Reklama

Witold, mój bohater

Witold, mój bohater

03.06.2019
Czyta się kilka minut
Jack Fairweather, autor książki „Ochotnik”: Badając historię Pileckiego zdałem sobie sprawę, jak trudno czasem zrozumieć cierpienie innych. Jemu w Auschwitz się to udało. Mam nadzieję, że jego historia zainspiruje ludzi tak, jak zainspirowała mnie.
Pilecki ze znajomym Aleksandrem Żeligowskim. Lida, 1930 r. ZDJĘCIE ZE ZBIORÓW RODZINY PILECKICH / AIPN
P

PATRYCJA BUKALSKA: Jest Pan brytyjskim dziennikarzem, bez związków z Polską. W jakich okolicznościach usłyszał Pan po raz pierwszy o Witoldzie Pileckim?

JACK FAIRWEATHER: Jesienią 2011 r. opowiedział mi o nim mój przyjaciel, korespondent wojenny Matt McAllester. Razem relacjonowaliśmy wojny na Bliskim Wschodzie. Staraliśmy się zrozumieć to, czego byliśmy tam świadkami. Szukając odpowiedzi, Matt pojechał do Auschwitz – miejsca, gdzie dokonało się największe zło w historii – i tam usłyszał o Witoldzie. Ta historia kilku odważnych ludzi, którzy stawili czoła nazistom w takim miejscu, była dla nas krzepiąca. Byłem jednak zaskoczony, dlaczego tak mało wiadomo o misji Witolda. Postanowiłem dowiedzieć się więcej.

Nad tą książką pracował Pan pięć lat. Co było najtrudniejsze?

Samo pisanie było pełne napięcia. Korzystałem z relacji więźniów obozu koncentracyjnego, więc miałem poczucie swego rodzaju zobowiązania wobec nich, by opowiedzieć ich historię z taką mocą, jak na to zasługuje. Z kolei syn Witolda, Andrzej Pilecki, poświęcił mi wiele godzin. Opowiadał o ojcu. Pokazałem mu pierwszą wersję tekstu i byłem wzruszony, widząc, że mu się podoba.

Zanim zacząłem pisać, przeczytałem mnóstwo książek o II wojnie światowej i udziale w niej Polaków. Dużo tam dyskusji, polemik. Czułem, że nie muszę się w te debaty angażować. Nie chodzi o to, by unikać trudnych tematów, ale chciałem napisać historię Pileckiego w nowy sposób. Chciałem też zaprezentować jak najuczciwiej punkt widzenia Pileckiego, tak aby czytelnicy sami mogli wyrobić sobie opinię na temat wydarzeń, motywacji i poglądów bohaterów. Mam też nadzieję, że poczują więź z Pileckim, taką jak ja zacząłem odczuwać.

Trudno jest pisać o postaciach, które są już ustawione na pomnikach. Wiemy, że Pilecki był niezwykle odważny. Pan pokazuje go też jako człowieka z dylematami, momentami lęku. Pisze Pan, że jego wielkość polega na tym, iż był zwykłym człowiekiem, takim jak my. Tak go Pan widzi?

Zadaję pytanie, dlaczego Pilecki zrobił to, co zrobił. Jednak sama tylko odpowiedź, że był heroiczny, oddaliłaby mnie od niego, zmniejszyłaby szansę, by zrozumieć jego motywy. Czułem, że dopiero opisując – na ile to możliwe – jego niepokój czy złożoność charakteru, mogę pokazać jego heroizm.

To historia tak niezwykła, że nie trzeba karmić czytelników tylko heroicznymi cnotami. Wystarczy pokazać, co zrobił. Jego działania mówią same za siebie. Bo choć ludzie potrzebują bohaterów, których mogą podziwiać jako wzorce, to powinniśmy też wiedzieć, że za tak wielkim człowiekiem kryje się również mężczyzna w średnim wieku, z obowiązkami rodzinnymi, zmagający się z życiem. Zwłaszcza momenty, gdy Pilecki musiał mierzyć się z ważnymi decyzjami, były dla mnie najistotniejsze.

Na przykład decyzja, by dobrowolnie pójść do Auschwitz?

