Reklama

Sprawa ciemności

Sprawa ciemności

21.02.2006
Czyta się kilka minut
Dwa tomy "Korespondencji Aleksandra Wata, pieczołowicie opracowane przez Alinę Kowalczykową, to blisko 1300 stron. Czwarta część wydawanych przez Czytelnik "Pism zebranych przynosi materiał obszerny i ciekawy...
D

Dość wspomnieć, że wśród korespondentów Wata znajdują się m.in. Andrzejewski, Borowski, Breza, Broniewski, Józef i Maria Czapscy, Dąbrowska, Giedroyc, Grydzewski, Herbert, Herling-Grudziński, Paweł Hertz, Iwaszkiewicz, Jeleński, Lebenstein, Artur Międzyrzecki i Julia Hartwig, Kott, Miłosz, Mycielski, Parnicki, Słonimski, Stawar, Stempowski, Tuwim, Vincenz, Ważyk, Wierzyński, Wittlin, Woroszylski... Osobny rozdział tworzą listy najbardziej prywatne, wymieniane z żoną Olą i synem Andrzejem. Las gęsty, długo trzeba się przezeń przedzierać, ale wędrówka warta jest trudu.

Kilo-Wat

Listy te stanowią dokument życia jednego z najbardziej wyrazistych polskich poetów minionego wieku, a zarazem człowieka, który zetknął się z piekłem Historii i umknął z niego z mocno osmaloną skórą.

Przyszły autor "Ciemnego świecidła" urodził się 1 maja 1900 r. w Warszawie w żydowskiej rodzinie Chwatów o imponującym drzewie genealogicznym. Wśród jego przodków byli: Raszi, XI-wieczny komentator Biblii z Troyes; Izaak Luria; kupcy i powstańcy styczniowi. Po ojcu, znawcy kabały i erudycie, Aleksander odziedziczył miłość do książek. Wzrastał wśród licznego, utalentowanego rodzeństwa (starszą siostrą Wata była znana aktorka Seweryna Broniszówna), fascynacja obrzędami żydowskimi mieszała się w nim z zainteresowaniem liturgią katolicką, oglądaną podczas nieszporów, na które ukradkiem prowadziła go niania.

Propagując "słowa na wolności", staje się razem z Anatolem Sternem jednym z pierwszych polskich futurystów; jego surrealistyczny poemat prozą "Ja z jednej i Ja z drugiej strony mego mopsożelaznego piecyka" z wielką przychylnością omawiał Witkacy, życząc autorowi, by z czasem stał się "kilo-Watem". Duch czasu i polityczno-ekonomiczne realia popychają wtedy młodych buntowników (zwłaszcza może Żydów, boleśnie odczuwających niechęć części polskiego społeczeństwa) na lewo, co często kończyło się komunizowaniem. Tak też stało się z Watem, który mówił później, że należał do pierwszej siódemki polskich rewolucyjnych literatów: razem z Hemplem, Wandurskim, Standem, Jasieńskim, Stawarem i Broniewskim. W 1928 roku zostaje redaktorem "Miesięcznika Literackiego", legalnego i szeroko czytanego pisma de facto komunistycznego - po wojnie dygnitarze Polski Ludowej będą opowiadać Watowi, że wychowali się właśnie na "Miesięczniku" i zapewne w jakimś stopniu pomogło to poecie przetrwać lata stalinowskie, gdy stał się odważnym krytykiem nowej rzeczywistości. Władze zamknęły pismo w 1931 r., a jego redaktor spędził kilka miesięcy w więzieniu.

Choć wydał tom nowel "Bezrobotny Lucyfer", to w okresie komunistycznego zaangażowania przestał pisać wiersze (ponowny przypływ poetyckich sił nastąpi dopiero po blisko trzech dekadach), a zamilknięcie wiąże się z jasno uświadamianym sobie konfliktem między własną wizją kultury a ideologią. Zresztą zaangażowanie Wata w komunizm było tyleż głębokie, co krótkie - był zbyt inteligentny i zbyt silną osobowością obdarzony, by poddać się partyjnej dyscyplinie: w połowie lat 30., jak wspomina, był już zdecydowanie przeciw.

