laty :) Wystarczy zmodernizować tekst na miarę naszych czasów, a żadna korporacja nie podskoczy, che…, che… A gwoli prawdy, dziś nie ma już podziału na korporacyjność i niezależność, niesystemowość, nieinstytucjonalność czy coś podobnego. Już od dawna tzw, samodzielność, niezależność, autonomia są produktem reklamowym tego świata, opanowanym do perfekcji i spełniającym kryteria każdego nawet najbardziej wyzwolonego i dzikiego ego. Sfera wolności światopoglądowej istnieje tylko w imaginacji, a prawdziwa wolność ma swoje imię i jest ono znane od dawna.

Bardzo ciekawy komentarz. Czy usamodzielniając się od religii - nie wpadamy przypadkiem w dziesiątki innych nie-samodzielności? Być może poniżej konfliktu wierzący - samodzielni światopoglądowo powinniśmy toczyć ważniejszą bitwę przeciw wszyskim w ogóle systemom społecznym? Chciałbym Panu coś polecić: https://steemit.com/polish/@assayer/wielkie-niewidzialne-maszyny

W optyce chrześcijańskiej maksymalna samodzielnością jest szatańska negacja Boga. Negacja tego co nieskończone za pomocą tego co ma granice. Subiektywny punkt widzenia diabła nie zna ograniczeń, stąd wynika projekcja jego natury na osobę Boga. Człowiek nie osiąga nawe w przybliżeniu granic szatana w pojęciu tego co odrzuca, gdy w Boga nie wierzy. przykładem jest Nietzsche, który na ta głębię negacji wypłynął, ale do brzegu nie dotarł, tonąc po drodze. Akceptując ateizm, mógłbym dać tylko jedną radę ateiście. Myśl co chcesz i jak chcesz, tylko tym się nie przejmuj i nie szukaj żadnej na to racji ani powodu. Widziałbym w takiej postawie najwyższy stopień samodzielności światopoglądowej, bo wszelkie próby uzasadnienia ateizmu muszą prowadzić do relacji z religią, tyle że relacji negatywnej, ale zależnej intelektualnie, tak czy inaczej. Człowiek musi się wtedy pozycjonować w stosunku do religii. To taka pułapka racjonalności i poczucia powinności bycia człowiekiem rozumnym. Właściwe odejście od myślenia antyreligijnego wymaga w zasadzie wyrzeczenia się racjonalności, a więc wyboru przedziwnego życia, ale życia duchowego a zarazem niereligijnego, bez wątpienia.

Robert Florysiak, napisałeś: "wszelkie próby uzasadnienia ateizmu muszą prowadzić do relacji z religią, tyle że relacji negatywnej" Racja. Min. dlatego krytykowałem negatywne określanie się przez takich jak ja. Napisałem to już w artykule: "Po pierwsze, warto by wyeliminować z sondaży terminy negatywne: niereligijni, ateiści itp.". I dlatego proponuję określenie pozytywne: samodzielni światopoglądowo" (SŚ).

Było już tego typu określenie - "wolnomyśliciele", ale przeszło jako eufemizm. Ja tak prędko "ateistów" bym nie wyrzucał. Ten termin przechodzi swoje znaczeniowe metamorfozy i wyraźnie ewoluuje w stronę neutralną. Najpierw ateista był synonimem wywrotowca i deprawatora, potem awansował na zwykłego przeciwnika wiary, a teraz powoli się zbliża do określenia kogoś, kto po prostu w Boga nie wierzy i niekoniecznie ma wrogi stosunek do religii czy jej wyznawców. Nie mam pomysłu na nowy termin, ale tylko przypomnę że już sw. Paweł zarzucił sztywniejszy, jakby bardziej z góry wzięty, podział na wyznawców Jahwe i pogan, i linię wytyczył i głębiej i łagodniej dzieląc ludzi na duchowych i zmysłowych. Było to rewolucyjne spojrzenie, które trudno przełożyć na dzisiejszy język, a przełożyć by należało szczególnie w dzisiejszych czasach. To tak na marginesie...

Robert Forysiak, napisałeś "przypomnę że już sw. Paweł zarzucił sztywniejszy, jakby bardziej z góry wzięty, podział na wyznawców Jahwe i pogan, i linię wytyczył i głębiej i łagodniej dzieląc ludzi na duchowych i zmysłowych". Znów bardzo ciekawa podpowiedź, dzięki :) Mam tylko mały problem historyczny...Gdy czytam np. 1 Kor 2, gdzie jest ten podział, zauważam, że "duchowośc" u Pawła jest bardzo antyintelektualna, przeciwstawiana "ludzkiej mądrości" (1 Kor 2: 1, 4, 6, a zwłaszcza 13). Ponieważ znam trochę kontekst historyczny, wydaje mi się, że z jednej strony obawiał się on podziałów w jego Kościołach (n. 1 Kor 1, 12), z drugiej próbował uporać się z kontrolami z Jerozolimy, gdzie mieścił się Kościół-matka, i bardzo mocną pozycję miał bardziej ortodoksyjny Jakub Sprawiedliwy (np. 2 KOr 22). Nie jestem więc pewny, czy to rozróżnienie było takie "głębsze i łagodniejsze", " już u Pawła" jak Pan to widzi... Raczej widzę tu praktyczne, konkretne potrzeby i scieranie się wpływów różnych wczesnych przywódców ruchu po-Jezusowego. Może to rozróżnienie nabrało głębi dopiero w późniejszej refleksji teologicznej?

powstało przede wszystkim pod wpływem głębi własnych przeżyć religijnych św. Pawła, których żadna refleksja teologiczna nie ogarnia bez wspólnego doświadczenia źródła tych przeżyć.

