Kościół od zawsze budował się od dołu. Inspiracja pochodziła z Góry (albo tak myślano), ale zawsze budował się od dołu – myślę, czytając tekst Ignacego Dudkiewicza w dziale Wiara, o tworzących się oddolnie grupach religijnych. A ludzie są różni. Są ludzie, którzy wyrobili w sobie zmysł nadprzyrodzony. Trudno powiedzieć, czemu niektórzy tak mają. Ich rodzeństwo wychowane w podobnych warunkach, słyszące te same słowa, oglądające tę samą rzeczywistość – nie ma tej zdolności.
Takie są historie niektórych świętych (niekoniecznie kanonizowanych). Czemu boskie treści odkryli oni tam, gdzie inni nic nie usłyszeli? Nie wiadomo. Warto sobie jednak uprzytomnić, że Duch Święty, który w ludzkim wyobrażeniu unosi się lub lata jako gołębica, niekoniecznie jest przypisany do sfer, które nam się kojarzą z „górą”. Jego „góra” może być naszym „dołem”.
Chrześcijaństwo, wiara w Boga głoszona przez Jezusa Chrystusa znalazła wielu wyznawców. Ale jednocześnie było bardzo wielu, którzy jej nie przyjęli albo, przyjętą w dzieciństwie, odrzucili. Jednak dziwniejsze jest zjawisko przeciwne: przyjęcie jej wtedy, gdy się wzrastało w środowisku niechrześcijańskim. A świat chrześcijański? Niepotrzebnie wygładził twarde kanty tego, co przyniósł Chrystus. W efekcie z chrześcijaństwa uczynił „kulturę chrześcijańską”, „obyczaj chrześcijański” itp. Cóż, z tym, co przyniósł Mesjasz – sądzono – nie dało się normalnie żyć. Zresztą życie przynosiło coraz nowe kwestie, których Jezus z Nazaretu – wydawało się – nie rozwiązał czy nie rozwiązał dość jasno.
Dziś („dziś” nie znaczy, że pierwszy raz) pytamy, czy wszystkie doktrynalne dopowiedzenia i instytucjonalne decyzje, nawarstwiające się przez stulecia, rzeczywiście zawsze były ewangeliczne. Czy funkcjonowanie powołującego się na swą nadprzyrodzoną genezę Kościoła zawsze było w duchu Pana Jezusa Chrystusa? Żeby nie być źle zrozumianym, dodam, że trudność jest w wymieszaniu odpowiedzi. W wielu sytuacjach Duch podpowiadał Kościołowi i ten był narzędziem Ducha (Świętego), w wielu innych kierował się innymi, zdawało się, nieszkodliwymi racjami, całkiem ziemskimi. W efekcie wymieszanie tych obu motywacji stało się z czasem absolutnie nie do strawienia.
Zawsze byli w Kościele ludzie tacy jak ks. Jan Zieja. Jego dwie cechy, wśród innych, to posłuszeństwo kościelnym przełożonym – szedł i pracował tam, gdzie go posłali – i bycie człowiekiem prawdy. Nigdy nie był zakłamany. Czytał Ewangelię i realizował w życiu to, co tam przeczytał. Nie czyniło to jego życia łatwym, ale był w gruncie rzeczy szczęśliwy, bo chyba nigdy nie był w niewoli żadnego ludzkiego systemu. Z tego płynęła jego siła.
Wiele jest dróg żywej wiary. Żadnego ze sposobów nie trzeba traktować jako jedynej możliwości. Wspólne czytanie i rozważanie Biblii jest ważnym, lecz nie jedynym z możliwych. Znam ludzi świętych, świadków wiary, którzy każdego dnia odmawiają dziesiątek różańca, a ich życie jest realnie oparte na Ewangelii, choć o tym bardzo mało czy wręcz wcale nie mówią. Praktyki religijne chcemy czasem traktować jak magiczne przywoływane tego, czego brakuje w naszym zwykłym życiu. Tymczasem zwykłe życie musi stawać się niezwykłe przez to, że jest wrośnięte w wiarę. Z tego wynika modlitwa.
Martwimy się, co będzie z naszą wiarą, martwimy się, że ludzie odchodzą od praktyk, zwłaszcza że nie idą w niedzielę do kościoła. Ale nasz czas jest czasem odnalezienia istoty wiary i zarazem czasem wyczerpania się półśrodków zastępczych. Jeśli tak, to czekają nas ciężkie trudy, ale także – jak ufam – odnaleziona radość wiary.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















