Reklama

Wiem, że było warto

Wiem, że było warto

28.08.2006
Czyta się kilka minut
Z wielkim zaciekawieniem, ale i złością czytałam . Opisane w nim fakty przedstawiają Polaków jako naród biedny, wygnany i szukający pomocy. Takie podejście utrwala się w umysłach osób wyjeżdżających, tak się też oni prezentują pracodawcom, którzy - o czym mówią podstawowe prawa psychologii społecznej - zgodnie z tym, co odbierają od imigrantów, traktują ich w sposób zmniejszający ich poczucie wartości do minimum. Jeśli pozwalamy im na takie traktowanie, możemy winić za to tylko siebie.
P

Po raz pierwszy wyjechałam do Wielkiej Brytanii dwa lata temu podczas wakacji. Sprzątałam, a wieczorami nalewałam miliony kufli piwa. Czasem padałam ze zmęczenia, ale nie użalałam się nad sobą. Po czterech miesiącach ciężkiej pracy wróciłam z o wiele lepszym angielskim, udało mi się też zaoszczędzić parę groszy, co odciążyło moich rodziców utrzymujących mnie na studiach w innym mieście.

Podczas następnych wakacji pracowałam w knajpie. Też nie narzekałam, bo chyba są cięższe prace niż serwowanie drinków i zbieranie szklanek do czwartej rano. Po tamtych trzech miesiącach nie tylko angielski strzelił kilka poziomów do góry, ale, co równie ważne, poznałam brytyjskie prawo pracy i podatkowe. Wcześniej nie wiedziałam, co to jest NI number, dlaczego płacony przeze mnie podatek wynosi 22 proc., a nie 10 proc., i wielu innych rzeczy. By się tego dowiedzieć, wystarczyło pytać. W tym kraju mają "fioła" na punkcie związków zawodowych i dobrego traktowania pracowników, tylko że w trudnych wypadkach trzeba złożyć wniosek i bronić swego. Po powrocie zgłosiłam się na studiach do programu stypendialnego organizowanego na Wyspach i wyjechałam na cztery miesiące roku akademickiego. Pracowałam w firmie związanej z moim kierunkiem studiów: zdobywałam doświadczenie, szlifowałam język, poznawałam ludzi. Nie otrzymywałam żadnego wynagrodzenia, a w weekendy pracowałam w pubie. Przez cały pobyt miałam tylko cztery dni wolne. Spędziłam tam też, ogromnie tęskniąc za rodziną, święta Bożego Narodzenia. Wróciłam na drugi semestr roku akademickiego zmęczona, ale zadowolona.

Obecne wakacje też spędzam za granicą, pracując już w swoim zawodzie i trybie pracy od 9 do 17, chodząc na "lunche" - dokładnie tak jak Brytyjczycy. Warto było zacisnąć zęby i starać się za każdym razem iść dalej i wyżej. I nie jestem w tym mniemaniu odosobniona. Znam osoby, które przyjechały tutaj po dyplomie i... oczywiście, że znalazły pracę w zawodzie. Znajomość angielskiego i skończone studia to gwarancja dobrego zatrudnienia. Od prawie roku pracują i choć podoba im się, chcą wrócić do kraju, by ukończyć studia podyplomowe i pracować dla polskich pracodawców. Wyjazd do UK traktują jako kolejne doświadczenie zawodowe. Następna znajoma osoba pracuje jako lekarz, inna właśnie dostała się na studia w Londynie, jeszcze jedna będzie zajmować się projektami unijnymi.

Bohater reportażu jest po dwóch fakultetach - świetnie, ale żeby nabrało to tutaj znaczenia, trzeba to umieć powiedzieć po angielsku i zaprezentować się. Powieszenie czasowników na ścianie niczego nie zmieni. Poznałam tu parę czterdziestolatków, która zostawiła w Polsce wszystko i wyjechała w ciemno, bo "kumpel powiedział, że »tu, stary, to jest normalnie 30 złotych za godzinę«". Pomijam fakt, że chleb kosztuje sześć złotych, a ser 25 złotych, ale jak można było przyjechać bez jakiejkolwiek znajomości języka? Gdy teraz ich pytam, czy było ciężko, odpowiadają: "Oczywiście - ciężko, samotnie, tęskno, ale pół godziny dziennie ze słownikiem przez pół roku zrobiło swoje". Mieli odwagę zmienić pracę na lepszą i teraz, już promienni, ściągają syna z Polski.

Nie jesteśmy "angielskimi Sybirakami" - zesłańcy nie odkładali paruset funtów tygodniowo na nowe mieszkanie, nie mieli kremów na półkach, nie mogli, kiedy tylko chcieli, polecieć na chwilę do Polski za bilet tańszy niż podróż ekspresem z Krakowa do Warszawy. Poza tym, choć jestem świadoma sytuacji w kraju, migracja to nie jedyne wyjście. Znam osoby, które zostały w Polsce i świetnie sobie radzą: prowadzą działalność gospodarczą, budują domy, zakładają rodziny i ani im się śni wyjeżdżać. Jak zawsze: trzeba tylko mieć pomysł i odwagę. Imigranci są odważni, bo nie jest łatwo zostawić najbliższych i przyjaciół i wyjechać na wiele miesięcy. Pewnie brakuje im tylko dobrego pomysłu.

Nie podoba mi się w Wielkiej Brytanii na tyle, bym chciała się tutaj osiedlić. Może zabrzmi to śmiesznie, ale zależy mi na Polsce - czuję się Polką i chcę, by moje dzieci tam się urodziły i dorastały. Jeśli będą chciały jeździć po świecie - świetnie, polecam.

W tutejszych mediach dyskutuje się ostatnio o imigrantach z krajów unijnych przyjeżdżających do UK za pracą. Dowiedziałam się, że moi koledzy i koleżanki z pracy uważają, iż to wspaniałe, że tyle różnych narodowości przyjeżdża do ich kraju i chce w nim pracować. Mają rację - cieszyłabym się tak samo, gdyby Polska była krajem, do którego wszyscy chcieliby przyjeżdżać.

ASIA (Plymouth, pd.-zach. Anglia)

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]