Robert Forysiak napisał: "to rozróżnienie powstało przede wszystkim pod wpływem głębi własnych przeżyć religijnych". Być może. Tylko że czyjeś przeżycia są ulotne, potrzebujemy jakichś śladów historycznych - jako wspólnej podstawy do rozmowy...

Chociaż jestem ateistą, mam jednak więcej zaufania do religii niż do korporacji. Te ostatnie potrafią tworzyć zapotrzebowanie na rzeczy kompletnie zbędne, podczas gdy religia odpowiada jednak na dość realne zapotrzebowanie. Jest na przykład cała teoria psychologiczna, tłumacząca nasze zachowania lękiem przed śmiercią, a zatem usytuowana "równolegle" do religii.Wiara w Boga czy bogów lepiej lub gorzej pomaga w tym zakresie...

wiarą ludzie zwykli nazywać konstrukcje światopoglądowe wtłoczone im do głów najczęściej już we wczesnym dzieciństwie, będące niczym innym jak efektem prania mózgów - bez dwóch zdań, życie bez takiej wiary jest jak wyjście z zatęchłego grobowca w przestrzeń słonecznego dnia

to dziś Eddie rozpoczynałby poranek od walenia głową w ziemie przed jakimiś drewnianymi Lelami-Polelami. No wielka szkoda!

Przeciw nauczaniu dzieci nic nie mam - jakieś obrazy świata trzeba im na początek podpowiedzieć. Ważny jest dla mnie moment wchodzenia w dojrzałość. Czy rzeczywiście podejmujemy wtedy samodzielne decyzje światopoglądowe, będąc w Kościołach? Czy naprawdę przeglądamy wszystkie opcje? Moim zdaniem formuła katolicka - bierzmowanie - nie są dość otwarta na idee spoza Kościoła, aby można mówić o prawdziwej, opartej na szerokiej wiedzy o różnych opcjach, decyzji.

o tym, proszę Pana, wiedzieli już starożytni Kosmici: jak małpę za młodu wytresujesz, tak całe życie tańcuje ⛪⛪⛪ p o d p o w i a d a n i e obrazów świata leży bardzo daleko od twardej i bezwzględnej i n d o k t r y n a c j i praktykowanej powszechnie w większości kościołów, w szczególności w katolickim ⛪ ja m a m pretensje do organizatorów tego procederu - o świadome i c e l o w e kształtowanie w młodym umyśle absurdalnego, z d e f o r m o w a n e g o, jednostronnego sposobu widzenia świata, opartego na dogmatycznych założeniach, służącego de facto przede wszystkim o r g a n i z a t o r o m - nie każdemu - ba mało komu - starczy odwagi, sił, woli, wreszcie rozumu, by się z tych na umysł w dzieciństwie nałożonych pęt w wieku dojrzałym w y z w o l i ć - i nie tylko kościelni spece od prania mózgów o tym doskonale wiedzą ⛪ inny aspekt tej sprawy to metody, jakimi się ta operacja dokonuje - system przymusowej I komunii i spowiedzi aplikowanej dzieciom u katolików jest jednym z najbardziej b r u t a l n y c h rytuałów religijnych, dosłownie g w a ł t e m dokonywanym na ich psychice - mało się o tym mówi, mało który z rodziców zastanawia się nad krzywdą, jaką w ten sposób swemu dziecku wyrządza - sytuacja przypomina wypisz wymaluj przymusowe obrzezania dziewczynek w niektórych społecznościach Afryki

eddiepolo napisał: "ja m a m pretensje do organizatorów tego procederu - o świadome i c e l o w e kształtowanie w młodym umyśle absurdalnego, z d e f o r m o w a n e g o, jednostronnego sposobu widzenia świata, opartego na dogmatycznych założeniach, służącego de facto przede wszystkim o r g a n i z a t o r o m" No dobrze, ale dlaczego kierować te surowe i słuszne zarzuty tylko do religii, skoro świeckie organizacje potrafią prać mózgi niekiedy nawet sprawniej, i też od przedszkola? Podawałem już przykład obywateli Korei Północnej. Gdzież tam "praniu mózgów" w katolicyzmie do sytuacji obywateli w tym świeckim kraju, gdzie Cię przecież zabiją, jeśli bedziesz myślał niepoprawnie!

[i z islamem także] - tu i teraz żyjemy, w kraju na wskroś katolickim, jeśli mamy w temacie jakiś problem, to na pewno nie z Kim-Bum-Bumem ani z muftim, ale z plebanami i biskupami, z instytucją kościoła rzymsko-katolickiego - i owszem, jesteśmy od dziecka na różne sposoby programowani nie tylko w kościele, również w domu, w szkole, także na podwórku itede - jednak n i e ma większego w tym zakresie i lepiej zorganizowanego masowego o s z u s t w a, indoktrynacji t o t a l n e j, niż to w wykonaniu kościołów - i znów, w tym przypadku mam na myśli konkretnie ten jeden, który kiedyś i mnie wziął na celownik

eddiepolo, napisałeś: " tu i teraz żyjemy, w kraju na wskroś katolickim, jeśli mamy w temacie jakiś problem, to na pewno nie z Kim-Bum-Bumem ani z muftim, ale z plebanami i biskupami, z instytucją kościoła rzymsko-katolickiego". Moim zdaniem "tu i teraz" to bardzo zły doradca, z ograniczonym polem widzenia. Wiele zjawisk i intytucji społecznych można porównywać i w przestrzeni (inne kraje) i w czasie (przeszłość). Do tego służy Wielka Historia, o jakiej wspominam w artykule. Pokazuje ona min., że o ile religie dominowały życie społeczne Zachodu gdzieś tak do XVII-XVIII wieku, potem władzę i odpowiedzialność za nadużycia władzy przejęły różne świeckie ideologie. Czy nie warto się z tego czegoś nauczyć na przyszłość, np. nauczyć się nie demonizowania Kościoła?

