Tygrysy i tygrysiątka

Krok dobry, ale zbyt ostrożny - tak czeską reformę finansów publicznych oceniają analitycy. Czechy raczej nie mają szans na doczekanie się miana kolejnego - po Słowacji - "środkowoeuropejskiego tygrysa gospodarczego: przegłosowany pod koniec sierpnia przez niższą izbę parlamentu podatek liniowy nie jest do końca tym, co rozumie pod tym pojęciem liberał z krwi i kości.
Czyta się kilka minut

Do reformy finansów publicznych Czesi przymierzali się od kilku lat, podobnie zresztą jak do reformy systemu opieki zdrowotnej i systemu emerytalnego. Jednak żaden z kolejnych rządów - prawicowych czy lewicowych - do tego się nie spieszył. Czesi od pokoleń są przyzwyczajeni do silnego państwa opiekuńczego; są też narodem o świadomości egalitarnej, w którym wszyscy, od emeryta po ministra, żyją mniej więcej podobnie. Oczywiście, teraz jest to już bardziej "mniej" niż "więcej". Ale ciągle żywe jest przekonanie, że pewne rzeczy wszyscy mają (lub raczej: powinni mieć) takie same.

I tak na przykład, wszyscy rodzice, bez względu na dochody, mogli liczyć na zasiłek na dziecko, które idąc do pierwszej klasy otrzymywało tzw. kredkowe, czyli wsparcie od państwa na przybory szkolne; wreszcie, każdy Czech spędzał czas w kolejce do państwowego dentysty, bo prywatne gabinety lekarskie nadal nie są zbyt popularne. To wszystko rzecz jasna kosztuje i ekonomiści od dawna biją na alarm, że Republika Czeska niebezpiecznie się zadłuża.

Słowacja nas goni!

Cóż więc się zmieniło, że obecny rząd Mirka Topolanka zdecydował się naruszyć społeczne tabu? Impulsy do zmian były dwa. Pierwszy to kryteria, które spełnić musi każdy kraj, pragnący wejść do strefy euro. Drugi - to reformy, które kilka lat temu przeprowadzono w sąsiedniej Słowacji.

Nie chodziło tylko o ambicję - choć Czesi tradycyjnie postrzegali Słowację jako kraj słabiej rozwinięty gospodarczo czy wręcz cywilizacyjnie - ale o konkretne sprawy. Jak zagraniczne inwestycje, które od 2004 r. płyną na Słowację szerokim strumieniem. Słowacją zachwycały się zachodnie media, budowano tam nowe fabryki, dochody państwa rosły - i nie zmieniły tego nawet populistyczne rządy Roberta Fico, który w 2006 r. zastąpił na stanowisku premiera liberalnego Mikuláša Dzurindę. Fico wycofał się, co prawda, z niektórych reform, ale były to zmiany tyleż populistyczne, co kosmetyczne (np. likwidacja niektórych opłat w służbie zdrowia). Czescy politycy nie chcieli więc zostawać za Słowacją w tyle, choć ich obecne propozycje nie dorównują radykalizmem reformom Dzurindy. "Kiepska podróbka" - tak czeskie zmiany podsumował Richard Sulik, autor słowackiej reformy podatkowej.

A euro? Przyjęta właśnie czeska reforma miała - teoretycznie - usunąć ostatnią przeszkodę na drodze do "eurolandu", a mianowicie zbyt wysoki deficyt finansów publicznych (4 proc. PKB). Tymczasem tego samego dnia premier Topolanek stwierdził, że z projektu rządowej strategii o dochodzeniu do euro lepiej usunąć datę jego wprowadzenia. Nawet z Czeskiego Banku Narodowego padł argument wspierający premiera: że gdyby przyjąć termin i potem się z niego nie wywiązać, to będzie wstyd... Ostatecznie proponowany przez ministra finansów rok 2012 z projektu wypadł. Już wcześniej było wiadomo, że na planowany początkowo rok 2010 Czesi z przygotowaniami nie zdążą.

