Urodzeń żywych: 259,9 tys. od lipca 2023 roku do czerwca 2024 roku. Mniej niż w całym roku 2023, 2022, 2021... itd. Wprawdzie danych GUS z kolejnych dwunastu miesięcy nie powinno się zestawiać z danymi rocznymi, ale stwierdzenie, że nie napawają one optymizmem, jest daleko posuniętym eufemizmem.
Dość powiedzieć, że dwa ostatnie miesięczne odczyty – ostateczny za maj (21 tys. urodzeń) i szybki szacunek za czerwiec (19 tys.) pokazują, że szorujemy po dnie – tak źle jak w czerwcu jeszcze nie było (w grudniu 2023 roku odnotowano 19,1 tys. urodzeń). Jeszcze kilka lat temu, krótko przed pandemią, normą było ok. 30 tys. narodzin miesięcznie – a już wówczas eksperci bili na alarm, mówiąc o niskiej dzietności Polek i o tym, że grozi nam katastrofa demograficzna.
Ostatnie lata zmieniły sytuację o tyle, że grozi nam owa katastrofa bardziej. Albo raczej – że już jesteśmy jej nie tyle świadkami, co uczestnikami, a być może – mowa zwłaszcza o pokoleniu obecnych czterdziesto-, pięćdziesięciolatków – ofiarami, bo to osoby będące teraz w szczytowym momencie kariery zawodowej przeżyją prawdziwy szok za kilkanaście lat, ćwierć wieku – dowiadując się, że na ich emerytury nie ma komu pracować. Ustawowe podniesienie wieku emerytalnego nie będzie konieczne – aby żyć, trzeba będzie po prostu dalej pracować. Nie jest to zresztą rzeczywistość, która byłaby całkiem obca zachodnim społeczeństwom.
Dlaczego Polki nie chcą rodzić
Można się oczywiście spodziewać, że nowe minima urodzeń sprowokują kolejną falę dyskusji pod roboczym tytułem: „dlaczego Polki nie chcą rodzić dzieci?”. Pół biedy, jeśli będą to dyskusje eksperckie, nawet jeśli dość jałowe, bo przecież odpowiedzi są oczywiste. Z jednej strony cały pakiet przyczyn, które można zebrać pod hasłem „brak bezpieczeństwa socjalnego” (polityka mieszkaniowa, paradoksalny, biorąc pod uwagę rekordowo niskie bezrobocie, o czym również w ostatnich dniach poinformował GUS, brak ochrony praw matek na rynku pracy, chaos w rozwiązaniach dotyczących form opieki nad małymi dziećmi etc.), z drugiej – okoliczności zewnętrzne (pandemia, katastroficzne informacje na temat zmian klimatu, wojna w Ukrainie). To wszystko nie zachęca do rodzicielstwa.
Duża część tych czynników dotyczy jednak nie tylko Polek – a przecież w innych krajach dane dotyczące dzietności nie są aż tak pesymistyczne albo – pogarszają się wolniej.
Dyskusja upartyjniona
Wielu ekspertów – psychiatrów, ginekologów, specjalistów w dziedzinie zdrowia publicznego – wskazuje, że czynnikiem hamującym Polki przed decyzją o zajściu w ciążę czy utrzymaniem ciąży, jeśli kobieta jej nie planowała, a dowiaduje się o fakcie wystarczająco wcześnie, jest restrykcyjne prawo antyaborcyjne.
Takie, które sprawia, że kobiety nie czują się bezpieczne, bo wiedzą, że zostaną zmuszone do donoszenia ciąży mimo stwierdzonych ciężkich wad płodu. Takie, które nie gwarantuje, że nawet ciąża zagrażająca zdrowiu i życiu matki zostanie odpowiednio wcześnie zakończona. Takie, w którym kobieta co prawda może podjąć decyzję o zakończeniu ciąży i nie ponieść za nią konsekwencji, ale nawet najbliższa osoba nie może jej pomóc w zrealizowaniu tej decyzji.
Dyskusja o zmianach w przepisach aborcyjnych nie jest (nie była również w ostatnich miesiącach, niestety) zdominowana przez głosy ekspertów. Jest skrajnie upolityczniona, upartyjniona wręcz i dlatego możliwe są takie wypowiedzi jak choćby posła Tadeusza Samborskiego (PSL), który swoją decyzję o głosowaniu przeciw depenalizacji aborcji uzasadnił tak: „Głównym powodem mojej decyzji jest kwestia podniesienia dzietności w Polsce, która jest jedną z najniższych w Europie. Uważam, że sytuacje, kiedy kobiety umierają z powodów okołoporodowych, są przejaskrawiane, głównie przez media. Nie sądzę, że właśnie dlatego niewiasty boją się zachodzić w ciążę. Dla mnie ta sprawa jest dęta”.
To nie działa
Nie ulegając pokusie podjęcia rozważań na temat tego, co jest rzeczywiście rozdęte do granic przyzwoitości, warto powiedzieć wprost, wszystkim politykom, nie tylko posłowi Samborskiemu: ten system „zachęt” do macierzyństwa i rodzicielstwa nie działa. Nie sprawdził się na przestrzeni dekad, nie będzie się sprawdzał i w kolejnych, zwłaszcza że decyzje o tym, czy być lub nie być matką (ojcem), podejmują w tej chwili Zetki – pokolenie, które jeszcze mniej chętnie podejmuje ryzyko i zdaje się na łut szczęścia. Które również dużo łatwiej może realizować te plany z daleka od kraju, bo jego mobilność (to m.in. „zasługa” braku polityki mieszkaniowej) jest nieporównywalnie wyższa niż pokolenia ich rodziców, o dziadkach nie wspominając.
Demografia jest, a w każdym razie powinna być, kontekstem dyskusji na temat zmian przepisów aborcyjnych. Dyskusji dalekiej od zacietrzewienia i moszczenia się w swoich, jedynie słusznych, okopach. Kobiety protestujące we wtorek pod Sejmem miały prawo być wściekłe na posłów, których głosowanie pogrzebało uchwalenie ustawy depenalizującej pomocnictwo w aborcji. Miały prawo krzyczeć „Od Giewontu aż po Hel ***** Giertycha i PSL”, tak samo jak krzyczały równie niepochlebne hasła pod adresem poprzedniej władzy.
Ale politycy i polityczki, posłowie i posłanki – wszystkich klubów – powinni mieć świadomość, że zgodnie z etyką odpowiedzialności ich zadaniem jest rozwiązanie problemu, znalezienie kompromisu – nawet jeśli z jego wdrożeniem trzeba byłoby zaczekać jeszcze rok – nie zaś niezłomne obstawanie przy swoich hasłach.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















