Wdepnij w ten pedał

Na hali mróz aż włazi pod paznokcie. Założony rankiem pampers musi wystarczyć na kilkanaście godzin pracy. Oto rzeczywistość „etycznej mody” w polskich szwalniach.

08.02.2021

Czyta się kilka minut

Kraków, listopad 2020 r. / FILIP RADWAŃSKI / FORUM
Kraków, listopad 2020 r. / FILIP RADWAŃSKI / FORUM

Zza siatkowego ogrodzenia w oknach widać jedynie paski wiszących pod sufitem jarzeniówek, które wypełniają halę zimnym światłem. Zawinięte w szaliki, skulone od mrozu sylwetki kolejnych kobiet szybko znikają w drzwiach budynku, mijając bez słowa dwie koleżanki, które opodal wejścia dopalają nerwowo papierosa. Za czternaście minut wybije szósta i szwalnię wypełni miarowy stukot maszyn do szycia.

Maria szczerze nie znosi ostatnich spokojnych chwil przed rozpoczęciem pracy. – Jest jak u dentysty, człowiek wie, że za chwilę będzie bolało, ale wiadomo, że jeśli się wyjdzie, to będzie tylko gorzej. Wieczorem po pracy ręce mi się trzęsą. Palce robią się zesztywniałe, jak od trzymania lodu. W przedramię łapią skurcze. Lekarka powiedziała, że organizm tak odreagowuje i że to od siedzenia przez wiele godzin w tej samej pozycji i tych samych ruchów. Plus stres, bo zmianowe drą ryja za byle drobiazg.

Gdy o siódmej rano 71-letnia mama Marii wejdzie do sypialni wnuczki, żeby zbudzić ją i odprowadzić do szkoły, siedząca od godziny przy maszynie kobieta będzie miała za sobą pierwsze 530 mankietów doszytych do koszul, które właśnie powstają w szwalni na parterze szarego biurowca z lat 70. w jednej z podłódzkich miejscowości.

530 mankietów w godzinę. Prawie dziewięć na minutę. Niespełna siedem sekund na jeden. Dobrze, że mięśnie i ścięgna z czasem zapamiętują ruchy i ciało zmienia się w maszynę, która powtarza w kółko tę samą czynność nie angażując do tego świadomości.

Tę porę dnia Maria lubi teraz najbardziej. Nie dokucza już senność, plecy nie palą jeszcze ze zmęczenia, przez okno zaczyna wpadać więcej światła słonecznego. Punktualnie o dziesiątej zmianowa da sygnał do piętnastominutowej przerwy, którą niemal wszystkie szwaczki wykorzystają skrupulatnie na pielgrzymkę do toalety. Kolejna, o 13.30, będzie półgodzinną przerwą na posiłek. Zimą dobrze mieć w termosie herbatę lub zupę. Dwie kuchenki w kąciku socjalnym dokonały żywota jedna po drugiej i od tej pory jest tam tylko czajnik elektryczny. Po drugiej stronie ulicy działa bar, ale za plus minus dwa tysiące złotych miesięcznie trudno stołować się poza domem.

O 14.45 zmiana formalnie dobiega końca, ale do domu idą tylko pracownice, które wyrobiły limit. – Tylko że w zasadzie nie da się go zrobić w godzinach pracy – zauważa Maria. – W pierwszym roku pracy miałam prawie dwieście nadgodzin. Mieli nam za to zapłacić pod koniec roku, ale oczywiście nie zapłacili. Szef wiecznie czeka na jakieś spóźnione przelewy.

„To się proszę zwolnić”

W polskim przemyśle odzieżowym – zwłaszcza w jego najmniej dochodowej części, jaką jest obecnie produkcja – wiele spraw wciąż załatwia się bez faktur, umów czy potwierdzeń przelewu. W sposób niemożliwy do udokumentowania. Dowodem nie do podważenia mogłyby być relacje personelu, który bywa bezpośrednim świadkiem nieprawidłowości i niemal zawsze pada ich ofiarą. Z tego ostatniego powodu większość szwaczek woli jednak nie opowiadać pod nazwiskiem o tym, co spotyka je w pracy.

