Stąd wyszliśmy na ląd – taka konstatacja porusza wyobraźnię. Oczywiście, nie do końca dosłownie „my” (my obywatele, my naród, a nawet my król), lecz zdecydowanie bardziej umowny zbiór, czyli kręgowce poruszające się na nogach. Stopień utożsamienia się wymaga może pewnego wysiłku, ale nie da się zaprzeczyć, że w najszerszym możliwym sensie wszyscy jesteśmy spod Kielc. Tu bowiem – a dokładniej w dawnym kamieniołomie w Zagnańsku – z pradawnego morza wygramolił się na stały ląd tetrapod, praszczur płaza, i tak zaczęła się historia chodzenia po Ziemi. Ten wielki Polak (oczywiście na wyrost, bo przecież zupełnie inny był wówczas nawet układ kontynentów), odkryty przez Grzegorza Niedźwiedzkiego i Piotra Szreka, wzbudził sensację w świecie paleontologii. Ślady właściwe praprzodka zabezpieczono, lecz w kamieniołomie Zachełmie można oglądać inne, oddziałujące na wyobraźnię wgłębienia w skale, które być może również pozostawiły tetrapodzie łapki.
Przyglądanie się im to istotnie niemałe przeżycie, nie tylko dlatego, że przypomina o długiej ewolucji życia na Ziemi, ale też dlatego, że uświadamia, iż ważne odkrycia wciąż są możliwe (ważne, a nie „przyspieszające”, „optymalizujące” itp.). Tetrapod jest jedną z licznych atrakcji świętokrzyskiej krainy, dość powiedzieć, że bardzo niedaleko rośnie sam dąb Bartek. Zapewne historia jego odkrycia zasługiwałaby jednak na opowieść heroiczną.
W drugiej połowie XX w. umieliśmy takie tworzyć. Przypomniałam o tym sobie, oglądając nareszcie wystawę ocalonych zabytków z Faras w warszawskim Muzeum Narodowym. Ekspedycja profesora Michałowskiego bardzo szybko obrosła legendą. Zapomniana katedra zakopana we wzgórzu, konieczność pośpiechu, nim teren zostanie zalany wodą, niezmiernie precyzyjne sposoby zdejmowania bezcennych malowideł ze ścian, międzynarodowa współpraca – wszystko to układało się w wyobraźni w scenariusz wielkiej przygody. Zapewne dlatego w pokoleniu moich rodziców, jak sobie zapamiętałam, nazwę Faras i związany z nią sukces polskiej nauki kojarzyli wszyscy, niezależnie od tego, czy skończyli studia czy szkołę podstawową.
Takich opowieści było znacznie więcej. Samotne rejsy Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz i Leonida Teligi („jacht Teligi, na 4 litery” – to do dzisiaj hasło w każdej krzyżówce). Wyprawy himalaistów. Opanowanie epidemii ospy we Wrocławiu (i okrągłe pieczątki szczepionek, przypominające o wyeliminowanym ze świata zagrożeniu). Artyści, filmowcy, sportowcy – przez to zakodowałam sobie w głowie alternatywny, niezależny od politycznych realiów obraz powojennej Polski jako krainy ludzi odkrywczych, zdeterminowanych, motywowanych chęcią zdobywania wiedzy czy poszerzania dorobku ludzkości, co brzmi pompatycznie, lecz zgodnie z duchem epoki. Na ile prawdziwy to obraz, nie ma znaczenia – ważne jest to, jak mocna okazała się prawda opowieści. A ta sprawiała, że bycie Polakiem, Polką zyskiwało właściwości krzepiące.
Zapewne wiele zależało od tego, że zbiorową wyobraźnię kształtowało kilka gazet, radio i Polska Kronika Filmowa w kinie, z takim samym przekazem dla wszystkich. Podobne odkrycia i sukcesy wydarzają się i dziś, lecz trudniej o nich mówić w informacyjnym rozproszeniu. Być może naprawdę głośną i nośną opowieść, kojarzoną przez wszystkich, udało się stworzyć na razie tylko w naszym sporcie. A tetrapod ze swoim przełomowym potencjałem też na taką zasługuje. Albo prażaba Czatkobatrachus polonicus, najstarszy z opisanych płazów bezogonowych, odkryty na osiedlu Czatkowice w Krzeszowicach – gdzie nawet ma swój pomnik.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















