Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Poczytaj mi, Tato

Poczytaj mi, Tato

07.05.2012
Czyta się kilka minut
Sami faceci! Lista wiosennych przebojów książkowych – surprise! – jest w stu procentach MĘSKA. Nie było w tym założenia, tylko zrządzenie losu. Ale skoro mamy nadreprezentację autorów-mężczyzn, spróbujmy wyprowadzić z tego porządkującą zasadę.
Per Dybvig – ilustracja z książki Jo Nesbø „Doktor Proktor i Wanna Czasu”
T

Trzy pierwsze tytuły to przygodowe lektury dla dzieciaków od lat dziesięciu wzwyż, dwie pozostałe pochodzą z innej, refleksyjnej szuflady i adresowane są do młodszych czytelników. Wszystkie książki mają świetnie scharakteryzowanych męskich bohaterów. Atutem tych lektur są CHŁOPCY – obdarzeni wyrazistą osobowością, temperamentem, męskimi grzechami i kompleksami. Poczynając od fajtłapy Ulfa i chuligana Percy’ego („Magiczne tenisówki...”), poprzez „inteligentnego inaczej” Rico i mega-bystrzaka Oskara („Rico, Oskar i złamanie serca”), cudownie naiwnego Misia Fisia (też samczyk) i autystycznego Szarego Chłopca, a kończąc na wyszczekanym desperacie Bulku („Doktor Proktor...”) – dostajemy galerię chłopięcych typów. Te puzzle składają się na zbiorowy portret małego faceta, który kombinuje zupełnie inaczej niż armia literackich sióstr Ani z Zielonego Wzgórza. Osobliwa egzotyka chłopięcych konterfektów, wyprowadzona z męskiego doświadczenia autorów, jest pociągająca i potrzebna w czasach, gdy czytanie staje się coraz bardziej (statystyka!) kobiecym obyczajem.

Jo Nesbø, Doktor Proktor i Wanna Czasu

ilustracje Per Dybvig, przeł. Iwona Zimnicka, Warszawa 2012, Wydawnictwo Czarna Owieczka

Druga z trzech (kapitalnych) książek o Doktorze Proktorze, ekscentrycznym wynalazcy-nieudaczniku. Autor jest norweskim gwiazdorem powieści kryminalnej, nagradzanym i hołubionym. Jego makabreski dla dorosłych obfitują w perwersyjne zabójstwa dokonane przez psychopatów. Trudno zatem oczekiwać, że w swoich powieściach dla dzieci Nesbø okaże się pluszowym cacy-niedźwiadkiem. Dzieci w jego książkach są zuchwałymi outsiderami, dziwactwo to ich turbo-napęd, wysokooktanowe paliwo życiowe.

„Odmieńcy” desperacko i bez lęku rzucają się w każdą ryzykowną przygodę. Lilipuci – Bulek o czerwonych włosach i nieśmiała Lisa (córka służbistego komendanta twierdzy) – są wystarczająco osamotnieni i obśmiani, aby podjąć każde wyzwanie. Razem z Doktorem Proktorem stanowią tyleż upiorny, co genialny tercet-bardzo-egzotyczny. Przeciwko sobie mają tzw. normalnych dorosłych, którzy z reguły okazują się: intrygantami / małodusznymi łajdakami / przekupnymi cynikami (niepotrzebne skreślić).

W najnowszym, drugim tomie trylogii Bulek i Lisa ratują Doktora Proktora z opresji, udając się do Paryża za pomocą „wanny czasu” – niezbyt poręcznego przyrządu do teleportacji. Podróż wanną ma tę wadę, że delikwent, przemieściwszy się w czasie i przestrzeni, pozostaje mokry i pokryty pianą. W pogoni za Doktorem Proktorem Bulek i Lisa odwiedzają konstruktora wieży Eiffla, uczestniczą w kampanii napoleońskiej i rewolucji francuskiej, trafiają do celi Joanny d’Arc. Niechcący, mimochodem zmieniają bieg historii. Przez cały czas czują na plecach oddech demonicznej Raszpli – niegdysiejszej asystentki Proktora, która ściga ich niezmordowanie.

Rodziców, którzy obawiają się, że Nesbø przeniesie do książek dziecięcych swoje obsesje kryminalne, spieszę uspokoić – serię o Doktorze Proktorze można bez obawy czytać przed snem. Wielką zaletą książki są pyszne ilustracje Pera Dybviga, które przylegają do tej przewrotnej fabuły jak druga skóra – prowokacyjne, antyestetyczne, karykaturalne, wspaniałe!