z całym szacunkiem, ale nie czuję się na siłach walczyć z północnokoreańskim reżimem ani nawracać muzułmanów - swój pogląd na całość zagadnienia mam, ale jeśli już decyduję się na jakiś wysiłek skierowany na zewnątrz, to spróbuję zmieniać TU i TERAZ, nie tam i wtedy - btw, większość mojego życia tresowano mnie w wynoszeniu kościoła katolickiego i wszelkich z nim związanych kontekstów pod niebiosa, dziś po prostu od tego odszedłem i opisuję ten fenomen takim, jakim go widzę - jeśli to dla kogoś d e m o n i z o w a n i e, to największą w tym zasługę ma sam kościół - a co do wspomnianej przez Pana dominacji, kościół był, jest i jeszcze jakiś czas na pewno będzie potężną instytucją z wielkim wpływem na życie milionów, na politykę rządów, na bieg historii itede - nie widzę potrzeby marginalizowania pozycji kościoła, wobec jego postaw, w szczególności w Polsce, uważam, że trzeba głośno o tych sprawach mówić - ja już po prostu mam s e r d e c z n i e dość kleszej nade mną zwierzchności, przełknąłem jakoś te wymuszoną tresurę od dziecka, ale t y m bardziej absolutnie nie godzę się na s z a r o g ę s z e n i e się kleru w życiu społecznym i politycznym, na dosłownie o k r a d a n i e mnie przez chciwych biskupów czy Rydzyka, na bezustanne wtrącanie się i wchodzenie z butami w moje życie prywatne, poprzez naciski czy wręcz mające charakter szantażu żądania uchwalania takiego czy innego prawa dotyczącego choćby handlu, aborcji, antykoncepcji itede - instytucję kościoła katolickiego w Polsce uważam za jednego wielkiego szkodnika, sprawcę wielu naszych narodowych i społecznych nieszczęść i niepowodzeń, obłudnego wichrzyciela i cynicznego drania - tyle w temacie

eddiepolo napisał: "instytucję kościoła katolickiego w Polsce uważam za jednego wielkiego szkodnika, sprawcę wielu naszych narodowych i społecznych nieszczęść i niepowodzeń, obłudnego wichrzyciela i cynicznego drania". Nie wiem już, jak odpowiadać... Przy takim natężeniu emocji to musielibyśmy zrobić anty-Kościelną rewolucję zamiast debaty, a to oznacza przemoc, krzywdy, a w końcu i tak władzę przejmują cwani politycy, a nie poświęcający się, gniewni idealiści...

ja proponuję i propaguję zwyczajny b o j k o t obrzędów, plus rzecz jasna t a c y - puste kościoły i taca lżejsza od powietrza szybko sprowadzą biskupstwo na ziemię

Tak lepiej, przesadziłem. Ja sam wolę pogadać z Kościołem otwartym. Inne podejście.

„ My już wiemy, jak to jest, kiedy rozpada się świat i trzeba go poskładać od nowa. Jesteśmy gotowi” W tym zdaniu zawarto uniwersalny przekaz każdej religii. Samodzielność światopoglądowa, ładnie to ujęto, też jest substytutem religii. Czyż w ramach jakiejkolwiek religii, jednostka nie postrzega indywidualnie boskiego przekazu? Kulturowo jesteśmy zaprogramowani na pewne zachowania dotyczące wyznawanego kultu, ale wewnętrznie każdy odbiera religijność inaczej. Przekaz tekstu rozumiem jako deklarację ateistów, samodzielnych światopogląd-owców o gotowości przejęcia pałeczki od struktur kościelnych, tyle i tylko tyle. Nie ma w tym żadnych gwarancji czynienia świata lepszym. Przyjdźcie do nas, a my wam wciśniemy kolejny kit i będziemy z tego czerpać korzyści. Jest tylko małe ale, kto zagospodaruje te rzesze odstępców. Wyzwoleni światopoglądowo czy może korporacje typu Google. Już powierzyliśmy im swe najskrytsze pragnienia, podsuwają nam na wabia produkty których pragniemy. Oni już nawet kreują nasze pragnienia, oferują nam raj tu na ziemi i za naszego życia, a nie gdzieś tam w zaświatach. Ateizm to stan umysłu, pewna anomalia, która nie jest chorobą, jednak budzi dezaprobatę. Nie sadze aby był alternatywą i pomysłem na cokolwiek.

Mogę sobie bez trudu wyobrazić niesamodzielnego światopoglądowo ateistę. Większość mieszkańców Korei Północnej jest taka. To czy jest się ateistą, czy się wierzy w Boga, nie ma moim zdaniem znaczenia dla kwestii samodzielności. Po angielsku nazwałbym samodzielnych światopoglądowo those with DIY worldview - ludźmi, próbującymi zbudować sobie obraz świata na zasadzie "zrób to sam". Oczywiście, także oni nie są do końca samodzielni, bo można odrzucić religię, ale nie można odrzucić całej ludzkiej kultury... Powiedziałbym, że samodzielni światopoglądowo są BARDZIEJ samodzielni, niż wierzący autorytetom (w Kościołach odwrotnie). To kwestia stopnia, a nie absolutne przeciwstawienie.

