Uśmiercanie arcydzieł

Lekcje polskiego to udawanie i gra pozorów, "uczenie pod klucz" (maturalny). Ale nie o fatalnych rozstrzygnięciach systemowych, lecz o irytującej szlachetności chcę tu mówić.

16.06.2009

Czyta się kilka minut

Cztery lata temu ukazało się wydawnictwo "Polonistyka w przebudowie", zbiór materiałów zaprezentowanych w trakcie ostatniego Zjazdu Polonistów (wrzesień 2004 r.). Blisko 1500 stron w dużym formacie, dziesiątki referatów, wystąpień fundamentalnych i przyczynkarskich. W większości poszukuje się odpowiedzi na pytanie, które na łamach "TP" zadał Paweł Próchniak. 200 polonistów z kraju i ze świata przez cztery dni krążyło wokół dylematu, którym zajął się lubelski uczony, zachęcało do odnowienia namysłu nad dyscypliną, punktowało zagrożenia, postulowało zmiany itd.

Dlaczego o tym wspominam? To chyba jasne - żeby oznajmić, iż na temat kondycji współczesnej polonistyki, dzisiejszego samopoczucia i przyszłych losów polonisty powiedziano przed pięcioma laty wszystko, a nawet więcej. Nie sądzę, aby zaistniały jakieś nowe okoliczności, które w zasadniczy sposób zmodyfikowały tamte diagnozy i prognozy. Nie znaczy to jednak, że z tekstem "Komu potrzebny polonista" nie należy dyskutować. Może nie z całością artykułu, ale z jego czwartą cząstką na pewno. Powiem wprost: ów czwarty segment odrobinę mnie zirytował.

Nie sens, lecz frazes

Otóż Próchniak opisuje jakieś niepojęte misterium, które rzekomo dokonuje się na lekcji języka polskiego, mówi o spektaklu interpretacyjnym, w którym biorą udział uczniowie i nauczyciel, o wspólnym dochodzeniu do "zrozumienia złożonych struktur semantycznych". W finale tego zdarzenia dydaktycznego, a jest nim np. wspólna "lektura sonetu Mickiewicza czy noweli Prusa", ma się wyłonić sens. Otóż zapewniam autora, że nie sens się wyłoni, lecz frazes, który - trudno zaprzeczyć - również jest formą sensu, stabilną niezwykle. W odniesieniu do "Sonetów krymskich" ów frazes przybierze postać: tęsknota za ojczyzną plus uroki Orientu.

Oczywiście niczego nowego tu nie mówię. Wiadomo - edukacja literacka w polskiej szkole nastawiona jest na reprodukowanie frazesu, o czym się z udawaną zgrozą przypomina i nad czym rytualnie się ubolewa każdego roku w maju, kiedy kolejny rocznik licealistów przystępuje do tzw. nowej matury. Być może uodporniliśmy się na te lamenty, nikt już - a najmniej władze oświatowe - nie chce słuchać opowieści o zagładzie kształcenia humanistycznego na wszystkich etapach edukacji, o wielkim udawaniu i grze pozorów, o skandalu "uczenie pod klucz" (maturalny), a więc właśnie o premiowaniu umiejętności posłużenia się frazesem w postaci gotowych, ujednoliconych formułek dotyczących tak pojedynczych arcydzieł z narodowego kanonu, jak i twórczości poszczególnych pisarzy czy dorobku całych epok historycznoliterackich.

Ale nie o rozstrzygnięciach systemowych zabijających samodzielność i kreatywność uczniów, lecz o irytującej szlachetności Próchniaka chcę tu mówić.

W szkolnym matriksie

Zawsze mnie zastanawiało, skąd się u ludzi z branży (nazwijmy ją sektorem usług edukacyjnych) bierze ta niezwykła skłonność do zaklinania, a niekiedy i fałszowania rzeczywistości. Przecież nie trzeba znać realiów polskiej szkoły z autopsji ani nawet czytać gazet chętnie rozpisujących się na temat klęski reformy oświatowej, żeby się zorientować, jak sprawy się mają. Naprawdę tak trudno zauważyć, co się stało, jakie koszty pociągnęło za sobą umasowienie edukacji na poziomie maturalnym (80 proc. rocznika) i wyższym (współczynnik skolaryzacji rzędu 50 proc.), jakimi metodami, jeśli idzie o kształcenie humanistyczne, osobliwie polonistyczne, wygenerowano "sukces"?