Ulf Stark, Magiczne tenisówki mojego przyjaciela Percy’ego

przeł. Katarzyna Skalska, Poznań 2012, Wydawnictwo Zakamarki

Ulf Stark jest moim bohaterem. Jego dwie książki: „Czy umiesz gwizdać, Joanno?” i „Mały Asmodeusz”, zaliczam do ekstraklasy literackiej, innymi słowy do kategorii: „rety-czemu-to-nie-ja-napisałam”. „Magiczne tenisówki...” to kolejny zachwyt.

Bohater książki, Ulf, ma cechy samego autora. Autobiograficzny motyw dorastania w sąsiedztwie cmentarza i domu starców pojawia się u pisarza często, ale jest to dzieciństwo niewinne, niefrasobliwe, komiczne. Dramaty nie mają tu swojej wagi, bo rozbrojone są przez dziecięcą fanfaronadę i niewiarę w śmierć.

„Mieszkałem w dużym szarym domu obok domu starców. Naprzeciwko mieszkał Gustafsson, człowiek nadzwyczaj drażliwy, a obok jego domu stała piekarnia. Jeśli się zbiegło ulicą w dół, można było przy kaplicy popatrzeć na wypucowane samochody pogrzebowe.

Teraz też się tam zatrzymaliśmy. Wdychając przyjemny zapach dolatujący z piekarni, oglądaliśmy samochody. Po chwili wyniesiono białą trumnę udekorowaną paroma bukietami kwiatów. Zdjęliśmy szkolne czapki i opuściliśmy głowy. Przeszedł nas dreszcz szczęścia, że nadal jesteśmy wśród żywych”.

Ten epizod poprzedza komiczną scenę „obserwacji natury”, czyli podglądania z dachu opalających się półnagich pielęgniarek z domu starców. Sekrety, rywalizacja, przybieranie „męskich” póz, bójki i ryzykowne zabawy – wszystko to składa się na sugestywny obraz dorastania i chłopięcej inicjacji. Ulf jest typem wrażliwca i „mięczaka”. Marzy o tym, by wziąć odwet na starszym bracie – nieznośnym prześladowcy. Toteż kiedy w klasie pojawia się silny i arogancki Percy – Ulf ulega zauroczeniu. Przyjaźń klasowego osiłka jest kosztowna, ale kiedy Percy oferuje kumplowi stare, zniszczone tenisówki, które jakoby mają magiczną moc dodawania odwagi i urzeczywistniania pragnień, Ulf ogałaca swój pokój z dziecięcych skarbów w zamian za przywilej noszenia tenisówek. W istocie – wiara czyni cuda. Ulf zdobywa się na heroiczne wybryki i niemal ociera o śmierć, ale zyskuje pewność siebie – najcenniejszą walutę kilkuletnich mężczyzn.

Stark mówi arcyważne rzeczy nie nazywając ich, a jedynie nadając im kształt za pomocą znaczących rekwizytów, domysłu, metafory. Jest mądry i dowcipny zarazem. Pisze lekko. Przez anegdotę przesącza się niepostrzeżenie treść, która nas głęboko dotyka i porusza. Jest to najlżejszy morał świata, bo sprzedany we frywolnym, pozornie niepoważnym opakowaniu.

Andreas Steinhöfel, Rico, Oskar i złamanie serca

ilustracje Peter Schossow, przeł. Elżbieta Jeleń, Kraków 2012, Wydawnictwo WAM

I znowu kontynuacja – po wydanej w roku ubiegłym książce „Rico, Oskar i głębocienie” niemiecki autor ma u mnie otwarty nieoprocentowany kredyt zaufania i podziwu. Ta książka jest fajerwerkiem.

Steinhöfel powołał do życia parę fantastycznych bohaterów: „głęboko utalentowanego” Rico, ucznia szkoły specjalnej, i „wysoce uzdolnionego” Oskara, malutkiego mózgowca i dziwaka, który nie lubi rozstawać się z kaskiem i okularami słonecznymi. Każdy z nich z innego powodu kiepsko komunikuje się ze światem – Rico inni nazywają półgłówkiem, wiedza Oskara wprawia ich w zakłopotanie. Mimo to, a może właśnie dlatego, chłopcy zostają przyjaciółmi i razem – mimochodem – rozwiązują zagadki kryminalne.

