Polski ustawodawca, chcąc pospiesznie wprowadzić w życie wymogi unijnej dyrektywy o audiowizualnych usługach medialnych, skonstruował przepisy na własną modłę. Przepisy idące pod prąd intencji Brukseli. Czyli: choć istnieją międzynarodowe reguły ruchu lotniczego, u nas postanowiono, że aby zapewnić odpowiedni poziom bezpieczeństwa i kontroli, samoloty powinny latać nisko, powoli i w zasięgu wzroku kontrolera na wieży.
Jak sygnalizowali eksperci - Katarzyna Szymielewicz, prezes Fundacji Panoptykon, czy Piotr Waglowski, autor serwisu prawo.vagla.pl - unijna dyrektywa wprowadza zasadę minimum regulacji i obowiązków administracyjnych, by chronić swobodę konkurencji i rozwoju przedsiębiorstw z sektora nowych technologii. Rząd tymczasem chciał objąć podmioty gospodarcze świadczące audiowizualne usługi medialne obowiązkiem rejestracji w KRRiT. Choć dyrektywa nie nakazuje kontroli nad internetem (konia - dorożkarskiego - z rzędem temu, kto tego dokona; Chińczycy próbowali...), urzędnicy znów postanowili skorzystać ze sposobności i przy okazji nowelizacji ustawy medialnej "zrobić coś z tym internetem". Tak jak przy okazji ustawy hazardowej chciano przeforsować Rejestr Stron i Usług Niedozwolonych, doprowadzając do groźby cenzury prewencyjnej. W obu przypadkach powstały projekty kuriozalne i świadczące o niezrozumieniu, czym jest sieć.
Sieć tymczasem z natury jest neutralna. I - jak nic do tej pory - multimedialna, czyli korzystająca z multum mediów jednocześnie i w ramach jednej platformy. Nie da się, jak chcieli urzędnicy, rozdzielić "zwykłego blogu" od wideoblogu. Czymże są owe "audiowizualne usługi medialne"? Ustawodawcy chodziło o usługi telewizyjne świadczone przez sieć nielinearnie, a więc takie, gdzie zamiast oglądać program, użytkownik otrzymuje dostęp do konkretnej audycji. Czyli wybiera filmik, klika i ogląda. Jak rozróżnić to od działalności restauratora (prowadzącego wszelako działalność gospodarczą), który na swojej stronie umieszcza filmiki z przepisami szefa kuchni? Albo profesjonalnego blogera, który umieszcza nagrania własnych komentarzy? Kto ma decydować, czy serwis jest - jak pisali urzędnicy KRRiT - amatorski czy profesjonalny? Oczywiście, decydowałby urzędnik. A jak nasz restaurator miałby się wywiązać z ustawowego obowiązku emitowania odpowiedniej liczby audycji o tematyce europejskiej? To już tajemnica urzędników, którzy jednak wiedzieliby, jak go ukarać, gdyby tego nie robił. Już sam katalog rozbieżności co do tego, kogo właściwie nowe przepisy miały dotyczyć, był tak obszerny, że świadczył o jakości nowelizacji.
Mało, że ustawa dusiłaby restrykcjami administracyjnymi rozwój nowych przedsięwzięć internetowych i de facto faworyzowałaby nieobjęte polskimi przepisami serwisy zagraniczne. Swoboda urzędniczej decyzji, kogo do rejestru wpisać, a kogo skreślić, to nadużycie grożące ograniczeniem wolności słowa. Więcej: groźbę taką stwarza już to, że osoba chcąca się w sieci wypowiadać musiałaby się rejestrować w urzędzie.
Parcie polskich urzędników na nadregulację wszystkiego to stała i smutna cecha polskiego prawa. Owszem, KRRiT opublikowała obszerne, choć niesatysfakcjonujące wyjaśnienia. Ale prawo, które daje możliwość niebezpiecznie restrykcyjnych interpretacji, a po przedstawieniu którego urzędnicy muszą występować z deklaracjami, że będą w jego stosowaniu ludzkimi panami, jest prawem fatalnym. Bo zamiast upragnionego "ładu regulacyjnego", w którym podmioty objęte tym prawem wiedziałyby, na czym stoją, powstaje stan, w którym muszą się zdać na urzędniczą łaskę i niełaskę.
Co dalej? Senat, po apelu przebudzonego nagle premiera, wykreślił z nowelizacji prawa medialnego zapisy dotyczące internetu. I zapowiedział konsultacje ze wzburzonymi ekspertami i przedstawicielami organizacji pozarządowych, które za sprawą pilnego trybu procedowania (Polska jest spóźniona z implementacją dyrektywy) zostały pominięte. To druga cecha polskiego prawa: konsultacje społeczne traktuje się jak niekonieczną formalność. Tymczasem, co znamienne, bubla prawnego po raz kolejny uniknęliśmy dzięki protestom "oddolnych" znawców tematyki. Znów, jak w przypadku Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych, konsultacje odbywają się, bo mleko się już rozlało.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