Zwykle przedstawia się tę jego decyzję prosto: że bez wahania zgłosił się na ochotnika. W istocie był to dłuższy proces. W pierwszej chwili nie podjął się tego. Nie był to zresztą jego pomysł, zadanie zostało na niego nałożone, a istotną rolę odegrał tu spór Pileckiego z kolegą z konspiracji [Tajnej Armii Polskiej, do której wtedy należał – red.], dotyczący politycznej orientacji ich organizacji. W pewien sposób misja była okazją, by pozbyć się Pileckiego z Warszawy. On rozumiał, że także o to chodzi. Stąd jego decyzja o pójściu do Auschwitz jako więzień była bardziej skomplikowana, niż zwykliśmy sądzić. Ponadto nie chodziło tylko o ryzyko, jakie sam podejmował, lecz także o niebezpieczeństwo, które mógł sprowadzić na swą rodzinę. Dopiero gdy zdamy sobie z tego sprawę, możemy w pełni docenić jego heroizm.

Starał się Pan wczuć w myślenie Pileckiego?

Myślę, że dopiero pod koniec zbierania materiałów znalazłem sposób, by zrozumieć, jak udało mu się wypełnić misję, zorganizować grupę ruchu oporu w obozie, wytrzymać potworne traktowanie. I znów okazało się, że to nie była tylko kwestia odwagi, patriotyzmu czy wiary – choć oczywiście one miały znaczenie. Gdy w obozie pozyskiwał ludzi do konspiracji, wśród głodnych i zdesperowanych współwięźniów, musiał konkretnej osobie powiedzieć: „Ufam ci, czy do nas dołączysz?”. Właśnie to zaufanie drugiemu człowiekowi, oddanie swego życia w jego ręce, wydaje mi się kluczowe, gdy idzie o zrozumienie Pileckiego. Fakt, że ufał innym i sam wzbudzał zaufanie, sprawił, że mógł zostać przywódcą. Cały proces budowania konspiracyjnej siatki w obozie był oparty na serii takich momentów zawierzenia drugiemu człowiekowi.

Informacje o tym, co się dzieje w obozie, które Pilecki przekazywał na zewnątrz, przyjmowano z niedowierzaniem. W książce pokazuje Pan, jak sam Pilecki stara się zrozumieć to, czego jest świadkiem. Na początku ma z tym problem i dopiero stopniowo uświadamia sobie skalę potworności niemieckiego systemu.

To sedno całej opowieści. To też wyjaśnia, dlaczego nie było reakcji na jego raporty. Pilecki jest jedną z pierwszych osób, które stają twarzą w twarz z kolejnymi fazami systemu zorganizowanego przez Niemców. Musi znaleźć słowa, jak opowiedzieć to, co Niemcy robią z polskimi więźniami. Potem musi zrozumieć fakt zagazowania sowieckich jeńców. Potem wyjaśnić, dlaczego został zagazowany cały transport żydowski. Początkowo jego próby wyjaśnienia są błędne, bo on stara się znaleźć jakiś racjonalny powód tych masowych mordów. Skala tego była dla niego początkowo niepojęta. Zresztą nawet dziś trudno nam to zrozumieć, mimo naszej wiedzy.

Wyjaśnijmy to czytelnikowi: Pilecki widzi wymordowanie transportu sowieckich jeńców i myśli, że to dlatego, że nie przygotowano dla nich miejsc w obozie. Potem widzi wymordowanie transportu żydowskiego i myśli, że chodziło o zagarnięcie ich własności. Nie sądzi, że zostali zabici tak po prostu. Pokazanie, jak rozwija się świadomość Pileckiego o systemie Zagłady, nadaje książce uniwersalny wymiar: pokazuje przyzwoitego człowieka stojącego twarzą w twarz z czystym złem i jego początkową niemożność, aby to zło pojąć.

Trzeba też widzieć kontekst: jego współwięźniowie oswajają się z tym, koncentrują na przetrwaniu. Pilecki cały czas pamięta o zadaniu, nie przestaje próbować zrozumieć, co się dzieje, i w końcu mu się to udaje.

Był w obozie 2,5 roku. Czy to świadomość, że ma misję do spełnienia, dała mu siłę, by wytrwać?

Pilecki był jedynym więźniem Auschwitz, który trafił tam z własnego wyboru. To swego rodzaju poczucie kontroli pomagało mu przetrwać. Z kolei on pomógł przetrwać innym, pokazując, że nazistom można się przeciwstawić. To dawało poczucie siły. To było coś całkowicie odmiennego od stanu tzw. zmuzułmanienia, w jaki popadali niektórzy więźniowie [w slangu obozowym nazywano tak tych, którzy tracili wolę przetrwania – red.]. Bo utrzymanie woli życia nie było proste. Gdy więzień raz się załamał, nie było dla niego ratunku. Pilecki chronił przed tym ludzi. Ci z jego przyjaciół, którzy zginęli, ginęli z poczuciem godności.

