Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Wstrząsy tektoniczne

Wstrząsy tektoniczne

27.09.2012
Czyta się kilka minut
Ryszard Izdebski, dyrektor Krakowskiego Instytutu Psychoterapii, wiceprzewodniczący Zarządu Stowarzyszenia Siemacha: Dzieci nie mają lęku przed przekraczaniem granic. Oglądają w internecie straszne rzeczy, np. jak się komuś ścina głowę i ten człowiek kona. Dziecku wydaje się, że to po nim spływa. A to nie spływa, to zmienia duszę.
Ryszard Izdebski Fot. Grażyna Makara
K

Katarzyna Kubisiowska: Kto dzisiaj jest bardziej pogubiony – dorosły czy dziecko?

Ryszard Izdebski: Dziecko gubi się w świecie wartości. Potrafi łatwo znaleźć zasadę, jaka rządzi nowym miejscem, i szybko się do niej dopasować. Nie ma uprzedzeń, więc łatwo wciągnąć je w złe towarzystwo – przestępcze lub narkotykowe.

Chłopiec jest bardziej podatny na złe wpływy?

Nie, dziewczynka. Ona jest pożądanym „towarem”. 14-, 15-latka rzadko wciąga się na imprezę dorosłych, bo traktuje się go jeszcze jak dziecko. Ale już jego rówieśnica może być uznana za atrakcyjną partnerkę do tego rodzaju zabawy. Dziewczynka wcześniej wchodzi w świat dorosłych. Sięga po alkohol, choć mózg i wątroba wciąż należą do dziecka. Jako kobieta ma mniejszą masę ciała, więc automatycznie zwiększa się szkodliwość toksycznych substancji.

Dziewczynka w ogóle szybciej dojrzewa niż chłopiec.

To m.in. gimnazjum sprawiło, że dzieci zostały zmuszone do dorosłości. 13-latka robi teraz to, co kiedyś 15-latka. Przyspieszyła więc swoje dojrzewanie psychologicznie i biologicznie. Albo dobrze się maskuje – modnie ubierze i starannie umaluje. Prezentuje się jako doroślejsza poprzez gest i mimikę.

Prezentuje się doroślej i bywa bardzo agresywna.

Zjawisko fali dawniej występowało w więzieniu, potem przeniosło się do wojska, dalej do liceum, a teraz trafiło do przedszkola. Zachowania, które kiedyś uznawano za margines, dziś uznaje się za normę. Kiedyś dziewczyna nie biła chłopca i nie chodziła po ulicy z nożami. Żyjemy w kulturze eskalacji agresji – przemoc jest obecna w mediach, filmach, grach komputerowych.

A zaciekawione światem dziecko nie ma lęku przed przekraczaniem granic. Ogląda w internecie straszne rzeczy, np. jak się komuś ścina głowę i ten człowiek kona. Dziecku wydaje się, że to po nim spływa. A to nie spływa, to zmienia duszę.

Dlaczego dziecko toczy wojnę z uporządkowanym światem?

Ale czy on jest dobrze uporządkowany? Falowe „zarządzanie” polegające na tym, że silniejszy rządzi, przyjęło się wśród dzieci, bo dorośli je tak wytresowali. Od 1989 r. liczy się dla nich siła, bezwzględność, kasa, wpływ, spryt i formułowanie myśli na takiej zasadzie, aby od razu zaatakować. Ludzie nie rozmawiają, tylko narzucają swoje sądy nieznoszące sprzeciwu.

Czyli mamy odpowiedź na pierwsze pytanie: bardziej pogubiony niż dziecko jest dorosły.

Rodzic jest kompletnie ogłupiały. Dorosły nie wie, czy dziecku komórkę dać, czy nie dać, kupić komputer czy nie. Wysłać na obóz czy nie wysyłać – przecież pedofil może być wychowawcą. Rodzic wypracował sobie standard wychowawczy i trzyma się go kurczowo. Nie weryfikuje, tylko wdraża z automatu. A to pułapka – bycie z dzieckiem wymaga uwagi, czasu, elastyczności.

Dorosły ma wobec dziecka masę roszczeń, przede wszystkim tych związanych ze szkołą.

I wychowuje paradoksem. Przerażony dzieckiem, które mu się wymyka spod kontroli, wprowadza coraz więcej zakazów. A każdy zakaz prowokuje chęć jego łamania, szczególnie u nastolatka.

To co zrobić, kiedy dziecko nie odchodzi od komputera, a na świadectwie same jedynki?

Dziecka nie da się oszukać. Trzeba mu przyznać rację, że Google daje kontakt z niemal całym światem. Jedyna rzecz, którą można zrobić, to razem z nim naradzać się nad jego rozwojem.

Wspólnie z dzieckiem?

