Reklama

Ania z faszystowskiego wzgórza

Ania z faszystowskiego wzgórza

26.03.2008
Czyta się kilka minut
Najlepiej zapamiętane książki dzieciństwa to te, które nas przeczołgały emocjonalnie. Długi pochód heroicznych sierot, krzywdzonych dzieci i zwierząt. Umierający mali gruźlicy w piwnicznych izbach, Dawid Copperfield, ogołocona z majątku mała księżniczka, Janko Muzykant i upieczona w piecu Anielka, mały pisarczyk z Florencji, dziewczynka z zapałkami...
Złodziejka książek, okładka
D

Dodajmy do tego naszą szkapę, Łyska z pokładu Idy, zamarzniętą jaskółkę Oscara Wilde’a - każda lektura okupiona szczerymi łzami.

Nie wiem już, czy to pamięć jest stronnicza, czy w istocie lista moich szkolnych lektur wyglądała tak kuriozalnie - w każdym razie więcej tam nędzy i opresji niż optymizmu i zabawy. Nie mnie sądzić, jakie są psychologiczne skutki tego rodzaju lektur - czy nas one uwrażliwiły na krzywdę, czy wzmocniły odruchy empatii? Faktem jest, że ich siła rażenia jest niebagatelna - po czterech dekadach wizja upieczonej Anielki i zadręczonego Łyska nadal mnie prześladuje, a sieroty z "Opowiadań" Czechowa śnią mi się po nocach. Czy jesteśmy lepsi z tym poczuciem nie-naszej-winy, w jakie nas wyposażono w podstawówce? Musi być jakiś sposób, aby (za pośrednictwem książek) rozmawiać z dzieckiem o ciemnych stronach życia, a jednocześnie oszczędzić mu lęku i traumy.

O ile lektury szkolne trwają w stanie bolesnej hibernacji od pół wieku, o tyle półki księgarń wyglądają zgoła inaczej. Przeważająca większość produkcji wydawniczej dla dzieci to książkowe fast-foody w badziewnych okładkach, te wszystkie "Witch", randki w ciemno, piszczące noski, książki z pozytywką i "Kucyk Pony" z prawdziwym, nylonowym ogonem. Na jednym biegunie - ponura tonacja lektur obowiązkowych, na drugim - księgarniany disneyland, ojczyzna beztroskiego skretynienia.

Jak znaleźć swoje miejsce pomiędzy piwniczną izbą a domkiem Barbie? Jak złapać równowagę pomiędzy patosem lektur "słusznych" i bezmyślną wesołkowatością książkowego lunaparku?

Jestem pod wrażeniem forteli, do jakich uciekają się autorzy książek serio, aby nie polec na rynku powszechnego keep smiling. Genialnym przykładem takiej chytrej maskarady są książki Erica-Emmanuela Schmitta - pyszna literatura w niepoważnym przebraniu. Pisarz rozpoznał wszystkie słabości swojego czytelnika. Zna jego lenistwo i zamiłowanie do tabloidowej rozrywki. Schmitt jest jak lep na głupie muchy - pachnie słodko landrynką i jest nieubłaganie lepki - raz schwytanemu czytelnikowi już nie pozwoli odfrunąć. Za przynętę służą prowokacje i zagadki, ciągła przekomarzanka i poszturchiwanie rozleniwionej wyobraźni. I co najważniejsze - zero sentymentalizmu! W trylogii dla młodzieży ("Oskar i pani Róża", "Pan Ibrahim i kwiaty Koranu", "Dziecko Noego") pisarz zaaplikował czytelnikom beczkę goryczy i furę powagi, uśpiwszy zawczasu ich obronny mechanizm odrzucania przykrych prawd. Schmitt jest sumieniem w kostiumie klauna, z nosem na gumce.

Inna metoda utrzymywania czytelnika na uwięzi - jak się okazuje, równie skuteczna - to realizm zmieszany z magią. Tą strategią posłużył się Markus Zusak, autor "Złodziejki książek" arcyciekawej powieści dla młodzieży, która przez 21 tygodni utrzymywała się na liście bestsellerów "New York Times’a" i otrzymała amerykańską nagrodę Michael L. Prinz Award (tę samą, którą dwa lata wcześniej przyznano polecanej przeze mnie na tych łamach książce "Szukając Alaski" Johna Greena).