W tomie pierwszym demaskują porywacza dzieci dla okupu, w tomie drugim wpadają na trop gangsterskich przekrętów. W tle sensacyjnej fabuły pojawiają się kapitalne portrety lokatorów domu, w którym mieszka Rico z mamą – barmanką z nocnego klubu dla panów. Smak tej narracji polega na tym, że Rico jest ufny i łatwowierny, nie rozpoznaje wszystkich odcieni rzeczywistości. Tym samym, paradoksalnie, jest wolny od pochopnych ocen i stereotypowych nawyków. To daje mu przewagę nad rutyniarzami i mądralami. Tymczasem bystrzak Oskar, niesłusznie lekceważony z racji mizernej postury, w lot pojmuje wszystkie subtelności ludzkich paskudnych zachowań, ale książkowa wiedza pozbawia go instynktu. Chłopcy uzupełniają się i razem stanowią niezwykle skuteczny duet dziwacznych „śledczych”. Czyta się to duszkiem.

Wojciech Bonowicz, Bajki Misia Fisia

ilustrował Bartosz „Fisz” Waglewski, Kraków 2012, Wydawnictwo Znak Emotikon

Rozbrajające” – takie słowo przychodzi mi do głowy, kiedy czytam „Bajki Misia Fisia”. Bo są trochę jak haiku, a trochę jak mruczanki – z wierzchu naiwne, ale w środku, jak orzeszek w Raffaello, tkwi SEDNO. Miniaturowe mądrości, napisane prosto, bez przemądrzałego komentarza. Najbardziej lubię „Znaczki”:

„Starszy pan się rozpłakał: »Przez te wszystkie lata zbierałem znaczki, a listy wyrzucałem«”.

A może „Półmisek”:

„Na półmisku leżało kilka jabłek, wśród nich jedno obite. Obitego nikt nie brał, choć było najsłodsze”.

Miś Fiś jest pluszowym mędrcem. Patrzy na świat z żabiej (misiowej?) perspektywy – widzi okruchy, paprochy i ślady krasnoludków. Pisać nie umie (wyręcza go przyjaciel – Foremka). Fiś nie zamierza nikogo pouczać. On tylko wydłubuje bułeczkę i filozofuje sobie na własny, Fisiowy sposób.

Wociech Bonowicz ładnie wyrzekł się typowego dla dorosłych przymusu domykania frazy morałem, dopowiadania niedopowiedzianego. Powstała książka ujmująco bezpretensjonalna. Prosta uwodzicielską prostotą i zarazem głęboka.

PS. Podobno „Fisz” Waglewski nie umie rysować. Jak to się więc stało, że jest autorem kapitalnej okładki i wdzięcznych ilustracji?

Lluís Farré, Szary Chłopiec

ilustrował Gusti, przeł. Beata Haniec, Warszawa 2012, Wydawnictwo Entliczek.

Teresko, TO NIE MOJE DZIECKO! Nikt w mojej rodzinie nie ma takiego koloru skóry!” – wykrzyknął ojciec, Marceli Śpiewakowski, kiedy na świat przyszedł Szary Chłopiec. W chwilę potem żona wymierzyła mu policzek za to, że opowiada głupoty.

Inaczej niż tata (w kolorze krewetkowym) i zielonkawa mama, Marcinek urodził się szarym „odmieńcem”. Co gorsza, był szary także W ŚRODKU. Nie śmieszyły go żarty, od których inne dzieci pękały ze śmiechu. Nawet biały wieloryb i wybuch wulkanu na Pacyfiku pozostawiały go nieporuszonym. Aż do dnia, w którym – za sprawą drobnego incydentu – wszystko się zmieniło.

Katalończyk Lluís Farré napisał piękną książkę o dziecku zatrzaśniętym na amen w szarym „futerale”. Co musi się stać, żeby pancerz opadł, żeby zachwyt i uczucia miały do niego dostęp? Nadal mnie zdumiewa, na ile sposobów pisarze definiują ciągle od nowa odmienność, poczucie wyobcowania, osamotnienie cudaka w tłumie „normalsów”. Rewelacyjne ilustracje argentyńskiego artysty o pseudonimie Gusti nadają tej książce dodatkowej klasy. Dobra robota nowo powstałej oficyny Entliczek, która dotąd ma w swoim dorobku trzy książki, a wszystkie wyjątkowo urodziwe.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]