Tak, z dzieckiem trzeba negocjować. Czasami wystarczy coś odroczyć o tydzień, miesiąc, rok – i przechodzi. 16-latek będzie marzył o tatuażu, ale już jako 17-latek nie będzie tym kompletnie zainteresowany. Rodzic może naprawdę dużo uzyskać w relacji z dzieckiem, dysponuje kluczowym argumentem: miłością wzajemną. Tylko on może się do niej odwoływać, obcy już nie. Wychowawca dzisiaj ma trudniej. Dziecko mówi: „Kim pan jest dla mnie? Człowiekiem wynajętym do nauczania historii. Nikim więcej”. Przestała istnieć sztama między dorosłymi i dorosłymi. Nauczyciele już nie mają takiej władzy, rodzice ich kontrolują, coraz bardziej się ,,psują” relacje dorosłych wokół dziecka. Dawniej one były prymitywne; dorośli tworzyli jeden front. Mówili: „Nie masz co ze mną dyskutować, co wolno wojewodzie...” itd.

W końcu! Dziecko zaczyna być w Polsce postrzegane jako istota, która czuje i myśli.

Polacy powoli zmieniają swój stosunek do dzieci, np. do stosowanych wobec nich kar cielesnych. W Europie pod tym względem wszyscy nas wyprzedzili. Gdyby Roman Giertych nadal sprawował urząd ministra edukacji, do dziś tkwilibyśmy w krainie zacofania, gdzie bicie dzieci uznaje się za normę. W Szwecji zakazano tego pod koniec lat 70., a w Polsce wrzawa wokół przemocy fizycznej zaczęła się tak naprawdę półtora roku temu, kiedy dzieci z jednej rodziny dostały klapsa, chciały wymówić rodzicom posłuszeństwo i porzucić dom. Oczywiście nic takiego nie zaszło – dzieci nawet bite dążą do przynależności do rodziny. Do SIEMACHY przychodzą wychowankowie domu dziecka. Czasami w mediach pokazywani są w swoich luksusowych pokoikach, w których nic im nie brakuje. Ale one i tak wolałyby nie być postrzegane jako ci z domu dziecka. Nawet jeśli ich rodziny są w sytuacji dramatycznej i fotografowanie się w ich towarzystwie byłoby zwyczajnym obciachem.

Czy Polacy lubią dzieci?

Lubimy do dzieci ,,ciumkać” i się nimi popisywać. Własne dzieci na różne sposoby demoralizujemy, często z bezradności czy zwyczajnej naiwności. Rodzic kupi dziecku deskę snowboardową. Nie jeździ z nim, ono uczy się samo – może to robić ryzykancko i łamać wszystkie zasady obowiązujące na stoku.

Rodzice kochają dziecko formalnie. Mocniej, gdy jest małe i spolegliwe. Mniej, gdy jest większe i się buntuje. Nastolatek staje się wyrazicielem obcych sądów, rodzic nie wie, co począć. To przypomina działalność misyjną świadków Jehowy. Ludzie się ich obawiają, nie chcą im otwierać drzwi, ponieważ oni są do rozmowy świetnie przygotowani. Natomiast katolik jest kompletnym dyletantem, o swojej religii wie mało, katechizm dawno już wywietrzał mu z głowy. Czuje się zaszczuty i upokorzony, więc w obronie własnej używa agresji. Coś podobnego dzieje się z rodzicem oszołomionym wiedzą nastolatka.

Naprawdę dlatego rodzic unika poważnej rozmowy z własnym dzieckiem?

Boi się jej – sprostać dziecku jest szalenie trudno. Zasmuca każda zdobyta prawda. Wolimy nie wiedzieć, tak jest dla nas wygodniej. A dziecko jest łaskawe i podtrzymuje złudzenia. Czasem przed nami się odsłania i okazuje się, że ono cierpi, boryka się z lękami. Chciałoby zadać pytania, ale woli tego nie robić, nie chce sprawiać kłopotu i przykrości. Nawet gdy ciężko choruje. Nawet gdy umiera. Ono świetnie wie, że odchodzi. Jednak udaje, że jest nieświadome, bo rodzice tak wolą. Chce, żeby było im lżej. Chroni ich. W takiej sytuacji zachęcam rodziców do rozmowy z dzieckiem, bo czasu niewiele, nie ma co zwlekać. Ono jest gotowe, tylko czeka na sygnał, że rodzice temu sprostają.

To najtrudniejsze rozmowy, jakie mogą się zdarzyć. Każda inna w tym kontekście jest błahostką. Ale nawet na nią dzisiaj rodzice nie mają czasu. Oni pracują od świtu do nocy, a dzieci chowają się same.

Pani mówi teraz o tym rodzicu, który nie ma pieniędzy, nie stać go na opiekunkę. Ale też jest rodzic dobrze sytuowany i wtedy jego dziecko przechodzi z rąk do rąk – ktoś inny uczy go tenisa, angielskiego, pływania etc. Ten rodzic w życiu dziecka nie jest obecny, ale wie, że wychowują jego synka czy córkę inni dorośli. Im powierza sprawę. „I co będziemy robić teraz?” – takie pytanie stawia dziecko zaedukowane na śmierć przez dorosłego.

Ten dorosły nie wierzy w siebie jako rodzica. A dziecku odbiera dzieciństwo – organizuje czas według swojego pomysłu. Ale nawet dzieci z domów, gdzie daje się im swobodę, nie wychodzą już same na podwórko. W dużych miastach to miejsce przestało mieć rację bytu.