Jakoś tak mniej więcej, ale ująłbym to prościej. "Światopogląd" odnosi się do substancjalnej treści wyobrażeń o świecie (opisywanej empirycznie lub deklaratywnie), a "samodzielność" do poznawczego nastawienia do świata. Pojęcia te, i skojarzone z nimi pary przeciwieństw religijny/niereligijny oraz samodzielny/niesamodzielny należą po prostu do różnych porządków.

zwyjątkiemprzec, napisałeś: ""Światopogląd" odnosi się do substancjalnej treści wyobrażeń o świecie (opisywanej empirycznie lub deklaratywnie), a "samodzielność" do poznawczego nastawienia do świata". Z tym się zgadzam, próbuję natomiast wyjaśnić, dlaczego ludzi poza Kościołami z ich ortodoksyjnymi teologiami (i także poza organizacjami świeckimi, opartymi na masowej ideologii) - proponuję w nazwać "bardziej samodzielnymi światopoglądowo". Być może najlepszym kryterium rozróżnienia jest relacja do autorytetów? Mam na myśli coś takiego: o ile w obu przypadkach mamy poleganie na autorytetach, o tyle w przypadku dominującej w danej społeczności "ortodoksyjnej" teologii (lub "jedynej słusznej" ideologii) autorytet rozkłada się według ustaleń POJEDYNCZEJ organizacji, z często hierarchiczną strukturą - o tyle bardziej samodzielni światopoglądowo (BSŚ) porównują wiele różnych autorytetów, pochodzących z WIELU różnych organizacji, lub nawet pochodzących od pojedynczych, wartościowych osób. Nie jestem pewny, czy wyrażam się jasno...

Dariuszu, przepraszam, jeśli zabrzmi to brutalnie, ale operujesz stereotypami. Zwolennicy światopoglądów religijnych z równą łatwością dobierają sobie autorytety do poglądów, jak niewierzący. Czy, twoim zdaniem, słuchacze RM wyznają takie poglądy, jakie wyznają, bo ślepo wierzą o. Rydzykowi, czy raczej o. Rydzyk trafia u nich w jakąś czułą strunę duszy, której chybia największy (teoretycznie) autorytet katolików, czyli papież? Co więcej, gwiazdą TV Trwam był śp. prof. Wolniewicz, otwarcie deklarujący się jako ateista i to w tymże medium. Czy nie jest to piękny przykład sięgania po autorytety nie tylko "spoza organizacji", a nawet spoza najogólniejszych ram tego, co można nazwać światopoglądem religijnym? Piszesz w swoim tekście, że należałoby wymyślić coś zamiast zwodniczo negatywnych terminów typu "niereligijny"., a ja powiem, że równie zwodniczy jest nacechowany pozytywnie termin "samodzielność". Samodzielność radykalna jest często cechą pomyleńców, jak Breivik, który na pewno nie otrzymał swoich poglądów w jakimś pakiecie. Za to stawiam dolary przeciw orzechom, że przy całym przekonaniu o własnej niezależności i samodzielności wyznajesz pakiet poglądów o bardzo przewidywalnym składzie. Wiedząc o tobie tylko tyle, że zaproszono cię tutaj do publikacji, pozwolę sobie zgadnąć dwie rzeczy bez związku z tematem tego artykułu: uważasz antyszczepionkowców za groźnych ignorantów, a rasistowskie poglądy za pozbawione naukowych podstaw. Spróbuj powiedzieć, że tak nie jest ;) Przy tym prawdopodobnie nie wiesz o szczepieniach, konkretnych specyfikach, danych epidemiologicznych itd. nawet 10% tego, co wiedzą ludzie prowadzący antyszczepionkowe strony i nie potrafisz posługiwać się jak oni medyczną terminologią. Oczywiście nie twierdzę, że robią z tej wiedzy dobry użytek, raczej uzasadniają za jej pomocą obawy i przesądy żywione już wcześniej. Zakładam również, że nie masz wiedzy naukowej z dziedziny biologii, a zwłaszcza genetyki, którą posiada współodkrywca struktury DNA James Watson. A jest on konsekwentnie zwolennikiem poglądów tak szokujących, że pozbawiły go honorów wszystkie instytucje, które mogły to zrobić (Nagrodę Nobla chyba jednak zachowa). Logicznie rozumując, powinieneś albo obalić jego śmiałe twierdzenia o zależności inteligencji od rasy, albo powiedzieć wprost: wierzę, że takiej zależności nie ma, bo tak mnie wychowano i to mi się wydaje słuszne, bez względu na to, czy jestem w stanie samodzielnie zweryfikować rzekomo naukowe opinie jakiegoś noblisty. Btw, słynny z niezależności intelektualnej i ateizmu Richard Dawkins też jest przekonany, że ludzie pewnych ras czy kultur stoją niżej w intelektualnym rozwoju. Podoba ci się taki nonkonformizm?

zwyjatkiem przec. napisał: "Zwolennicy światopoglądów religijnych z równą łatwością dobierają sobie autorytety do poglądów, jak niewierzący". Miałem na myśli wpływ autorytetów na wybory światopoglądowe, a nie na wszelkie poglądy szczegółowe na wszelkie tematy, jak szczepionki czy rasizm. Światopogląd obejmuje najbardziej podstawowe pytania: co istnieje (struktura rzeczywistości), czym jest człowiek (natura ludzka), co robić (wartości i cele), jak zdobywać wiedzę (sposoby poznania) i jak współpracować (wizja społeczna). Jest tych klasyfikacji więcej, ale ta jest najprostsza. I w tym - światopoglądowym - zakresie piszę o bardziej samodzielnych wierzeniach poza Kościołami i świeckimi organizacjami ideologicznymi.