W 1927 roku Wat bierze ślub z Pauliną Lew, czyli Olą, cztery lata później rodzi im się jedyny syn. W 1939 r. rodzina trafia do Lwowa, gdzie Wat (razem z m.in. Broniewskim, Peiperem i Sternem) zostaje wkrótce aresztowany przez NKWD, a żona i syn zesłani do Kazachstanu. Sam poeta przeszedł przez horror jedenastu więzień; wypuszczony w ramach amnestii i ponownie aresztowany, heroicznie odmawiający przyjęcia sowieckiego paszportu, ostatecznie odnalazł rodzinę i wrócił z nią w 1946 roku do Polski. Więzienne przeżycia religijne, kiedy odsłoniło mu się działające w historii zło, fizycznie obecny diabeł, zaowocowały konwersją na katolicyzm. Wtedy też chyba odczytał swoje zaangażowanie w komunizm jako przyłożenie ręki do bezwzględnego zła, grzech, za który trzeba zapłacić.

I płacił. Najpierw cywilną odwagą - np. publikując "Antyzoila", obszerny pamflet na socrealizm i stalinizację, i zgłaszając zastrzeżenia wobec obowiązującej linii na licznych spotkaniach pisarzy, gdy już nikt inny nie odważał się wątpić. Później - jak sam uważał - fizycznym cierpieniem. W styczniu 1953 roku, wkrótce po jednym z zebrań Związku Literatów, kiedy Jerzy Putrament porównał Wata do niedźwiedzia, którego trzeba bić drągiem, by przestał warczeć, nastąpił pierwszy atak choroby. Uszkodzenie mózgu powodowało niezwykle silne bóle, zamieniające życie Wata w piekło.

W 1955 r. Watom udaje się wyjechać na południe Francji. Powstałe wtedy utwory trafiły do tomu "Wiersze", szczytowego osiągnięcia poety. To tu znajdziemy utwory tak wspaniałe jak "W czterech ścianach mego bólu / nie ma okien ani drzwi", wiersze porażające, w których "noc filtruje ból, esencje jego czarne", opisujące stany cierpienia, agonii, będącej zawieszeniem między życiem i śmiercią, wadzenie się z Bogiem, który miażdży człowieka...

Przedłużanie pobytu na Zachodzie możliwe było dzięki stypendium Fundacji Forda, a później pracy dla włoskiego biznesmena Umberto Silvy, który postanowił założyć wydawnictwo publikujące m.in. przekłady z polskiej literatury. Choć cała impreza skończyła się klęską, Wat przepracował czas jakiś we Włoszech - w archiwum Miłosza zachowało się zdjęcie zrobione wiosną 1960 w Portofino, na którym siedzą obok siebie Wat, Miłosz i Gustaw Herling-Grudziński. Rok 1962 to publikacja tomu "Wierszy śródziemnomorskich". Wkrótce Watowie nie otrzymują zgody na przedłużenie paszportów i postanawiają zostać na emigracji.

Dzięki staraniom Miłosza, Wat dostaje stypendium i trafia na Uniwersytet Kalifornijski w Berkeley. Ambitne plany działalności wykładowej i pisania eseistycznego "dzieła życia" uniemożliwiła choroba, ale to właśnie w Kalifornii powstała większość rozmów z Miłoszem, które złożyły się na niezwykle ciekawy "pamiętnik mówiony" - "Mój wiek". Wróciwszy do Paryża, poeta nagrywa "naszepty magnetofonowe" - wiersze, które weszły do pośmiertnie wydanego tomu "Ciemne świecidło" - i zmaga się z coraz bardziej nasilającymi się bólami. W 1967 roku jego siły się wyczerpują: popełnia samobójstwo, połykając 40 tabletek nembutalu.