Pilecki z młodzieżą z powiatu lidzkiego (gdzie mieszkał i działał jako społecznik) w Warszawie, koniec lat 30. / Fot. AIPN
ilecki z młodzieżą z powiatu lidzkiego (gdzie mieszkał i działał jako społecznik) w Warszawie, koniec lat 30. / Fot. AIPN

Ma Pan poczucie, że zbliżył się do zrozumienia, skąd zło w ludzkiej naturze?

Dobre pytanie. Praca nad tą książka była jak historyczne śledztwo detektywistyczne. Ja i mój zespół, który wspierał mnie w researchu, siedzieliśmy nad setkami relacji, szukając okruchów, które pomogą odtworzyć doświadczenia Pileckiego. Starałem się to poskładać, ale co chwila jakieś zdanie z relacji byłego więźnia rozbijało iluzję chłodnej pracy detektywistycznej, porażało mnie potwornością. Emocjonalnie była to trudna praca. Czasem musiałem ją przerywać na kilka dni, żeby dojść do siebie. Myślę, że w pewien sposób pomogło mi to zrozumieć zmagania Pileckiego, który starał się przeżyć kolejny dzień, patrząc na kolejny transport, kolejną śmierć. Musiał się na to uodpornić.

Miał chwile kryzysu.

Opisuję scenę, której był świadkiem, a która wpłynęła ostatecznie na jego decyzję o ucieczce z obozu. Zobaczył rodzinę, może polską, może żydowską. To był styczeń-luty 1943 r., wieczór. Widział po ich twarzach, że wiedzą, iż za chwilę zostaną zastrzeleni. Był tam chłopiec w wieku jego syna. Potem w nocy Witold nie mógł spać, nie mógł zapomnieć twarzy tego chłopca. Myślał o tym, że nie zrobił nic, aby tego jednego chłopca ocalić.

Niewiele mógł zrobić.

Jego osobista uczciwość w uznaniu pewnej porażki jego misji – bo przecież nie doszło do powstania więźniów KL Auschwitz, nie udało się zatrzymać zabijania – wzbudza mój szacunek. Natomiast jego sukces polega na tym, że pokazał nam prawdę o masowych mordach. W naszym świecie też dzieją się przerażające rzeczy. Ilu z nas czyta o Syrii czy Jemenie i nie robi nic, zupełnie nic? Przesłanie Pileckiego mówi nam, że zawsze mamy jakiś wybór. Jego wybór polegał na pójściu do Auschwitz i zdobyciu wiedzy o zbrodniach nazistów. My też mamy wybór. Nie, nie musimy od razu jechać do Syrii. Ale możemy zwrócić uwagę na cierpienie ludzi tam. Albo, po prostu, zrobić coś dobrego w naszym otoczeniu.

Cytuje Pan memorandum brytyjskiego MSW rozesłane podczas wojny do mediów: z sugestią, by „oszczędnie” informować o niemieckich zbrodniach. Takiego słowa użyto: informować, ale oszczędnie.

I nie mówić o Żydach! To też zaznaczono.

To pokazuje, jak niektórzy ludzie – w przeszłości i teraz – odmawiają nawet przyjęcia do wiadomości, co dzieje się z innymi ludźmi. Wolą odwrócić się plecami do zła. Pilecki musiał czuć wielką samotność, wiedząc, że zrobił tak wiele, by przekazać wiadomości z obozu, a jednak niewiele one zmieniły.

Dlatego jego poobozowe doświadczenia i odczucia były dla mnie tak interesujące. Rozczarowanie, frustracja. I gniew. Widać to w jego notatkach. Jedną z najpiękniejszych rzeczy napisał tuż przed swoim aresztowaniem przez komunistów. To tylko jedna strona, ale znacząca. Pokazuje, co było w nim najpiękniejszego. Zaczyna znów od tego, co działo się w obozie, z trudem znajduje słowa. A potem, nagle – jakby uznając, że jednak nigdy nie zrozumie, jak człowiek może coś takiego robić drugiemu człowiekowi – opisuje, jak nieraz siedział w obozie ze swoimi przyjaciółmi w noc przed ich egzekucją. I każdy miał w sobie ten sam żal: że nie dał z siebie więcej innym ludziom. Traktuję to jako ostatnie przesłanie Pileckiego. Napisał to na kilka miesięcy przed swym aresztowaniem w 1947 r.

Zaczynając książkę, zapewne miał Pan jakieś pierwsze wyobrażenie o Pileckim. Czy ten obraz się potem zmienił?