Krakowska fundacja Kupuj Odpowiedzialnie w ubiegłym roku uruchomiła infolinię dla szwaczek zatrudnionych w polskich zakładach. Jak podkreśla Grażyna Latos, która prowadziła ten projekt, udało się w ten sposób porozmawiać jedynie z 22 pracownicami z różnych części Polski i z różnym stażem pracy. Obraz wyłaniający się z tej ankiety trudno zatem uznać za reprezentatywny dla sytuacji całej branży. – Uderzające było jednak podobieństwo tych opowieści – wspomina. – Każda pani opisywała w gruncie rzeczy to samo miejsce pracy: bez dostatecznego ogrzewania, a czasem w ogóle nieogrzewane, pozbawione odpowiedniej wentylacji i zaplecza sanitarnego, często gdzieś w piwnicy lub w starym biurowcu. Z pracodawcą-właścicielem, który płaci najniższą możliwą stawkę, wyciska z personelu jak największą wydajność i oszczędza na wszystkim poza monitoringiem, który pozwala kontrolować mu ludzi. W niektórych opowieściach mowa była o zamykaniu hal z pracownikami w środku na całą noc, spuszczaniu psów na zewnątrz, przekupywaniu kontrolerów. Nie wiem, czy tak wygląda rzeczywistość w większości polskich szwalni, ale jeśli tak, to mamy poważny problem, którego nie chcemy zauważyć.

Liczba podmiotów, które wpisały do rejestru którąś z kategorii statystycznych związanych z produkcją odzieży, oscyluje w Polsce wokół 30 tys., wiadomo jednak, że zgłoszenie takiej działalności nie jest równoznaczne z jej podjęciem. Obraz branży bliższy rzeczywistości zakreślił w kwietniu 2020 r. prezydent Andrzej Duda ogłaszając kolejny narodowy program – tym razem szycia maseczek. Chęć dołączenia do samej inicjatywy, jak podkreślała z urzędowym wzruszeniem ówczesna wicepremier Jadwiga Emilewicz, wyraziło aż 800 właścicieli szwalni. Biorąc pod uwagę paraliż, jaki wiosną dotknął przemysł modowy na całym świecie, można z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że do kolejki po rządowe zlecenia na maseczki ustawili się wówczas praktycznie wszyscy właściciele polskich szwalni. A jeśli bardzo ostrożnie przyjąć, że przeciętny taki zakład zatrudnia w Polsce 50 osób, otrzymamy armię 40 tys. szwaczek, szwaczy, krojczych i prasowaczy, których losem i warunkami pracy nie interesuje się rzeczywiście nikt – bo mało kto w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, że w Polsce może jeszcze funkcjonować przemysł kojarzony głównie ze słabo rozwiniętymi krajami globalnego Południa.

Tyle o podaży. A co z popytem?

„Z dumą szyjemy w Polsce”

– Już rozpoznajemy, kiedy do szwalni mają przyjechać klienci. Od rana jest wariactwo, prezes czepia się każdej nitki na ziemi, a już w sprawie rozmów z ­gość­mi to dostaje świra. Generalnie zasada jest taka, że się mamy nie odzywać, a jak klient będzie chciał o coś spytać szwaczkę, to on zawoła dziewczyny, które już mu się sprawdziły w tej roli wcześniej.

W szwalni w okolicach Jarosławia Katarzyna pracuje dwa i pół roku. Wizyty kontrahentów zdarzają się co kilka tygodni. – I w tym cyrku, który robi szef, najśmieszniejsze jest to, że gościom jeszcze nigdy nie przyszło do głowy, żeby zapytać nas o cokolwiek, a zwłaszcza o zarobki. Jeśli wchodzą w ogóle na halę produkcyjną, to po to, żeby np. zobaczyć stan maszyn albo skontrolować ściegi.

