Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Wesołe książki do płaczu

Wesołe książki do płaczu

13.05.2013
Czyta się kilka minut
Kupiłam tabliczkę czekolady nadziewanej... chrzanem. Słodycz złamana goryczą. Pycha. Wylizując sreberko, myślę o tym, że taka słodycz jest najlepsza – w parze ze smakiem wytrawnym i cierpkim jak trucizna.
L

Literatura dla młodych jedzie na lukrze i ulepku. Książkowe dzieci z reguły są pilne i wyszorowane, rodzice – roztropni i kochający. No dobra, wszyscy łakniemy happy endu, ale niechby to sakramentalne „żyli długo i szczęśliwie” nie było zbyt tanie. Niechby szczęśliwe zakończenie okazało się bonusem za upokorzenie Kopciuszka, strach Froda, ofiarę Aslana... Nie dowierzamy łatwym finałom, dlaczego młodsi od nas mieliby dawać im wiarę? Oto cztery bardzo dobre książki. Wszystkie pod warstwą słodyczy intrygująco gorzkie.

Butla z tlenem

Na początek – „Gwiazd naszych wina” Johna Greena. Pisaliśmy o jego debiutanckiej powieści „Szukając Alaski”, szczerej i bolesnej jak dorastanie i pierwsza miłość bohatera, 16-letniego Milesa. Debiut Greena (2005) przyjęto w Stanach entuzjastycznie, autor odebrał Nagrodę Michaela L. Prinza i trafił do finału Los Angeles Times Book Award.
Teraz Green wskoczył do pierwszej ligi literackiej – „Gwiazd naszych wina” została okrzyknięta najlepszą książką minionego roku (w kategorii: young-adult novel) przez „Booklist”, „Publishers Weekly”, „Time”, „New York Times”, „The Huffington Post” i „Wall Street Journal”. Po takiej rekomendacji właściwie można darować sobie zachwyty... Ale aplauzu nigdy dosyć. Zwłaszcza jeśli się przeczytało książkę duszkiem, w zatłoczonym pociągu, z powodu wzruszenia symulując atak kataru siennego.
Niech was nie spłoszy notka na okładce – to, że nastoletni kochankowie są chorzy na raka, nie oznacza, że autor użyje emocjonalnego szantażu w celu wyciśnięcia łez. Przeciwnie, Green nie jest beksą, pozostaje za to empatyczny i uważny. W kapitalnych dialogach portretuje parę nastolatków, którym choroba odebrała beztroskę, ale nie zabrała inteligencji, poczucia humoru, apetytu na życie i miłość.
16-letnia Hazel Grace żyje z „wyrokiem” od trzech lat – nie może funkcjonować bez butli z tlenem, ale eksperymentalny lek powstrzymał postępy choroby. Namówiona przez matkę, dziewczyna idzie na sesję grupy wsparcia, gdzie spotykają się młodzi pacjenci onkologiczni. Poznaje tam Augustusa, o rok starszego przystojniaka, młodego olbrzyma – byłego koszykarza. Chłopak jest ozdrowieńcem – po amputacji nogi rak ustąpił. Młodzi nie zostają rażeni piorunem nagłego uczucia – są ostrożni, niedowierzający fortunie, dalecy od afektacji. A jednocześnie ich flirt ma ciężar gatunkowy obcy zdrowym nastolatkom; oboje mają świadomość, że bliskość uzależnia i rani. I że nie wolno im brnąć w obietnice bez pokrycia. Jest to zatem czuła, uważna przyjaźń, niepodobna do hormonalnej gorączki ich rówieśników, którzy mają dużo czasu przed sobą.
John Green charakteryzuje bohaterów poprzez mistrzowski, inteligentny dialog. Starannie omija mielizny taniego sentymentalizmu. Poznajemy parę bardzo młodych zakochanych, którzy marzeń nie odkładają na później, bo lepiej niż ktokolwiek rozumieją sens frazy carpe diem. Taka miłość, pozbawiona pustych gier i fałszu, robi wielkie wrażenie. Kogo to nie ruszy, ten jest chyba cyborgiem. Piękna, głęboko poruszająca książka, która nie czołga czytelnika, ale daje do myślenia. W życiu jej bohaterów wszystko jest pierwsze i nieoswojone, a zarazem ostatnie. Pozbawione patosu, młodzieńcze cierpienie stanowi gorzką pestkę w Greenowskich opowieściach o odwzajemnionej miłości.