Najbardziej zaskakujące było prześledzenie jego podróży intelektualnej. Wcześniej wiedziałem o jego heroizmie w obozie. Ale zrozumienie wysiłku, jaki musiał podjąć, aby zrozumieć zbrodnie nazistów, w tym i to, czym był Holokaust, pokazały mi niezwykłą jakość jego myślenia. Większość osób wie tylko o tym, co on robił. A tutaj nastąpił jeszcze niezwykły i bogaty intelektualny proces, przez który musiał przejść, by zrozumieć Auschwitz.

We wstępie pisze Pan, że książka jest prowokacyjna. W jakim sensie?

Amerykański czy brytyjski czytelnik myśli o Auschwitz w sposób niemal symboliczny: jako o miejscu, gdzie dokonało się niewyobrażalne zło. A to jest książka o człowieku, który tam poszedł z własnej woli. Nie jest ofiarą, lecz świadkiem, który dokumentuje i przekazuje informacje. To niezwykła perspektywa. Wiele osób na Zachodzie może też nie wiedzieć, że zanim Auschwitz stał się epicentrum Holokaustu, był obozem dla polskich więźniów. Nie sposób też opowiedzieć o przedwojennej czy wojennej historii Polski bez podejmowania tematu antysemityzmu. To też część tej opowieści.

Pokazuje Pan osobisty sprzeciw Pileckiego wobec antysemityzmu.

Nie wiemy wiele o poglądach politycznych Pileckiego. Wydaje się, że on w ogóle nie lubił polityki. Ale jego konflikt z kolegą z konspiracji wziął się stąd, że tamten chciał opublikować podziemny biuletyn z antysemickimi treściami, z przesłaniem „Polska dla Polaków”. W tej sytuacji uwidaczniają się poglądy Pileckiego. On pochodził ze środowiska, w którym anty- semityzm nie należał do rzadkości. Ale to sprawia, że jego późniejsze poglądy w obozie, współczucie wobec współwięźniów, stają się jeszcze ciekawsze. I znów jest to coś, co możemy odnieść do nas, np. w kwestii współczucia dla muzułmanów cierpiących w Syrii.

Zdjęcie ślubne Marii i Witolda Pileckich, kwiecień 1931 r. / Fot. Ze zbiorów rodziny Pileckich / AIPN
Zdjęcie ślubne Marii i Witolda Pileckich, kwiecień 1931 r. / Fot. Ze zbiorów rodziny Pileckich / AIPN

W obozie Pilecki musiał poradzić sobie ze swoją niechęcią do Sowietów, uzasadnioną przecież także jego biografią – brał udział w wojnie 1920 r. – aby w raportach podjąć los sowieckich jeńców. Uznał, że jego osobiste odczucia nie mogą wpływać na jego misję.

Staram się pokazać historię Pileckiego tak otwarcie, jak to możliwe. Gdy mówię, że może jest prowokacyjna, to nie w sensie szukania kontrowersji. Chciałem pokazać, jak ludzie wtedy reagowali na to, co się wokół nich działo, i jak to wpływało na zmianę ich poglądów. I także na zrozumienie Holokaustu. Cytuję holenderskiego teologa Willema Visser’t Hoofta, który po wojnie pisał: „Ludzie nie mogli znaleźć w swoim sumieniu miejsca na tak niewyobrażalną zgrozę, i nie mieli dość wyobraźni ani odwagi, by stanąć z nią twarzą w twarz”. Antysemityzm odegrał istotną rolę, gdy idzie o reakcje na Holokaust. Ale brak wyobraźni, by uwierzyć w rzeczy, które działy się wtedy w Europie, też był ważny. W efekcie świat nie zareagował na raporty Pileckiego tak, jak powinien.

Wcześniej napisał Pan książki o Iraku i Afganistanie, był Pan tam korespondentem wojennym. Wojna tak Pana interesuje?

Gdy pracuje się jako reporter na wojnie, relacjonuje się w szybkim tempie wydarzenie za wydarzeniem. W Iraku przez dwa lata pisałem po kilka tekstów dziennie. Po tych wojnach miałem potrzebę, aby zrozumieć z tego coś więcej, sięgnąć głębiej. To, co się tam stało, było tak straszne, że uznałem, iż jestem coś winien tym wszystkim ludziom, których tam spotkałem, jak irackie rodziny czy żołnierze tam walczący. Chciałem pokazać, jak ważne decyzje podejmowane w Waszyngtonie wpływają na życie zwykłych ludzi w tamtych krajach. Czasem media opisują jakieś wydarzenie gdzieś daleko, np. w Iraku, jakby po prostu się zdarzyło, a zapomina się, że ma ono swoją przyczynę.