W zeszłym roku przez moment wydawało się, że coś ulegnie zmianie. Lockdown odciął nagle polskie firmy od szwalni w Chinach i w Bangladeszu. Niestety, objął też centra handlowe, sprzedaż ubrań gwałtownie się załamała i producenci wstrzymali nawet już złożone zlecenia. – Dopiero gdzieś pod koniec czerwca coś się ruszyło – mówi Katarzyna. – Oczywiście nie zarobki. Dalej mam płaconą minimalną krajową.

Tymczasem – jeśli wierzyć branżowym magazynom, internetowym influencerkom czy specom od prognozowania trendów konsumenckich – krajowe szwalnie powinny przeżywać dosłownie oblężenie. Pandemia miała wszak zmienić postrzeganie roli konsumpcji w życiu milionów Polaków, zwłaszcza stosunek do zakupu odzieży. Ponoć już nie więcej, lecz mniej – za to w dobrej jakości, żeby nie rozpadło się po sezonie noszenia. No i uszyte nie na drugim krańcu świata, z poszanowaniem praw pracowników i ze zrozumieniem dla ich potrzeb bytowych, za którymi muszą nadążać zarobki. Wszystko to musi rzecz jasna kosztować znacznie więcej niż szybka moda prosto z Bangladeszu.

Praca nad utożsamieniem wysokich cen szytej w Polsce odzieży z zarobkami polskich szwaczek trwa od kilku lat. Katalizatorem tej zmiany wiosną 2013 r. było zawalenie się budynku Rana Plaza na przedmieściach stolicy Bangladeszu, w którym mieściło się kilka fabryk odzieży (w tym obsługujące polską firmę LPP). Po katastrofie, w której oficjalnie śmierć poniosło ponad 1,1 tys. osób, świat na chwilę dostrzegł skalę nieszczęść związanych ze zglobalizowanym łańcuchem produkcji i dostaw odzieży. Alternatywą dla całego zła sieciówek miała stać się moda etyczna, tworzona lokalnie. Tego przynajmniej dowiadują się klienci odwiedzający sklepy internetowe wielu rodzimych producentów.

– Wysokie koszty produkcji, które tak chętnie podkreślają właściciele marek szyjących w Polsce, wynikają zazwyczaj z niewielkiego wolumenu zamówień. Łączenie ich z zarobkami szwaczek uważam, delikatnie mówiąc, za nieporozumienie – podkreśla Anna Tober, właścicielka niewielkiej marki odzieżowej Volna. – W większości szwalni, z którymi miałam do czynienia, panie zarabiają pensję minimalną bez względu na to, czy szyją ubrania, które w sklepie kosztują 30 zł, czy takie po 300 zł. Nie słyszałam również o tym, żeby szwaczki dostały od pracodawcy premię za pracę dla marki, która przedstawia się klientom jako etyczna i dba o wysokość wynagrodzeń. Widywałam za to na liniach produkcyjnych zakładów pracujących dla dużych sieciówek produkty firm, które zapewniają konsumentów, że produkują wyłącznie w swoich szwalniach. Moje ubrania powstają w zakładzie w Warszawie, który nie jest najtańszy, ale wiem, że wszystkie panie są ubezpieczone w ZUS.

Najprostszy T-shirt w kolekcji Volna kosztuje 119 zł. Koszt uszycia wynosi obecnie 15 zł za sztukę, a licząc wraz z kosztami materiału około 27 zł netto. – Z reszty muszę opłacić ZUS, witrynę sklepu, księgowość, koszty marketingu i reklamy, ale także koszty przygotowania kolekcji. Opracowanie jednego modelu do kolekcji kosztuje mnie średnio 800 zł – dodaje Anna Tober. – Większość ubrań zamawiam w szwalni najwyżej w 50-60 egzemplarzach. Gdyby było ich dziesięć razy więcej, koszty rozkładałyby się na więcej sprzedanych sztuk i mogłabym obniżyć cenę lub zarabiać więcej.