Sprawy i złoża najciemniejsze

Korespondencja Aleksandra Wata to olbrzymie silva rerum, gdzie listy czysto służbowe sąsiadują z osobistymi wyznaniami, a szczegóły biograficzne z istotnymi wypowiedziami artystycznymi i filozoficznymi, i trudno pokusić się o scalającą interpretację. Wyłówmy kilka najciekawszych wątków.

"Pierwszy dzień w Taorminie. Klimat dla mnie idealny. Bóle jak gdyby ręką odjął, ot - podrażnienia skóry. (...) Słowem, nieomal szczęście" - pisze Wat do siostry w 1957 roku. Takich momentów jest oczywiście mało, bez porównania więcej - opisów bólu, choroby. Ale można też powiedzieć, że autor "Mojego wieku" mimo wszystko dość rzadko daje w listach wyraz cierpieniu. Przeciwnie - jest zdyscyplinowany, intelektualnie trzeźwy, daleki od obrazu skoncentrowanego na sobie cierpiętnika, jaki można było sobie wyrobić, czytając wzmianki o Watach w listach Zygmunta Hertza do Miłosza. Dla Giedroycia opracowuje frapujący i świadczący o znajomości rzeczy projekt antologii tekstów publicystycznych, ukazującej stopniowe dławienie demokracji w Polsce. Pisząc do Andrzejewskiego, nie ma wątpliwości, po której stronie żelaznej kurtyny znajduje się większa część racji: "Bardzo mnie niepokoili nasi drodzy koledzy, nie trzeba nazwisk, tak uczuleni na tutejszą [czyli zachodnią] dekadencję, degenerację, patologię, bezdziejowość, bezideowość itd. To jak w domu wariatów. Tutaj ludzie często chorują, ale chorzy to my".

W korespondencji z Czapskim formułuje sądy kluczowe dla rozumienia nie tylko własnej twórczości: "Oczywiście, sprawa ciemności jest nieodłączna od wszelkiej poezji współczesnej, żywej, nie tylko takiej jak moja, ale najbardziej nawet udanej i wysokiej. To jest nieuchronne, bo wszystko, co dało się naprawdę powiedzieć klarownie, jasno, co dało się zobiektywizować - zostało już powiedziane, genialnie. Wszystko, co dzisiejszy poeta dziś mówi klarownie jak dawni, to - na dobrą sprawę - lepsze czy gorsze stylizacje, powtórki, prawdę mówiąc dość żałosne. (...) Zostały więc dla nas - późnych potomków - tylko sprawy i złoża najciemniejsze, najbardziej intymne, najmniej docieczone, a jeśli docieczone (bo każdy wielki poeta tkwił również w głębiach), to jeszcze niedoświadomione - i oczywiście, te sprawy i rzeczy najgłębiej osobiste, często przygodne, ale wpadające w jakieś geologicznie głębokie wyżłobienia - wynieść bezwarunkowo trzeba w klarowność, w obiektywność. Wtedy są udane, czasem wielkie, jak np. u Rilkego, u Eliota, jak często, bardzo często - z naszych poetów - tylko u Miłosza".