Zusak, trzydziestoletni Australijczyk, syn Niemki i Austriaka, opisał życie nastoletniej Liesel, dorastającej w nazistowskich Niemczech. Pierwsze, paradoksalne skojarzenie podczas lektury to "Ania z Zielonego Wzgórza" - tutaj także mowa o wrażliwej dziewczynce powierzonej parze opiekunów. Tyle tylko, że "Złodziejka książek" jest negatywem "Ani" - zamiast zielonej Wyspy Księcia Edwarda mamy zapyziałe i biedne przedmieście Monachium, a zamiast prostolinijnych wieśniaków - atmosferę hitlerowskiego terroru. Wspólny dla obu książek jest natomiast magnetyzm opowieści - "Złodziejki książek" nie sposób porzucić w połowie.

Oryginalna sztuczka literacka polega na tym, że pisarz narratorem książki uczynił Śmierć - beznamiętnego obserwatora ludzkich losów. Ten intrygujący, zakapturzony szkielet, jakby pożyczony z jasełek, obiecuje nam bajkę, uśmierza obawę przed historią zbyt serio, nadaje powieści baśniowy cudzysłów. Ironiczne komentarze Śmierci sprawiają, że możemy zdystansować się od mrocznej aury książki, a trumienne poczucie humoru rozbraja nasz lęk.

Fabuła zaczyna się śmiercią sześcioletniego brata Liesel w pociągu, w drodze do zastępczej rodziny. Matka dziewczynki grzebie syna w pośpiechu, powierza Liesel obcym ludziom i na zawsze znika z oczu córki. Możemy zgadywać, że zmuszono ją do tego, ponieważ jest żoną więzionego w obozie komunisty. Podczas pogrzebu brata Liesel kradnie swoją pierwszą książkę - "Podręcznik grabarza". Kradnie "po nic" i przypadkowo, jako że nie umie czytać. Potem będą książki kolejne, a każda kradzież rozmyślna, opatrzona symbolicznym sensem i wagą. Książki są szalupą ratunkową Liesel, to one ją ocalą. Powierzona małżeństwu Hubermannów, dziewczynka codziennie śni ten sam sen - śmierć brata w pociągu. Lekcje czytania staną się zbawienną terapią.

Jak Ania z Zielonego Wzgórza, Liesel to "odmieniec" - tyle że pozbawiony wdzięku. Wspólna tajemnica, do której dziewczynka zostanie dopuszczona, zwiąże ją z opiekunami. Rosa Hubermann jest toporną prostaczką - ilekroć zwraca się do dziecka, obdarza dziewczynkę świńskim epitetem. Hans, jej mąż, to malarz pokojowy, akordeonista, małomówny dziwak. I aczkolwiek ta para nie wydaje się szczególnie uduchowiona, to przecież oni okażą się jedynymi sprawiedliwymi w Sodomie - oprą się faszystowskiej indoktrynacji i samotnym aktem heroizmu ocalą wiarę w dobrych Niemców.

Zusak opowiada swoją historię starannie wystrzegając się czułostkowości. Jego bohaterowie są odpychający, pospolici, a sama Liesel to małomówny, twardy dzieciak. Różnica między dobrem a złem jest nieznaczna - jakieś zaniechanie, wykrętna odmowa, brak skwapliwości, namysł. Miłość także obywa się bez słów - sama z siebie kpi, sobą zawstydzona.

Dziwna, trochę manieryczna narracja, pełna zagadek i równoważników zdań, odbiera opisowi cechy realizmu. A przecież napisana w Sydney niemiecka baśń ze Śmiercią w roli głównej więcej mówi młodym czytelnikom o nazistowskich Niemczech niż niejeden wyważony podręcznik szkolny. Nikt tu nie nazywa emocji ani uczuć, nikt nie manipuluje naszym współczuciem - dobrowolnie uczestniczymy w pasjonującej lekcji historii z gorzkim happy endem.

Markus Zusak, Złodziejka książek, przeł. Hanna Baltyn, ilustracje Trudy White, Warszawa 2008, Nasza Księgarnia.

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]