Anna systematycznie odwiedza fora dyskusyjne i grupy dla właścicieli niszowych marek szyjących w Polsce. – Ludzie ostrzegają się tam przed nieuczciwymi właścicielami szwalni, którzy nie dostarczają towaru na czas lub oszukują na materiale – opowiada. – Nie mogę sobie przypomnieć choćby jednej rozmowy, która dotyczyłaby godziwego wynagradzania szwaczek lub warunków ich pracy.

Pampers na zmianę

Dr Marta Karwacka, specjalistka od etyki biznesu odzieżowego: – Produkcja „made in Poland” stała się dla klientów swego rodzaju gwarantem jakości. W ten sposób odcinamy się od chińskich i indyjskich fabryk, które przez lata miały złą prasę. Dużo uwagi poświęca się też ekologii, ale kwestie warunków pracy i wysokości zarobków już się ­przemilcza. ­Pojawia się pytanie, czy jest tak dobrze, że nie ma o czym mówić, czy może producenci czują, że klientów to nie obchodzi?

Przeworsk. Grudzień 2018 r. Sto pięćdziesiąt szwaczek pracujących dla zakładu szyjącego garnitury dla jednej z największych i najstarszych polskich marek odzieżowych, Vistuli, wszczyna strajk przeciwko warunkom pracy. Wiele z nich siada do pracy w pampersach, bo zmianowi nie pozwalają iść do toalety, kiedy się zachce. „Wdepnij w ten pedał” – krzyczą do kobiet. Latem temperatura w hali sięga 40 stopni, ale na stanowiskach nie można mieć nic do picia, bo droga tkanina używana do produkcji garniturów źle znosi kontakt z wodą. Właściciel zwalnia dyscyplinarnie trzy kobiety. Strajk gaśnie, ale wyrzucone szwaczki idą do sądu i wygrywają przywrócenie do pracy. O sprawie robi się głośno w branżowych mediach. – O ile mi wiadomo, tamta szwalnia nadal pracuje dla ­Vistuli – komentuje Grażyna Latos.

Opowiada Elżbieta: – W szwalni, w której pracowałam prawie 11 lat, formalnie byłam księgową, ale gdy szefowa dostała kontrakt do zrobienia „na wczoraj”, wszystkie dziewczyny z biura musiały przejść na halę produkcyjną. Mnie zazwyczaj odsyłano do odcinania nitek z gotowych ubrań. Praca na hali nie była oczywiście dodatkowo płatna. Dla szefowej było też oczywiste, że pracując przy wykańczaniu ubrań będę jednocześnie na bieżąco z dokumentami. Zdarzało się więc, że tkwiłam w pracy po 17-18 godzin na dobę, najpierw z nożyczkami, a potem, w nocy, nad papierami. Zimą, kiedy u nas na Podlasiu temperatura spada czasem do minus dwudziestu, szefowa nie włączała ogrzewania. Pracowałyśmy w kurtkach i w czapkach.

W szwalni Elżbiety produkowano krótkie serie odzieży dla znanej polskiej marki dziecięcej, która podkreśla troskę o środowisko i warunki pracy. – Nie widziałam, żeby przedstawiciele tej marki choć raz weszli na halę. ©℗

Zapraszamy osoby pracujące w polskich szwalniach do kontaktu. Wysłuchamy Was, gwarantując pełną anonimowość. Piszcie na adres: rabij@tygodnik.com.pl lub na adres redakcji podany w stopce.


Szyjemy etycznie - prokonsumenckie badanie polskich marek bieliźniarskich (miskidwie.pl)

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
89,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Historyk starożytności, który od badań nad dziejami społeczno–gospodarczymi miast południa Italii przeszedł do studiów nad mechanizmami globalizacji. Interesuje się zwłaszcza relacjami ekonomicznymi tzw. Zachodu i Azji oraz wpływem globalizacji na życie… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 7/2021