Detektywi

Ten sam typ zdystansowanej empatii charakteryzuje niemieckiego autora trzytomowej serii „kryminalnej”. Pisaliśmy o dwóch poprzednich tomach, właśnie ukazał się trzeci, równie znakomity.
Bohaterami serii uczynił Andreas Steinhöfel dwóch dziwnych, nieprzystosowanych chłopców: jeden z nich jest nie dość bystry, drugi – niemal genialny, za to nękany fobiami. Ujmujący, prostolinijny gapa Rico i nad wiek poważny supermózg Oskar – oto para na miarę Sherlocka i Watsona. W każdym z tomów chłopcy rozwiązują kryminalną zagadkę, nie tyle drogą dedukcji, co chaotycznych, ryzykownych wędrówek. „Detektywi” są tak dziwni, że wszyscy traktują ich z pobłażaniem, co paradoksalnie stanowi świetny kamuflaż i przyczynia się do sukcesu misji.
Tym razem Rico i Oskar zapuszczają się aż nad odległe morze. Zaprowadziła ich tam zagadka skradzionego kamyka z kolekcji zmarłego sąsiada, szurniętego i gburowatego „hodowcy kamieni”. Oskar podejmuje awanturniczą eskapadę na znak buntu wobec ojca, który jest życiowym rozbitkiem i nieudacznikiem. Zabierają ze sobą psa – niesfornego Porsche.
Autor wystawia na próbę nasze uprzedzenia i stereotypy. Tworzy gabinet osobliwych typów, ekscentryków i samotnych outsiderów, którzy jednak budzą żywą sympatię. Wiecznie „zbimbrowany” dozorca, samotna starsza sąsiadka o romantycznej naturze, temperamentna Irina – imigrantka ze Wschodu, para wymuskanych gejów... wszyscy oni w oczach prostodusznego Rico są tak samo przyjacielscy i zasługujący na szacunek. Upośledzenie Rico czyni z niego istotę niezdolną do małostkowości i agresji. Jest w nim ujmująca szczerość i wdzięk. W duecie z genialnym (ale równie bezbronnym) Oskarem, naiwny Rico ma szansę pokonać swoje ograniczenia i lęki. Seria Steinhöfela jest komiczna i wzruszająca zarazem. Słodko-gorzka.

Łobuziara

Maria Parr, autorka „Tonji z Grimmerdalen”, zachwalana jest na okładce jako nowa Astrid Lindgren. Takie zdanie zwykle zbywamy pogardliwym prychnięciem: „drugi Nabokov”, „nowy Szekspir”... tere fere! A przecież po lekturze potwierdzam z mocą: Maria Parr ma talent niepospolity. Jej książka przepełniona jest tym samym, co u Lindgren, duchem nieokiełznanej wolności i sowizdrzalskiego humoru.
Ruda Tonja z norweskiej osady u podnóża gór ma odwagę Ronji, dowcip Pippi, tupet Karlssona z dachu. Dziesięciolatka jest jedynym dzieckiem w malutkiej wiosce. Awanturniczemu temperamentowi zawdzięcza przydomek „łobuziara”. Z gęstwiną rudych loków na głowie i uczepioną ich oswojoną mewą, wygląda jak wróżba nieuchronnych kłopotów. Towarzyszem zabaw i powiernikiem dziewczynki jest sąsiad i ojciec chrzestny zarazem, przeszło siedemdziesięcioletni Gunnvald. „I pomyśleć, że moim najlepszym przyjacielem jest taki stary piernik” – wzdycha Tonja w ciężkich chwilach.
Samotny olbrzym, podobny do zrzędliwego trolla, kocha dziewczynkę nad życie, ale ukrywa przed nią bolesną rodzinną tajemnicę. Tonja stopniowo poznaje sekrety opiekuna. Pewnego dnia, kiedy stary człowiek łamie nogę, wetknąwszy ją w imbryk, seria niefortunnych przypadków rusza jak wiosenna lawina. W wiosce pojawia się podobna do „trolla” jak dwie krople wody olbrzymka – niewidziana od trzydziestu lat córka Gunnvalda, o której istnieniu nigdy nie wspominał. Nowo przybyła obejmuje w posiadanie gospodarstwo ojca i w odwecie za dawne krzywdy postanawia je sprzedać. A wtedy „łobuziara” wypowiada jej wojnę. Przeciwniczki są siebie warte – twarde i nieustępliwe, choć w gruncie rzeczy wrażliwe i współczujące. Zanim nastąpi happy end, Tonja zdoła rozśmieszyć nas i rozrzewnić po wielekroć. Surowa przyroda i życzliwi ludzie – wszystko to buduje oryginalny, skandynawski klimat książki. Bardzo lindgrenowski w istocie.