Opisuje Pan scenę, jak esesmani znęcają się nad Pileckim i innymi więźniami, zmuszają ich do „żabek”, skakania w kółko. Pilecki przypomina sobie wtedy, jak przed wojną widział w swojej wiosce ludzi znęcających się nad złapanym zwierzęciem. Pamięta jego skowyt przed śmiercią. Wtedy myślał, że to odosobniony przypadek. W Auschwitz zrozumie, że taka jest ludzka natura.

Znów widać w tym siłę Pileckiego, który nie ma już złudzeń co do ludzkości, ale i tak potrafi zobaczyć w ludziach dobro.

Czego się Pan spodziewa po tej książce, jakie wnioski mieliby wyciągnąć czytelnicy?

Badania, które przeprowadziłem, pozwoliły mi zdać sobie sprawę, jak trudno czasem dostrzec i zrozumieć cierpienie innych. Witoldowi Pileckiemu w Auschwitz się to udało. Mam nadzieję, że jego historia zainspiruje ludzi tak, jak zainspirowała mnie. ©℗

Dziękujemy warszawskiemu Instytutowi Pileckiego (instytutpileckiego.pl) za pomoc w zorganizowaniu wywiadu.

WITOLD PILECKI miał 39 lat, gdy we wrześniu 1940 r. trafił do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz – dobrowolnie. Ten weteran wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r. i uczestnik kampanii wrześniowej 1939 r., a następnie konspirator, miał w Auschwitz ustalić, co to za miejsce i co tak naprawdę się tam dzieje.

OBÓZ KL AUSCHWITZ Niemcy uruchomili dopiero pół roku wcześniej, w pierwotnym zamyśle dla polskich więźniów politycznych. Zadaniem Pileckiego było też zorganizowanie w obozie konspiracji – podziemie zakładało (jak się okazało, nazbyt optymistycznie), że w sprzyjających okolicznościach możliwe będzie powstanie więźniów i – dzięki skoordynowanej akcji z zewnątrz – wyzwolenie obozu. Pilecki przebywał w Auschwitz 2,5 roku, po czym w kwietniu 1943 r. zdecydował się na ucieczkę, wraz z dwoma współwięźniami. O swoim pobycie składał raporty podziemiu.

W LATACH 1943-44 Pilecki służył w Kierownictwie Dywersji Komendy Głównej AK (w pionie wywiadu). Walczył w powstaniu warszawskim, a po jego upadku trafił do niemieckiej niewoli (miał wtedy stopień rotmistrza, tj. kapitana kawalerii). Po 1945 r. znalazł się na Zachodzie i wstąpił do II Korpusu gen. Andresa, gdzie służył w Oddziale II (wywiadzie). W grudniu 1945 r. zdecydował się dobrowolnie wrócić do zajętej przez komunistów Polski i działać w konspiracji, w organizacji poakowskiej NIE. Zajmował się wywiadem, m.in. rozpracowywał Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Aresztowany w maju 1947 r. przez UB, w śledztwie torturowany, skazany na śmierć, został zamordowany w 1948 r. w więzieniu na Mokotowie.

JACK FAIRWEATHER, brytyjski dziennikarz, pracował przez wiele lat na Bliskim Wschodzie oraz w Afganistanie, skąd pisał m.in. dla „Washington Post” i „Daily Telegraph”. W 2003 r. był korespondentem wojennym w Iraku; za publikacje o wojnie irackiej otrzymał British Press Award (to brytyjski odpowiednik Nagrody Pulitzera). Na podstawie swoich doświadczeń napisał książki „A War of Choice” (o Iraku) i „The Good War” (o Afganistanie).

OPOWIEŚĆ O PILECKIM pod tytułem „The Volunteer: One Man, an Underground Army, and the Secret Mission to Destroy Auschwitz” („Ochotnik. Jeden człowiek, podziemna armia i tajna misja zniszczenia Auschwitz”) to jego kolejna książka. Pisząc ją, opierał się na materiałach z archiwów nie tylko w Polsce, ale też w Londynie, Waszyngtonie, Nowym Jorku, Tel Awiwie i Szwajcarii, a także na relacjach świadków Holokaustu (ponieważ Fairweather nie zna polskiego, musiał korzystać z pomocy researcherów znających język). Połączenie tak różnych źródeł pozwoliło na opowiedzenie historii Pileckiego na nowo, także z uwzględnieniem ówczesnego kontekstu międzynarodowego – oczami obserwatora zupełnie zewnętrznego. Polski przekład książki ukaże się wkrótce. ©(P) WP, PB

Galeria zdjęć

Autor artykułu

Dziennikarka działu Świat, specjalizuje się też w tekstach o historii XX wieku. Pracowała przy wielu projektach historii mówionej (m.in. w Muzeum Powstania Warszawskiego)  i filmach...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]