Kamala Harris ma za sobą prawdziwą armię celebrytów. Jej kampanię w ostatnich dniach przed wyborami poparł Arnold Schwarzenegger, aktorzy Harrison Ford i Jennifer Aniston, koszykarz LeBron James, aktorka Jennifer Lopez i piosenkarka Madonna. Niestrudzenie na kampanijnym szlaku pomaga jej też były prezydent Barack Obama, który w niedzielę spotkał się z wyborcami w Milwaukee, największym mieście w Wisconsin – jednym z kluczowych stanów, gdzie do zgarnięcia jest 10 głosów elektorskich.
Obama przyjechał do Milwaukee zaledwie dwa dni po Kamali Harris, która w towarzystwie czarnoskórych gwiazd hip hopu oraz rapu mobilizowała elektorat. „Nie oceniam tych, którzy jeszcze nie głosowali. Jeszcze raz powtarzam: nie oceniam, ale proszę pójdźcie do urn, jeśli możecie” – apelowała kandydatka Demokratów w tej części Wisconsin, gdzie według danych stanowej komisji wyborczej mieszkańcy mniej chętnie poszli do urn w ramach procedury wczesnego głosowania (można tu oddać głos jeszcze przed wyborczym wtorkiem 5 listopada). To znak ostrzegawczy dla Demokratów od lat obserwujących tu spadek poparcia ze strony czarnoskórych i Latynosów.
Harris straszy Trumpem, a Trumpowi znów wysiada mikrofon
Ale powody do obaw ma tutaj także Donald Trump. Cztery lata temu przegrał w Wisconsin z Joem Bidenem m.in. ze względu na mniejsze poparcie ze strony mieszkańców konserwatywnych przedmieść Milwaukee.
To, jak ważny jest ten rejon na finiszu wyścigu, pokazuje fakt, że Harris i Trump zorganizowali tutaj w piątek 1 listopada wiece w tym samym czasie, w odległości ok. 10 km od siebie. Podczas gdy Kamala Harris straszyła wyborców Trumpem, który rzekomo będzie mścił się na swoich wrogach politycznych, ten straszył nielegalnymi imigrantami, powtarzał swoje powyborcze kłamstwa z 2020 roku oraz… zalewał tłum swoją frustracją.
Powód? Po raz kolejny w ostatnich tygodniach na wiecu zaszwankował mu mikrofon. „Wściekam się tak bardzo, że aż kipię. Haruję jak wół przy tym głupim mikrofonie. Zedrę sobie gardło przez tych durnych ludzi” – perorował Trump, mieszając z błotem ekipę techniczną.
Trump próbuje przekonać do siebie kobiety
Trump, od tygodni zgrywający nieokrzesanego „macho” – co ma mu zapewnić głosy mężczyzn, przynajmniej niektórych – na ostatniej prostej próbuje też przekonać do siebie Amerykanki.
Oczywiście w typowy dla siebie pokrętny sposób. Choć kilka dni temu krytykowano go za protekcjonalne słowa, iż jako prezydent będzie chronił kobiety, „czy im się to podoba, czy nie”, dalej szedł w zaparte. Na sobotnim wiecu w miejscowości Gastonia w Karolinie Północnej powtórzył, że będzie chronić kobiety, a w szczególności mieszkanki przedmieść, które bez jego twardej polityki migracyjnej nie będą mogły czuć się bezpiecznie. Dla potwierdzenia tej tezy puścił trzyminutowe wideo z historią kobiety, której nastoletnią córkę porwali i udusili nielegalni imigranci.
Trump wzbudza ten strach, aby odwrócić uwagę od swojego czułego punktu, czyli kwestii związanych z dostępem do aborcji. Część Amerykanek zraziła się do niego po tym, jak w czasie swojej prezydentury nominował do Sądu Najwyższego trzech konserwatywnych sędziów, którzy znieśli federalne prawo do przerywania ciąży.
Przedterminowo głosuje więcej kobiet niż mężczyzn
Te nastroje społeczne przekładają się na sondażową przewagę Harris wśród kobiet, w tym coraz lepsze jej notowania wśród białych Amerykanek, które tradycyjnie słynęły dotąd z sympatii do Republikanów.
Wystarczy spojrzeć na Karolinę Północną, gdzie według sondaży Demokratka prowadzi wśród kobiet dziewięcioma punktami procentowymi – co w przypadku mocno wyrównanego wyścigu może utrudnić Trumpowi zwycięstwo w tym stanie, w którym wcześniej wygrał dwukrotnie, w latach 2016 i 2020. Sztab Republikanina może też niepokoić fakt, że kobiety liczniej niż mężczyźni stawiają się tu do urn w ramach procedury wczesnego głosowania. Ten trend dotyczy pozostałych sześciu tzw. stanów wahających się, kluczowych dla ostatecznego wyniku.
Karolina Północna wydaje się dziś dla Trumpa szczególnie ważna. W ciągu zaledwie trzech dni – od soboty do poniedziałku włącznie – organizował tu aż cztery wiece. Cytowani anonimowo przez portal „Politico” doradcy Trumpa twierdzą, że to strategia wynikająca z obawy, jak na frekwencję wpłyną zawirowania po wrześniowym huraganie Helene.
Czy los wiewiórki przekona niezdecydowanych?
Na absolutnie ostatnim już okrążeniu, gdy najmniejsze detale mogą zaważyć o poparciu niezdecydowanych jeszcze wyborców, sztaby kampanijne próbują wszystkiego.
Podczas gdy Harris wystąpiła w telewizyjnym skeczu u boku parodiującej ją aktorki Mai Rudolph, zwolennicy Trumpa, w tym miliarder Elon Musk, wzięli się za wałkowanie tragedii… popularnej w mediach społecznościowych wiewiórki. Po tym, jak w stanie Nowy Jork zabrano ją właścicielom i uśpiono, by sprawdzić, czy miała wściekliznę (ugryzła jednego z funkcjonariuszy), Musk puścił na platformie X serię tweetów. Wypisywał, że amerykański rząd jest bezwzględną maszyną do zabijania, i że Trump będzie bronił wiewiórek.
The government should not be allowed to barge into your house and kill your pet! That’s messed up.
— Elon Musk (@elonmusk) November 3, 2024
Even if it is illegal to have a pet squirrel (which it shouldn’t be), why kill PNut instead of simply releasing him into the forest!? https://t.co/2m9Gi5QpUT
W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.
Jakkolwiek zabrzmi to niedorzecznie, na ostatniej prostej nawet śmierć sympatycznego gryzonia wydaje się czymś, co może przekonać kogoś do wstania z kanapy i pójścia do urny.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