Żydzi z Facebooka

Na koniec „Wszystkie lajki Marczuka” Pawła Beręsewicza – tytuł zasłużenie nominowany do nagrody Książka Roku IBBY. Opowieść ma oryginalną konstrukcję: sąsiadują w niej dwie równoległe narracje. Jedna jest wojenną retrospekcją, druga – całkiem współczesną historią, rozgrywającą się w warszawskim gimnazjum. Łączy je postać Janka Marczuka, 16-letniego chłopca, którego nagły impuls uczynił wojennym bohaterem.
Marczuk nie lubił Żydów. Konkretnie dwóch: Joska Wyszkowera i Aarona Goldberga. Wkurzali go. Josek rzucił kiedyś w Marczuka zgniłą ulęgałką, a Aaron powiedział, że Marczuk jest zbyt brzydki, żeby jakaś dziewczyna chciała się z nim całować. Ale Marczuk lubił Żydów. Dokładnie trzech: Heńka, Dawida i Berka. Szczególnie tego ostatniego, odkąd wyjaśnili sobie pięściami wszystkie nieporozumienia, a potem z powagą uścisnęli dłonie. Co do pozostałych Żydów Marczuk nie miał wyrobionego zdania. Chyba więc to nie sympatia, a zwykły ludzki odruch sprawił, że ten niewysoki, jasnowłosy chłopak z Choszczówki został bohaterem.
Siedemdziesiąt lat później w Choszczówce, zielonej dzielnicy Warszawy, rozpisano konkurs na szkolną prezentację. Nagroda jest atrakcyjna, zgłaszają się chętni uczniowie. Jest wśród nich szkolny gwiazdor Rafał Konecki i jego zdeklarowany wróg, Adam, który doznał od Koneckiego zniewagi i szuka okazji do odwetu. Obaj chłopcy za temat prezentacji biorą losy Jana Marczuka.
Rafał bierze się za zadanie tradycyjnymi środkami. Adam realizuje swój zamiar w sieci i za pomocą happeningów, które uczynią Marczuka powszechnie znaną postacią. Rywalizacja nabiera tempa, drużyna Adama osiąga spektakularny sukces – losy Janka Marczuka obrastają w nowe świadectwa i szczegóły, a dyrektor szkoły postanawia nazwać gimnazjum jego imieniem. Nadchodzi finał konkursu... I tu następuje zaskakująca kulminacja. Nie zdradzając puenty, powiem tylko, że Paweł Beręsewicz zmieścił w swojej książce przestrogę przed wszechwładzą elektronicznych mediów.
Cztery książki – ciekawe, ważne, wzruszające. Gładkie w czytaniu jak czekolada, z intrygującym, cierpkim wnętrzem.

John Green, Gwiazd naszych wina, przeł. Magda Białoń-Chalecka, Wydawnictwo Bukowy Las, Wrocław 2013
Andreas Steinhöfel, Rico, Oskar i złodziejski kamień, przeł. Elżbieta Jeleń, Wydawnictwo WAM, Kraków 2013
Maria Parr, Tonja z Glimmerdalen, przeł. Aneta W. Haldorsen, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2013
Paweł Beręsewicz, Wszystkie lajki Marczuka, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2013

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]