Wracam do artykułu inicjującego debatę. Należy spojrzeć prawdzie w oczy i jasno powiedzieć, że kształtowanie "umiejętności sprawnej i zarazem mądrej interpretacji złożonych struktur semantycznych" wedle przepisu z tekstu Próchniaka to czysta fikcja, to przebywanie nie w szkolnej izbie, tylko w matriksie.

W połowie lat 70. Janusz Sławiński w artykule "Literatura w szkole: dziś i jutro" pisał o dwu modelach lektury uczniowskiej, o czytaniu "w imieniu szkoły" oraz o czytaniu "we własnym imieniu czytającego". Interesuje mnie ten pierwszy tryb, bo też zakładam, że tylko w tym trybie młody człowiek czyta sonety Mickiewicza czy nowele Prusa, czyli czyta je w ramach przymusu szkolnego. 30 lat temu Sławiński opisywał, jak szkolna interpretacja unieruchamia, ujednoznacznia i ostatecznie zabija lekturę.

W zakresie uśmiercania narodowych arcydzieł dokonał się niebywały postęp, głównie pod wpływem przewrotu informatycznego. Przed trzema dekadami nikomu ze znawców dydaktyki nauczania literatury nie śniło się nawet, że nadejdą czasy, kiedy każdy uczeń będzie miał nieograniczony dostęp do streszczenia i omówienia dowolnej lektury, każdej możliwej charakterystyki postaci, opisu genezy utworu i czego tam jeszcze, a w przypadku krótszych utworów do opisu i "interpretacji" każdego wersu. Nie potrafię sobie tedy wyobrazić, jak miałby wyglądać ów spektakl interpretacyjny nadzorowany przez polonistę z tekstu Próchniaka w sytuacji, kiedy doprawdy nie ma czego "scalać i rozumieć", bo wszystko już dawno zostało scalone i wyjaśnione. Owa egzegeza (np. sonetu Mickiewicza) może być tylko symulowaniem egzegezy, obracaniem w nieskończoność gotowca, że "suchy ocean" to oksymoron będący synonimem pustki, a "wpłynąłem" plus "ocean" to morska metaforyka, mimo że o step przecie idzie. Dalej wiadomo: tęsknota za ojczyzną i uroki Orientu...

***

Uczepiłem się czwartej cząstki "manifestu polonistycznego" Próchniaka, ponieważ zawarta w niej wzniosła i szlachetna wizja wydaje się wielce symptomatyczna. To jeszcze jedna próba leczenia brzydkiej choroby nabytej drogą płciową przy pomocy pudru; dodatkowo podszyta swoistym szantażem etycznym: "lekcje polskiego jak żadne inne rozstrzygają o kształcie rzeczywistości, w jakiej przyjdzie nam żyć, kiedy uczniowie dorosną i urządzą wszystko po swojemu". Owszem, lekcje polskiego - te autentyczne, a nie wyśnione przez Próchniaka - rozstrzygają o kształcie rzeczywistości, mają wpływ na to, jak ci, którzy wyszli ze szkoły, urządzą świat.

W dorosłym życiu dawni uczniowie będą doskonalili umiejętności nabyte na lekcjach polskiego: hipokryzję, konformizm, wszelkie praktyki imitacyjne. Przebywanie w polonistycznym matriksie nie pójdzie na marne, okaże się świetnym wstępem do uczestnictwa w życiu społecznym zorganizowanym na tych samych zasadach.

DARIUSZ NOWACKI (ur. 1965) jest badaczem i krytykiem literatury, pracownikiem naukowym Uniwersytetu Śląskiego. Od 20 lat czynny polonista; uczył w szkole podstawowej i liceum, od 10 lat kształci przyszłych polonistów.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 25/2009