"Co robić (jakie są wartości i cele)". No dobrze, zacznijmy od tego. Co robić i jakie są wartości i cele? Zaskocz mnie swoim DIY-światopoglądem, przyjacielu. ;)

zwyjatkiemprzec napisał "Co robić i jakie są wartości i cele? Zaskocz mnie swoim DIY-światopoglądem, przyjacielu". Właśnie sam niedawno pytałem siebie: jakie powinienem mieć wartości przy mojej obecnej wizji świata? Co warto robić? "Wypada troszczyć się nie tylko o spłacanie rachunków, ale także o własną rodzinę, sąsiadów i przyjaciół, swoje miasto, naród albo całą ludzkość?" - tak dokładnie brzmiało moje pytanie. Odpowiedź raczej nie zmieści się w komentarzu, ale jest opublikowana, zapraszam wszystkich zainteresowanych: https://steemit.com/polish/@assayer/szerokie-horyzonty Rozmowę kontynuujmy proszę tutaj, bo tamten tekst jest na zamkniętym blokczejnie.

jedyny e w e n t u a l n y sens Pańskiej [również] egzystencji jest de facto sprowadzony do potencjalnego r o z m n o ż e n i a się, tak działa fenomen zwany ż y c i e m - nic, dokładnie n i c nie pozostaje po centrum wszechświata zwanym j a, rzecz jasna także po tym zastanawiającym się co wypada, a co warto - dodając do tego deterministyczną wizję naszych losów i losów wszechświata bardzo szybko rozumiemy, że rację miał na pewno p o e t a: jedno co warto, to upić się warto...㋡

eddiepolo napisał "nic, dokładnie n i c nie pozostaje po centrum wszechświata zwanym j a". W linkowanym wpisie wychodzę z bardziej pesymistycznych przesłanek. Zastanawiam się, co warto robić w kontekście cieplnej śmierci samego Wszechświata...

niech się Pan nie przejmuje, Pana nie będzie - a o gatunek i tego typu sprawy starunek pozostawmy Stwórcy ㋡

Wtedy, w tej głębokiej przyszłości nie będzie mnie tylko wtedy, jeśli skoncentuję się na tym, że moje "ja" to coś, co bierze udział w procesach trwających pięć minut (jak stosunek seksualny) czy pareset lat (jak ciągłość rodziców i potomstwa o tym samym nazwisku). Jednocześnie biorę jednak także udział w takich procesach, jak ludzkość, ewolucja życia, a także powstawanie i rozpad struktur materii we Wszechświecie (a może nawet ewolucja Wieloświata?). Oczywiście, w miarę jak widzimy zjawiska w coraz większej skali, nasz wpływ na trwające procesy jest coraz mniejszy i mniejszy, ale nigdy nie jest zerowy. A ponieważ nie jest zerowy, mam poczucie sensu tego co robię. Śmierć w potocznym znaczeniu ("wtedy Pana już nie będzie") jest przereklamowana, że tak powiem.

w procesach Pan bierze udział póki żyje, a jak przestanie, to cały ten wszechświat Pańskich procesów po prostu i nieodwołalnie z n i k a tak samo jak to, co udział brało... a jeśli Pan chce cokolwiek na temat tego, co ewentualnie zostaje bo zawsze j e s t, polecam Kena Wilbera 'Spektrum świadomości' i studia nad buddyzmem zen - gwarantuję, że dla intelektu to wyzwanie o wiele większe, niż amatorskie dywagacje na temat losów wszechświata

Nie chcę wchodzić w zarzucanie sobie nawzajem "amatorszczyzny". Wskażę natomiast moje źródła "dywagacji na temat losów wszechświata". Wielka Historia, do której się odwołuję, to nowa dziedzina nauki i jej zajmowanie się nie tylko bardzo odległą przeszłością, ale i głęboką przyszłością może budzić podobne reakcje, jak Pana. Zwłaszcza, że WH ma spore ambicje światopoglądo-twórcze.. Badacze WH są tego świadomi. Mocno polecam prace z tej auto-refleksyjnej konferencji, niektóre są dostępne online: https://hrc.cass.anu.edu.au/events/expanding-worldviews-astrobiology-big-history-and-social-and-intellectual-benefits-cosmic

Z twojego wpisu na blogu widzę, że reprezentujesz pewien typ umysłowości równie łatwo znajdujący ekspresję w światopoglądzie religijnym, jak i niereligijnym, dziś chętnie zwanym naukowym. Nie wiem, czy to cecha wrodzona, czy przypadkowe wczesne doświadczenia, np. zetknięcie z autorem takim jak t'Hart (jeśli nie czytałeś jego opowiadania "Pełnia lata w kwietniu", które ukazało się w Polsce w antologii "Smutny kos", to przeczytaj koniecznie), postreligijnym (w tradycji kalwińskiej), ale ogarniętym metafizycznymi obsesjami. Ze wszystkich nauk, jakie mogą pociągać umysł żywy i ciekawy świata, ale już niezainteresowany religijną metafizyką, zafascynowałeś się tą, która usiłuje wyliczyć, ile lat zajmie ludzkości kolonizacja galaktyki, i snuje wizje rozpadających się gwiazd i pochłaniających wszystko czarnych dziur. Mówią, że uwolnienie się od religii to zarazem uwolnienie się od irracjonalnego lęku przed przyszłością pozostającą poza horyzontem poznania, a prawdę mówiąc - o której nawet nie wiadomo, czy nadejdzie. Ale czym się to różni od obsesji "naukowców" z Instytutu Przyszłości Ludzkości? W porównaniu z tym, czym się zajmują, angelologia św. Tomasza zdaje się całkiem porządną uniwersytecką dyscypliną, wyposażoną w narzędzia racjonalnego dyskursu. Jak Pascala (zwróć uwagę, jak zaszczytne porównanie wymyśliłem ;) przeraża cię i fascynuje zarazem "wieczna cisza tych nieskończonych przestrzeni", z tą różnicą, że twoje nieskończone przestrzenie są wypełnione hałasem zderzających się galaktyk. Pozdrowienia od kogoś, kto tego t'Harta też przeczytał, ale na szczęście już po "Dzieciach z Bullerbyn" ;)

