W chwili, gdy kreślę te słowa, w internecie trwa grillowanie nowego logo i strategii promocyjnej dla Poznania. Tego rodzaju przedsięwzięcia często spotykają się z prześmiewczymi reakcjami (jak wszystko, wobec czego można zastosować pytanie: „na to idą nasze pieniądze?”) i projektanci zapewne się z tym liczą, ale przyznaję, że tak licznych przeróbek nie widziałam już od dawna – myślałam, że ludzie, którzy przy takich okazjach są często nazywani „internautami”, stracili już zapał do takich zabaw.
Zostawmy więc Poznań, bo zawsze przykro, gdy wydarza się siła złego na jednego, i lepiej się do takiej czeredy nie przyłączać. Sprawdźmy, jak to robią na Zachodzie, gdzie w grę wchodzą wielkie pieniądze, wielkie doświadczenie, powiew technologicznego szpanu, a na miejskich kampaniach zjedzono zęby… No właśnie.

Nawet setki zjedzonych zębów najwyraźniej nie chronią przed aktualnością prawa Murphy’ego, które – przypomnijmy – skrótowo głosi, że jeśli coś może pójść źle, to pójdzie. Człowiek widocznie jest jednak z natury optymistą, bo wciąż powstają takie realizacje jak ostatni pechowy „portal łączący dwa miasta”, Dublin i Nowy Jork. Podobne rozwiązanie pojawiło się kiedyś w Lublinie i Wilnie i działało bez zarzutu, więc dlaczego nie spróbować z większym rozmachem? Efektowna instalacja – okrągły ekran wyświetlający na bieżąco relację wideo z obu miast, tak aby dowolny przechodzień mógł zobaczyć, co właśnie dzieje się na innym kontynencie – została wkrótce po uruchomieniu zawieszona „z powodów technicznych”. To, jak łatwo się domyślić, eufemizm, bo szybko znaleźli się żartownisie, którzy zechcieli urozmaicić zwyczajną relację z ulicy. Ktoś pokazał do kamery „kino bambino”, ktoś machał telefonem z nagimi zdjęciami, ktoś w ramach relacji z Nowego Jorku przypomniał nagrania z 11 września. Coś musi być w takich instalacjach, że na niektórych działają odmładzająco, budząc instynkty typowe dla dwunastolatków.
Oczywiste, prawda? Jeśli w miejscu publicznym jest wystawiona kamera z opcją transmisji wysokiej jakości, to raczej prawdopodobne będzie, że ktoś zechce zademonstrować w wysokiej jakości zawartość swoich spodni. Jest to żart tyle dziecinny, co najoczywistszy, pewnie niejeden wręcz uważa, że po to właśnie ta kamera jest. Być może to złota zasada do przyswojenia sobie celem nauki na błędach: jeśli coś (aplikacja, logo, nazwa) może skojarzyć się komuś świńsko lub klozetowo, albo jeszcze w dodatku makabrycznie, to niechybnie zaraz tłum podąży dokładnie za tym wątkiem i dla własnego dobra lepiej wtedy wymyślić coś innego.
A jednak najwyraźniej nikt o tym nie pomyślał, choć w realizację nieszczęsnego portalu zaangażowano zapewne niemałą grupę specjalistów. A może pomyślał, ale dał się porwać własnemu poczuciu misji? Przecież portal czasoprzestrzenny to wynalazek przyszłości, a w przyszłości nikt nie może ściągać portek. Pracownikom branży nowych technologii zaś nie godzi się mieć takich głupich skojarzeń. Albo ktoś był tak zapatrzony w urodę własnego pomysłu, że wierzył, iż każdy będzie postrzegał go dokładnie tak samo? Być może nawet na zebraniu ktoś zgłosił cichutką wątpliwość, ale zwyciężyło przekonanie, że przecież to prawie podróże w czasie i przestrzeni, i że niesamowitość tej realizacji rzuci wszystkich na kolana. W przypadku podobnych kiksów twórcy czasem robią dobrą minę do złej gry, powtarzając zaklęcie, że „przynajmniej wszyscy o nas mówią i wywołujemy emocje”, zapominając, że do palety emocji należy również zażenowanie.
Ten przypadek z portalem do głupawego (choć, co tu kryć, faktycznie w swojej bezczelności zabawnego) humorku wskazuje na jeszcze jedną, być może najważniejszą kwestię. Otóż niezależnie od tego, za jak rewolucyjny, innowacyjny czy wywrotowy uważamy jakiś wynalazek, lepiej nie zakładać, że przewidziało się wszystkie jego zastosowania. Pasjonujemy się dziś wróżeniem przyszłości, snujemy często ponure scenariusze, bywa, że graniczymy w tym z pewnością proroków. Czy jednak bierzemy pod uwagę skórkę od banana, na której – choć leży pod samym nosem – i tak można się znienacka poślizgnąć?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