Właśnie Czesław Miłosz jest niewątpliwie najważniejszym intelektualnym partnerem Wata, a wymiana ich listów stanowi intelektualnie najistotniejszą część książki. "Jakie stanowisko zająć nie tylko wobec Kościoła w Polsce, ale wobec ducha bogoojczyźnianego, który jest prawdziwym »hegemonem« narodu? Pamiętam rozmowę z Jastrunem w dobrych latach »Kuźnicy« (i to było stanowisko ich wszystkich), rozkładał ręce: albo oni, albo endecja, rzeź żydokomuny" - pisze Wat, wskazując jeden z czynników, które po 1945 r. prowadziły pisarzy do akceptacji komunistycznej władzy, a zarazem trafiając niewątpliwie w sedno problemów Miłosza z polskością. Miłosz bowiem retorycznie pyta: "Może ja jestem filozofem? Nie przez przyrodzone uzdolnienie, ale przez opozycję, antypolskość". Z drugiej strony określa się wobec Zachodu, uważając, że przejście przez umysłową szkołę marksizmu zasadniczo zmienia ogląd świata i ludzkiej kondycji: "albo ci zachodni są durnowaci, albo ja. (...) jaki Weltgeist nami porusza, czy to jest pycha moja osobista, która chytrze mnie przekonuje, że więcej rozumiem niż oni, ci zachodni, czy w tym naprawdę jest coś? A jeżeli jest, jaka heglowska »chytrość rozumu«, jaki, wyrażając się słowami Brzozowskiego, »blask nieświadomy samego siebie« w marksizmie, jakie zdanie, od którego się nie ucieknie mówiąc, że filozofia historii jest bzdurą? Jaki obowiązek, jakie wnioski? To uczucie, że się jest niemym! Że ja tutaj na Zachodzie jestem niemy, że muszę borykać się z tą moją wewnętrzną sprzecznością, bo jestem tutaj, a tylko, tylko tam czy z ludźmi stamtąd mogę się porozumieć w pół słowa - i to nie przez wspólną wiedzę o sprawach, ale przez sam sposób myśli".

Autor "Ciemnego świecidła" dogłębnie rozumie zawikłania Miłoszowej duszy ("Twoje rozglądanie się wynika (...) z pokory, i z permanentnego kryzysu dusznego, który jest Twoją cechą szczególną i siłą"), Miłosz zaś w dialogu z nim odczytuje rysy własnej osoby: "Z zazdrością myślę o poetach, którzy umieli zachować czystość i nie ulegać publicystyce. Porażki moje wynikały z dławienia naturalnych instynktów przez jakieś superego, które wstydziło się tego, co u mnie najbardziej spontaniczne".

Szczyty antyredakcyjnego antytaktu

Dwa tomy "Korespondencji" dają też wiedzę przydatną dla rozumienia powojennej polskiej historii. W 1948 roku przerażona Ola Watowa opisuje swoje spotkanie z Tadeuszem Borowskim - pełnym nienawiści rewolucyjnym radykałem: "On już wiesza, wysyła do tiurm (...) nie będzie wyciągał ręki do wrogów ani ich przekonywał - on będzie ich niszczył. To nie karierowicz, jest czysty i prawy, do partii nie należy - musi w niej przedtem zrobić czystkę". Sam Wat, obdarzony bystrym okiem (piękny, malarski opis starca w Cabris zawarty w liście do Czapskiego) i przenikliwym umysłem, kreśli celne portrety pisarzy - Pawła Hertza czy Jarosława Iwaszkiewicza: "pod wpływem choroby (raka), wziął w nim górę drugi »J«, głęboko wkorzeniony w Naturę, w ciemną Naturę, w »jądro ciemności«. (...) Tymczasem, na szczęście, okazało się, że to nie rak, i górę wziął znowu (półwiekowy już) Pan na Stawiskach, ambasador in spe PRL-u, quasi T[omasz] Mann, pseudoksiąże Zabiełło (Z »Pasji błędomierskich«), przyszły laureat Nobla, a obecny prezes ZLP (nb. z łaski półpanka Putramenta). (...) Co tam gadać, to pisarz - z krajowych - największego u nas formatu! Bo Dąbrowska to nieporozumienie, zabłąkane z końcowych hemoroidalnych dziesięcioleci ub[iegłego] wieku, Parandowski - rzemieślniczek, a reszta - dobra do warzywnika".