zwyjątkiemprzec napisał "przeraża cię i fascynuje zarazem "wieczna cisza tych nieskończonych przestrzeni", z tą różnicą, że twoje nieskończone przestrzenie są wypełnione hałasem zderzających się galaktyk". Dziękuję za zainteresowanie moją umysłowością, porównanie do Pascala (bez przesady!) i bardzo ciekawe sugestie lekturowe. Hmmmm... Pisałem także dużo o Jezusie jako proroku apokaliptycznym. Być może to, a także zainteresowanie "głęboką przyszłością" - rzeczywiście mają swoje źródła w mojej dawnej lekturze bohaterów t'Harta. Jeśli tak - to nigdy sobie tego nie uświadamiałem. Świadomie natomiast szukałem - pisząc o Projekcie Genesis i cieplnej śmierci Wszechświata - odpowiedzi na pytanie, czym warto się w życiu zajmować. Pracowałem nad swoim światopoglądem... (I tu poniekąd wracamy do naszego wątku o SŚ. Zastanawiam się, czy znalazłeś w tym poście to, czego się spodziewałeś: "pakiet poglądów o bardzo przewidywalnym składzie"?)

"Świadomie natomiast szukałem - pisząc o Projekcie Genesis i cieplnej śmierci Wszechświata - odpowiedzi na pytanie, czym warto się w życiu zajmować. Pracowałem nad swoim światopoglądem... ". Świadomie odniosłem się nie do twojego światopoglądu, lecz do pewnej inklinacji, która się w twoim poście ujawniła, a którą można nazwać za pewnym autorem "patosem metafizycznym". Twój światopogląd to chyba coś więcej niż fantazje o rozsiewaniu mikroorganizmów po obcych planetach z międzygalaktycznych żaglowców? To tym warto się w życiu zajmować? Spodziewam się, że jakoś odnosisz się do świata, który cię otacza (nie chodzi mi tu o otoczenia na skalę galaktyczną). Na koniec mała refleksja: wyobraź sobie, że jakiś Egipcjanin z czasów budowy piramid oddaje się refleksji o przyszłości raczej płytkiej w porównaniu z ambicjami twoimi i uczonych z oksfordzkiego instytutu - niecałe 5 tysięcy lat do przodu. Jak myślisz, co sensownego byłby w stanie powiedzieć o naszym świecie? A co to jest pięć tysięcy w porównaniu z milionem (=tysiąc tysięcy) albo miliardem (=milion tysięcy)? Troskę astrofizyka Grosa o daleką przyszłość wszelkiego życia, bo już nawet przyszłość ludzkości wydaje mu się zagadnieniem zbyt trywialnym, mogę zrozumieć tylko jako coś co sprawia mu estetyczną i intelektualną frajdę, a pewnie i jakąś kasę na tym można zarobić. Ale jeśli szczerze wierzy, że robi coś obiektywnie sensownego, to... zaprawdę, kto nie wierzy w nic, ten jest w stanie uwierzyć we wszystko. ;)

"Twój światopogląd to chyba coś więcej niż fantazje o rozsiewaniu mikroorganizmów po obcych planetach z międzygalaktycznych żaglowców? To tym warto się w życiu zajmować?". Tak, warto. Nie mówię, że wyłącznie tym. Starałem się w tamtym poście opisać to, o co się troszczę w formie rozchodzących się kręgów: moja rodzina, Polska, współczesna mi ludzkość, przyszła ludzkość, wszelkie życie (aż po "rozsiewanie mikroorganizmów po obcych planetach") - i w końcu wszelkie struktury materii, dopóki mogą ewoluować we Wszechświecie... Zgadzam się, że te bardzo odległe procesy i zjawiska prawdopodobnie będa odbiegać od najcelniejszych z naszych współczesnych przewidywań bardziej, niż świat epoki informatycznej od wizji przyszłości starożytnych Egipcjan. To nie pozbawia tego rodzaju wysiłków wartości, moim zdaniem. Wartość czegoś zależy według mnie od wyjściowej wizji świata, a nie od wielkości szans na osiągnięcie wytyczonych celów. A jest jeszcze wartość dodana - współczesność ukazuje nam się w innych kontekstach, odsłania inne wymiary i możliwości, niż przy patrzeniu 10 czy 100 lat do przodu...(Raz jeszcze spróbuję powrócić do tematu SŚ, ponownie pytając: czy znalazłeś w tym poście to, czego się spodziewałeś: "pakiet poglądów o bardzo przewidywalnym składzie"?)