Dawniej podwórko było o wiele lepiej monitorowane niż dzisiejsze. I właśnie budowa bezpiecznego podwórka rozumianego jako miejsce przyjazne dziecku jest ideą księdza Augustyńskiego.

Samym rodzicom trudno jest pilnować dziecko w taki sposób, aby ono nie miało poczucia, że jest inwigilowane, i jednocześnie trzymać rękę na pulsie, aby wiedzieć, co się z nim dzieje. To wymaga talentu pedagogicznego – wiedzy i wyczucia. Dziecko puszczone dzisiaj samopas bardzo łatwo może wylądować pod kołami samochodów, jeździ ich więcej i są szybsze. Natomiast dziecko zbyt mocno pilnowane będzie wyśmiane przez bardziej dzielnych rówieśników.

Trudniej wychowuje się dziś dziecko, bo instytucja rodziny jest w kryzysie. Coraz więcej małżeństw decyduje się na rozwód. Dzieci i dorośli się w tym gubią.

Słowo „kryzys” przylgnęło do wielu starych instytucji – szkoły, państwa, służby zdrowia, nawet kolei. Kryzys wywraca wszystko do góry nogami, ale jest w nim też coś dobrego. Poprzez kryzys się dojrzewa, w ogóle człowiek istnieje od kryzysu do kryzysu. Kiedyś istniała tradycyjna rodzina i mocny Kościół, który dawał tej rodzinie oparcie. W tej chwili Kościół znalazł się na bardzo poważnym zakręcie, a rodzina razem z nim. Tytuł powieści Michela Houellebecqa brzmi ,,Mapa i terytorium”. Mapa dość dobrze odzwierciedla terytorium, ale one nie są tożsame. Nie da się żyć na mapie. Jako terapeuta rodzinny też mam pewne mapy, tylko te mapy już nie opisują terytorium. Ono się zmieniło, wstrząsy tektoniczne zrobiły swoje. Kobiety mają coraz większą feministyczną świadomość. To ich wielka siła, mężczyźni muszą inaczej na nie patrzeć, uwolnić się od seksistowskich klisz, przeorganizować swoją mentalną obecność w rodzinie.

Jak Pan jako terapeuta rozmawia z dzieckiem?

Z zachwytem. Dziecko właściwie „mówi” wieloma językami – migowym, mimicznym, sekretnego rysunku. Jeśli czuje, że dorosły chce uzyskać coś, co jest dla niego pożyteczne, to bardzo chętnie będzie z nim kooperować. Ono nie ma jeszcze utrwalonych mechanizmów obronnych, nie czuje potrzeby kłamania i trzymania fasonu. Dziecko nie powie byle czego, zawsze dotyka sprawy istotnej, nawet gdy się przekomarza.

Czyli kontakt – tego w wychowaniu nigdy nie można zaniedbać.

Bardzo ciekawie wygląda ta sytuacja w SIEMASZE. Dzieci przychodzą dobrowolnie, poza obowiązkiem szkolnym, do miejsca, gdzie spotykają się z dorosłymi. Trafiają tu różni ludzie – przeciętni, niepełnosprawni, wybitni. Tutaj dzieci się mnie nie wstydzą, nie jestem traktowany jako starzec, który tam zajrzał na moment, tylko członek gromady. Jestem kojarzony, część mnie wita zdawkowo, część uprzejmie, ale nikt nie jest obojętny. Te dzieci w swoich domach poznały różne zasady rządzące światem – lepsze i gorsze – ale na tym konkretnym podwórku panują takie, które dają im poczucie bezpieczeństwa. Przypomina mi to klinikę psychiatryczną w latach komuny – władza ludowa zamykała w więzieniu za każde zdanie, które się jej nie podobało, a w klinice można było powiedzieć bez lęku, co się komu podobało, i nic nikomu za to nie groziło. SIEMACHA stwarza podobny azyl. Jestem zachwycony tą przestrzenią – znalazło się tu miejsce dla terapii, wychowania i sportu. Kompletny zestaw – najpierw dziecko może porozmawiać z terapeutą i rozwiązywać swoje problemy, potem pobawić się na podwórku, a na końcu potrenować w imię zasady: „w zdrowym ciele zdrowy duch”.

RYSZARD IZDEBSKI (ur. w 1953 r. w Krakowie) jest pedagogiem, psychologiem klinicznym, psychoterapeutą. Wiceprzewodniczący Zarządu Stowarzyszenia SIEMACHA i dyrektor Krakowskiego Instytutu Psychoterapii Stowarzyszenia SIEMACHA. Jeden z pierwszych laureatów Nagrody im. Aliny Margolis-Edelman ustanowionej w 2011 r. przez Fundację Dzieci Niczyje oraz Fundację Zeszytów Literackich – jako osoba szczególnie zasłużona w działalności na rzecz pomocy dzieciom krzywdzonym.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka działów: kultura i reportaż.  Absolwentka filmoznawstwa UJ. Współautorka książek „Panorama kina najnowszego. 1980–1995. Leksykon” oraz „Lektury na ekranie, czyli mały leksykon...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]