Zacytujmy też precyzyjne wskazówki, których Wat udziela synowi, instruując go, jak ma się zachowywać wobec spotykanych na międzynarodowym sympozjum polskich literatów: "Z Ważykiem - serdecznie i powiedz mu, że bardzo żałuję, że się z nim nie zobaczę. Z Jastrunem, [Kazimierzem] Brandysem, Bieńkowskim nijako, wobec Iwaszkiewicza - według jego zachowania się. (...) Unikaj, o ile to będzie możliwe, podania ręki Przybosiowi, ale bez żadnej ostentacji. Jeżeli jednak zaatakuje mnie (w co wątpię), wtedy chłodno, z godnością przygotuj sobie parę zdań, mniej więcej: pan Przyboś (możesz z francuska wymówić nazwisko, ale cieniutko, bez przesady) korzysta z nieobecności mego ojca, którego choroba przetrzymuje w Hiszpanii, aby go zaatakować swoim zwyczajem".

Najbardziej frapujące są fragmenty poświęcone Jerzemu Giedroyciowi i "Kulturze". Ileż napięć, wywoływanych przez apodyktyczność Redaktora i jego strategiczne plany! "Odmawiając przyjęcia faktu, że jestem poetą, w gruncie rzeczy pozbawia mnie (oczywiście, na terenie redakcji) sensu życia" - żali się Wat Czapskiemu po tym, jak Giedroyc odmówił publikacji jego wierszy, zaś w liście do Miłosza dodaje: "Gdybyż to Giedroyc nie był taki głupi. Albo tak obłąkany. Albo tak niezłomny. Albo tak megalomański! (...) powinniśmy robić sitwę: Ty, Kot, Józio, Zbyszek, Antoni" (zarazem jednak przyznając: "Trzeba zapomnieć o skłóceniach, małostkowych koniec końców").

Wchodzimy tu w sedno konfliktów między Giedroyciem z jednej strony a Watem, Miłoszem, Czapskimi czy Jeleńskim z drugiej. Upraszczając, można rzec, iż był to spór między Redaktorem traktującym literaturę jako element służebny wobec polityki oraz artystami szukającymi właśnie wyzwolenia od polityki, niezależności sądów i twórczego gestu. Trzeba jednak lojalnie zauważyć, że w roli czytelnika współczesnej polskiej literatury sprawdza się Giedroyc całkiem dobrze, skoro odradza Watowi publikowanie u Silvy Gołubiewa oraz "Nocy i dni", sugeruje natomiast Mrożka, Parnickiego czy "Czarny potok" Buczkowskiego.

Otwarte pozostaje pytanie o to, co miało większy i trwalszy wpływ na emigracyjnych i krajowych czytelników "Kultury": pisarstwo Miłosza i Gombrowicza czy, powiedzmy, publicystyka Juliusza Mieroszewskiego. Z punktu widzenia historii polskiej kultury odpowiedź jest prosta. Nie do końca jednak potrafimy wskazać, co tak naprawdę przez dziesięciolecia przenikało w dusze i formowało umysły. Jest to pytanie ważne nie tylko w perspektywie przeszłości.

Jedyny to mój już teraz strach

Najbardziej poruszają listy czysto osobiste. Od kartek z 1942 roku, gdy rodzinie udaje się nawiązać z sobą kontakt. Aleksander: "Nie pytam o nic - nic nie zmniejszy mojej miłości do Was. Może przestałaś mnie kochać? Jędrusiu - będę się opiekował Tobą teraz czulej i lepiej niż dotąd". Ola: "Tyle myślałam o Tobie. W nocy, jak ślepiec, czułam pod palcami zarys Twojej głowy, ramion, nóg - gładkość i nawet stopień pewnej wilgotności skóry". Poprzez wyznanie z 1957 r. w liście do Józefa Wittlina: "Bólem reaguję na tzw. życie i każda niepomyślna lub gwałtowna zmiana w klimacie, a także każde zmartwienie, troska lub niezadowolenie nawet - nasila ten ból". Poprzez zwierzenia czynione Marii Czapskiej w roku 1965: "Po piekle berkeleyowskim nerwy moje były jak skład starego zardzewiałego - i bezużytecznego już - żelastwa (...) Teraz zaczyna być na odwrót, czyżby nawet - nie śmiem się spodziewać - przecież serenitas, która mojemu wiekowi przystoi". Aż po list ostatni, pisany przed samobójstwem, pozostawiony w kilku brulionowych wersjach.