Jakoś nie wierzę, żeby rozważania o losie ludzkości na miliard lat miały jakikolwiek wpływ na twój wybór w październiku, a będzie to decyzja motywowana głównie światopoglądem, bo przecież nie jakąś kalkulacją. Zostawmy to jednak i zajmijmy się tym, co interesuje cię najbardziej, czyli nadaniem sensu swojej egzystencji w perspektywie inspirowanej science fiction, tak jak innych inspiruje (by tak rzecz) religious fiction. Pytasz mnie zaczepnie, albo może z lekką urazą, czy ten twój światopogląd jest tak przewidywalny, jak twierdzę. Niesłusznie sądzisz, że chcę ci zarzucić brak oryginalności. Ja po prostu dostrzegam pewne stałe rysy ujawniające się we wszystkim, co jest w stanie wymyślić ludzki umysł nastrojony metafizycznie i - jak w twoim przypadku - eschatologicznie. Przede wszystkim jest w tym wszystkim niezbyt samoświadomy antropocentryzm, a nawet egocentryzm. Niby jesteś świadomy, że twoje wyobrażenia o przyszłości JAKOŚ, a nawet bardzo mogą się od niej różnić, ale wątpię, żebyś na serio brał możliwość, że obraz kosmosu za milion lat będzie AŻ TAK odległy od twojego, jak egipskie wyobrażenia od dzisiejszego stanu nauki. Coś tam się może lepiej wyjaśni w detalach, jednak wierzysz, że ogólny pogląd na strukturę wszechświata i jego historię od Wielkiego Wybuchu do ostatecznego kolapsu albo śmierci cieplnej raczej się nie zmieni. Innymi słowy wyobrażasz sobie, że żyjesz w tym szczególnym momencie historii, w którym nauka MNIEJ WIĘCEJ, po stuleciach prób i błędów, zbliżyła się do prawdziwego obrazu rzeczywistości. Po drugie, dość bezrefleksyjnie przyjmujesz za pewnik, że ten niewyobrażalnie wielki kosmos istnieje tylko po to, żeby ludzkość (znaczy, ogół mieszkańców naszej małej planetki i ich potomkowie) rozprzestrzeniała się po nim i go podbijała. Naprawdę my jako gatunek, czy też jako element biosfery jesteśmy aż tak cenni i istotni? Poglądy podobne twoim często idą w parze z przekonaniem, że istnieją w kosmosie inne formy życia, a nawet inne cywilizacje. Chciałbyś, żeby jakiś międzygalaktyczny żaglowiec sypnął nam tutaj swoimi mikroorganizmami? No to nie rób drugiemu, co tobie niemiłe. Nieraz zwracano uwagę, że popularny w sci-fi motyw kosmicznej podróży jako niekończącego się wałęsania żywo przypomina wędrówki po zaświatach. Zrozum mnie dobrze, nie próbuję cię wyśmiać, a jedynie zwrócić uwagę, że potrzeba wiary w sens egzystencji manifestuje się w gruncie rzeczy podobnymi koncepcjami niezależnie od (wydawałoby się) decydującego wstępnego założenia - jest "ktoś", czy go nie ma.

zwyjątkiemprzec napisał "Niesłusznie sądzisz, że chcę ci zarzucić brak oryginalności". No nie wiem... Ja naszą rozmowę pamiętam tak: twierdziłeś, że termin pozytywny "samodzielni światopoglądowo" jest "równie zwodniczy" jak negatywny termin niereligijni. Skrytykowałeś radykalną samodzielność Breivika i przeciw tego rodzaju krytyce nie zaprotestowałem. Zaraz potem jednak przeszedłeś do mnie jako przykładu (jeśli to dobrze rozumiem) tej zwodniczości: "stawiam dolary przeciw orzechom, że przy całym przekonaniu o własnej niezależności i samodzielności wyznajesz pakiet poglądów o bardzo przewidywalnym składzie". Dokładnie z tego powodu wracałem do pytania, na które wreszcie mi teraz odpowiedziałeś: czy mój światopogląd okazał się przewidywalny? Odpowiedziałeś teraz: "Niesłusznie sądzisz, że chcę ci zarzucić brak oryginalności". Ciesze się, nie tylko dlatego, że cenię oryginalność, ale przede wszystkim dlatego, że najwyraźniej nie nadaję się na przykład podważający ideę SŚ... Druga sprawa, głębsza i ciekawsza: czy rzeczywiście "potrzeba wiary w sens egzystencji manifestuje się w gruncie rzeczy podobnymi koncepcjami niezależnie od (wydawałoby się) decydującego wstępnego założenia - jest "ktoś", czy go nie ma". Tutaj zgadzam się jak najbardziej. SF wyrosła z obaw przed atomową apokalipsą w latach 50 i60 XX w., a transhumanizm z obaw ekologicznych i technologicznych przełomu starego i nowego stulecia. Oczywiście, że pożyczają one dużo z przedortodoksynego, jeszcze apokaliptycznego pisania wczesnych chrześcijan. Trzecia i najciekawsza sprawa: czy myślę, że "żyję w tym szczególnym momencie historii, w którym nauka MNIEJ WIĘCEJ, po stuleciach prób i błędów, zbliżyła się do prawdziwego obrazu rzeczywistości". Nie. Po prostu korzystam z moim zdaniem najlepszej wiedzy, jaka jest dostępna w naszych czasach. Nauka będzie się rozwijać i wywróci obecny obraz świata. Co jednak nie znaczy, że posługując się tym obrazem idę być może w zupełnie złym kierunku (!). Przepraszam, ale znów muszę się odwołać do całego posta, aby to dobrze pokazać: https://steemit.com/polish/@assayer/czy-po-kazdej-rewolucji-naukowej-zaczynamy-poznawanie-swiata-od-nowa

ale najwyraźniej przez Pana obawy kreowane przez hierarchiczną i monopolistyczną strukturą katolickiego kościoła przemawiają - nic dziwnego, ta Pana od kołyski piastowała, tresowała i doiła, ale to tylko lęk przed tym totalnym oprawcą sprawia, że rzutuje Pan jego obraz na cały świat ⛪ [p.s. zarzucanie a t e i s t o m, że "gotowi do przejęcia pałeczki od s t r u k t u r", "anomalia, która nie jest chorobą"... no wie Pan, delikatnie mówiąc więcej się po Panu chyba można spodziewać...㋡]

.

po zalogowaniu się pod każdym naszym komentarzem widoczna jest opcja "edytuj" - tam można korygować, także skasować post, pozostawiając jedynie dowolny znak ++ a co do 'łańcuszków' - wydawało mi się zawsze, że układ dyskusji w TP jest czytelny?...

