„Stary człowiek prędzej dogada się z wróblem / niż z bliźnim” – tak brzmiało pierwsze zdanie tomu „Supliki”, opublikowanego przez Urszulę Kozioł w 2005 r. Odtąd w jej twórczości powracać będzie temat zwątpienia, niemożności porozumienia, bycia „za burtą”. Coraz częściej pojawiać się będą zaprzeczenia, słówka „nic”, „nikt” i „nie”, wyznania w rodzaju: „nie wiem”, „nie słyszę”, „nie mam”. „Ja” będzie się rozdwajać na tę, która pisze, uczestniczy, wierzy, i tę, która wątpi, zanika, milknie:
Przestałam podobać się sobie
i słowom
uciekają ode mnie
chciałabym już
nie być
prawdę mówiąc
tutaj już nie ma mnie
„Ja” będzie się przyglądać sobie niczym komuś obcemu, nieznanemu:
Tej nocy
moje ja oddaliło się ode mnie
o setki mil
w jego miejsce pojawiło się inne
A także:
moje ja
jest już jakby beze mnie
trzeba mi przejść z nim na „ty”
i mówić o sobie „ona”
Ogromne wrażenie, jakie robią te wiersze – tu cytowane jedynie we fragmentach – bierze się właśnie z owego rozdwojenia. Z obserwowania tej szamocącej się świadomości, która nie wie, co jeszcze do niej należy, a co już się jej wymknęło. Nad czym panuje, a co jest poza jej kontrolą.
Przeczytajmy raz jeszcze to wyznanie: „moje ja / jest już jakby beze mnie”. Coś mnie opuściło – coś istotnego, co decydowało o tym, kim jestem. Czy chodzi o wolę? O to, że wiele rzeczy ze mną dzieje się poza moim „chcę” i „nie chcę”? Albo o ubywanie sił fizycznych, a wraz z nimi kurczenie się pola możliwości? Chyba nie tylko o to. Urszula Kozioł uparcie szuka języka, którym można by opisać to paradoksalne istnienie-nieistnienie, jakim jest starość. Kiedy człowiek uświadamia sobie, jak bardzo „nie sobą” jest w wielu sytuacjach. Kiedy rzeczywistość nieustannie przypomina mu, że jest go „mniej”. Kiedy myślenie coraz częściej staje się błądzeniem – i tak dalej.
Paradoks polega na tym, że równocześnie mamy do czynienia z wierszami, które porażają przenikliwością widzenia, ostrością sformułowań. Słowa uciekają, zdradzają? Niby tak, a jednak co jakiś czas udaje się zaprząc je do pracy, zmusić do wysiłku nazywania, opisywania, wyrażania. I to tego, co opisać, wyrazić najtrudniej – właśnie tej egzystencjalnej niewyraźności, graniczności, tego bycia i niebycia równocześnie. Kiedy udaje się znaleźć słowo, zatrzymać słowo, celnie go użyć, wtedy to „mniej” już tak nie boli, a nawet może zostać zakwestionowane:
ja ty i ona
to wciąż jedno i to samo
ja
ni mniej ni więcej
Mamy w poezji polskiej więcej świadectw podobnego wysiłku, żeby wspomnieć tylko zamknięte świadectwo Tadeusza Różewicza czy wciąż otwarte Krystyny Miłobędzkiej. Do nich chyba w ostatnich latach jest Urszuli Kozioł najbliżej. A równocześnie temperatura jej wierszy jest nieco inna. Poetka pozwala sobie śmielej na gesty zniecierpliwienia, zniechęcenia, nawet złości. Milczenie sąsiaduje tu z krzykiem, powściągliwość z nerwowością, żal z autoironią, a nawet sarkazmem. Pisanie jest czymś, w co poetka angażuje siebie całą; tak zresztą było zawsze:
Jak by tu wreszcie wydukać ten wiersz
jego ciężar już mi zalega nie tylko
napięte myśli
ale nawet żołądek.
Więc i czyta się te wiersze podobnie, niejako całym ciałem. Kibicując ich bohaterce. Dopingując ten żywy umysł, który kwestionuje sam siebie, ten niemilknący, uparty głos, który przeciwstawia się pustce.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