"Wasza przyszła rozpacz jest najcięższą najtrudniejszą barierą dla mnie i będzie mnie zabijać aż do najostatniejszej chwili, więc już teraz mówię sobie, że naprawdę usłuchacie mnie i nie będziecie rozpaczać, i to, że mówię to sobie i zapewniam siebie i będę zapewniał w najostatniejszej chwili, to i was obowiązuje, moja biedna kochana zawsze kochana piękna wierna żono i Ty kochany Andrzeju". I jeszcze: "Na miłość Boską. Tylko nie ratować! Już mi się to należało. To będzie straszne, jeżeli zdołacie mnie uratować. Nie mogę nawet o tym myśleć. Jedyny to mój już teraz strach".

Zapisywał wtedy na magnetofonowej taśmie:

Poprzez gnejsy,

poprzez wapnie,

poprzez glinki

żywej materii

sączy się kropla

za kroplą

ból

(potoczny, cielesny,

nie duszny).

Aleksander Wat, "Korespondencja", cz. I - II, wybrała, opracowała, przypisami i posłowiem opatrzyła Alina Kowalczykowa, Warszawa 2005, Czytelnik.

Przypis do przypisów

Nie wiem, ile lat życia poświęciła pani profesor Alina Kowalczykowa na ogarnięcie tak rozległego, trudnego (charakter pisma Wata!) i rozproszonego materiału. Jesteśmy jej winni wielką wdzięczność. Przy tak ogromnej skali pracy nieuchronne są jednak pomyłki czy opuszczenia. Tak więc żona Francisa Whitfielda (tom I, s. 415), dziekana slawistyki w Berkeley, ma na imię Celina, a nie Cecylia. Użyta przez Miłosza fraza "oczeń stranno" ("mi było w tej Kopenhadze" II, 214) pochodzi z wiersza Majakowskiego "Stranno czełowieku w Chicago", który polski poeta lubił przywoływać. Łatwo wskazać, że "wicedyrektor" (II, 268; a dokładniej: "Zastępca [Dyrektora]") pojawia się w "scenariuszu filmowym" Leszka Kołakowskiego pt. "Wygnanie z raju" (pierwodruk: "Dialog" 1961, nr 6 - wicedyrektor raju to, oczywiście, diabeł). Mario Savio (II, 308) to nie tylko "pracownik uniwersytetu w Berkeley", ale przede wszystkim jeden z przywódców studenckiego Free Speech Movement, który zapisał się przemówieniem nawołującym, by własnymi ciałami zablokować tryby nieludzkiej machiny władzy. "Brzeski" (II, 309) to raczej nie "Jan Brzeski, dziennikarz, ekonomista, działacz poznańskiego Października 1956", ale Andrzej Brzeski - działacz Klubu Krzywego Koła, a następnie profesor ekonomii na University of California w Davis. Heydenkowicz z Toronto (II, 326) to zapewne Benedykt Heydenkorn, publicysta i dziennikarz, wieloletni redaktor wychodzącego w Toronto polonijnego "Związkowca". Można by też napomknąć (II, 447), że domek w Montgeron (10, avenue de la Grange), w którym zamieszkali Wierzyńscy, należał do Janiny i Czesława Miłoszów.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Ur. 1971 r. Redaktor działu kultury „Tygodnika Powszechnego”, krytyk literacki, pracownik Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, sekretarz Międzynarodowej Nagrody Literackiej im. Zbigniewa...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]