Dzięki za pomoc, zostawiłem kropkę. Co do układu komentarzy w Tygodniku, jest dość czytelny, ale niech Pan zobaczy np. swoją wiadomość z czwartek, 05.09.2019, 17:13. Trochę trudno znaleźć adresata, bo powyżej już kilka "schodków".... Ale ponownie podkreślam, że to tylko sugestia: nie mam prawa nikomu narzucać formuły wypowiedzi.

Szanowni Panowie (i być może Panie?) Czy mógłbym zasugerować, aby zaczynać wpisy wskazaniem osoby, a najlepiej także zacytowaniem fragmentu wypowiedzi, do jakiej się odnosimy? Zrobiła się ciekawa i kulturalna rozmowa, za którą jestem Wam bardzo wdzięczny. Ale komuś nowemu, a za chwilę nawet nam samym - ciężko będzie się połapać. Mój system ma pomóc łączyć wypowiedzi w "łańcuszki" poszczególnych wątków. To tak tylko dla przejrzystości...

Tak tylko dla przejrzystości chciałbym zasugerować nie dorabianie zbyt wyszukanej ideologii dla „samodzielnych światopoglądowo” Kiedyś przy piwku i frywolnych żartach o tematyce damsko-męskiej, pewna moja dobra znajoma, o reputacji kobiety przebojowej, wyzwolonej, nawet światowej, na nasze męskie przechwałki, jak to pięknie światem rządzimy, powiada - facet to bardzo nieskomplikowana istota, sterowalna łatwo i skutecznie przy pomocy takiego dżojstika, którym obdarzyła go natura. Prawdę powiedziawszy, moim zdaniem trafiła w sedno, choć sama tego nie wymyśliła. Bo tak po prawdzie samodzielnym to jest być może jeleń na rykowisku. Człowiek jest istotą społeczną z natury i nawet w wersji pustelnika, zaszytego w głuszy, samodzielnym nigdy nie jest, a jeśli tak się zdarzy, znaczy to, że coś mu się porobiło z głową. Jakąkolwiek byśmy nie przyjęli strategię usprawiedliwiającą nasze tu i teraz, zawsze się o coś ocieramy i nie zmienią tego nawet najdonioślejsze deklaracje. Tymczasem nasze bytowanie jest zbudowane na prostych fundamentach, naszymi emocjami łatwo da się sterować, a umysł mamy podatny na sugestie. Cała ta deklarowana gotowość przejęcia pałeczki przez „niezależnych” od tradycyjnych religii, to zwykłe przechwałki i puste deklaracje. Takie same jak, gdy byłem nastolatkiem, przechwałki przed kumplami, ile to dziewczyn się zaliczyło i ile wódy wychlało, że o zapierających dech w piersi przygodach nie wspomnę. Tak w sumie to byliśmy grzecznymi chłopcami z dobrych rodzin, choć na fantazji nam nie zbywało. Na Wykopie znalazłem taki filmik, który graficznie pokazuje jak się rozwijają największe religie świata, ich dynamikę. Migające tam cyferki robią wrażenie, islam w ofensywie, inne wyznania dostają zadyszki. Myślę, że to żaden fenomen, lecz naturalna kolej rzeczy, prosty i czytelny przekaz, bez filozoficznego zadęcia, listów pasterskich itp, itd. Człowiek szuka zrozumienia świata w którym żyje, prostego, czytelnego obrazu. Do niedawna było to 10 przykazań i Ewangelia. Coś się po drodze popsuło, czy to coś zmieni. Być może ale obędzie się chyba bez niespodzianek.

oportunista napisał " Jakąkolwiek byśmy nie przyjęli strategię usprawiedliwiającą nasze tu i teraz, zawsze się o coś ocieramy" Jak najbardziej jest możliwe, że moja intuicja "samodzielności światopoglądowej" jako idei, która mogłaby zastąpić negatywne określenia typu ateiści, niereligijni wymaga sporej krytyki. Sprzeciwia się ona oczywistej społecznej naturze człowieka, z której w pełni zdaję sobie sprawę. Wiem też doskonale, że religie mają się dobrze, a jak wziąć pod uwagę, kto ma dzieci a kto nie ma - świetlana przyszłość należy nadal do religii. Widzę to tak: idee nie muszą być od razu dokładne, muszą tylko wskazywać ogólny kierunek i być intrygujące, aby wzbudzić debatę i doprowadzić do lepszych idei. Dlatego jestem bardzo wdzięczny za wszystkie komentarze. (Już zmieniłem tę ideę na "bardziej samodzielni", tzn. korzystający nie z jednego autorytetu w ramach jednej społeczności, ale z wielu autorytetów z wielu społeczności).

że człowiek/umysł ludzki to z natury rzeczy istota podlegająca programowaniu i w oparciu o programy działająca to jedno - tu jednak mowa o tym, czy, kto i ewentualnie dlaczego zdobędzie się na wysiłek poszukanie dla siebie oprogramowania w trybie indywidualnym i s a m o d z i e l n y m, czy też decyduje się na pozostanie przy schemacie n a r z u c o n y m z góry i wgranym w dzieciństwie przez innych - oczywiście z deterministycznego punktu widzenia problem sprowadziłby się do tego, czy ktoś j e s t wyposażony w program/chęć, wole i odwagę do s z u k a n i a na własną rękę czy n i e, i skąd taki zasób sił i środków się bierze itede - to wszystko jednak niewiele ma wspólnego z powszechną a kompletnie irracjonalną i w różnych wariantach uprawianą tak zwana "wiarą" w przeróżne absurdalne wynalazki typu religijnego

.

Strony

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]