Swoim tempem Czesi będą więc zarówno podążać do euro, jak reformować kraj. Czy to dobrze? Czy chodzi o interes kraju, czy też może o danie wolnej ręki politykom? Wiadomo przecież, że dyscyplina budżetowa nie przysparza wyborców.

Płacić za lekarza?!

Przede wszystkim jednak: co znalazło się w czeskim pakiecie reform?

Dotąd Czesi płacili podatki wedle zróżnicowanej skali w zależności od dochodów, o wysokości pomiędzy 15 a maksymalnie 32 proc. W przyszłym roku zapłacą podatek w wysokości 15 proc., a od roku 2009 - 12,5 proc. Jednak będzie on naliczany nie od pensji brutto, ale od tzw. pensji super-brutto (czyli pensja plus składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne). Faktycznie więc ów podatek liniowy wyniesie w przyszłym roku 23,1 proc., a rok później 19,4 proc. - co oznacza, że niektóre rodziny mogą zapłacić więcej niż dotąd. Perspektywę taką ma złagodzić skomplikowany system ulg i odpisów, który także jest częścią reformy (choć sprzeczny jest z samą ideą podatku liniowego, w którym odpisów być nie powinno).

Jeśli chodzi o osoby prawne, to podatek w przyszłym roku zmniejszy się z 24 do 21 proc., a w roku 2009 do 19 proc. Zwiększony zostanie za to podatek VAT na niektóre produkty - m.in. jedzenie i leki - z 5 na 9 proc., a to dotknie każdą rodzinę. Nie ma więc mowy o prawdziwym podatku liniowym, takim jak na Słowacji (tam wprowadzono stawkę w wysokości 19 proc.). Czescy analitycy są zgodni, że reforma jest zbyt łagodna, by radykalnie wpłynęła na tempo rozwoju gospodarki. Może jednak zwiększyć motywację pracowników - to jednak zasługa nie tyle zmian podatkowych, co raczej cięć socjalnych.

Bo one także czekają Czechów. Zupełną nowością będą opłaty w służbie zdrowia. Symboliczną, bo w wysokości 30 koron (ok. 4 zł), ale jednak opłatę będą musieli wnieść za wizytę u lekarza, podobnie za wypisanie recepty, a dwa razy więcej za dzień pobytu w szpitalu (z opłat zwolnieni będą przewlekle chorzy). Zmniejszone zostaną też zasiłki, np. becikowe. Zasiłki na dzieci otrzymają już tylko rodziny o niskich dochodach. Rodzice pierwszaków w przyszłym roku nie dostaną już "kredkowego". Po narodzinach dziecka rodzice będą musieli zadeklarować, jak długo zostaną z nim w domu. Im szybciej wrócą do pracy, tym wyższa będzie pomoc państwa w czasie urlopu macierzyńskiego i wychowawczego. Zmniejszą się także zasiłki dla bezrobotnych.

Byt i świadomość

Wydaje się, że to początek końca szczodrego, czeskiego państwa opiekuńczego - bo trzeba zaznaczyć, że wszystkie te świadczenia były zdecydowanie wyższe niż w Polsce. Ciekawsze może więc od wpływu (pseudo)liniowego podatku na gospodarkę będą skutki społeczne cięć w sferze socjalnej.

- W całej tej reformie najważniejsze dla ludzi będzie wprowadzenie opłat w służbie zdrowia oraz podwyżka cen lekarstw - mówi w rozmowie z "TP" Nicolas Maslowsky, francuski socjolog od lat mieszkający w Pradze. Maslowsky uważa, że cięcia socjalne nie wyprowadzą Czechów na ulicę, ale mogą zapoczątkować aktywność związków zawodowych, które od 1989 r. raczej nie protestowały. - Były bierne, bo początkowo ograniczały je konotacje z okresem reżimu komunistycznego, który przecież współtworzyły. Jednocześnie nie było konkurencji między związkami, jak w Polsce między OPZZ i "Solidarnością" - mówi Maslowsky. - Związki zawodowe są w Czechach słabe, scentralizowane i dalekie od zwykłych ludzi. Należy do nich jedynie ok. 20 proc. pracujących.

Najprawdopodobniej więc swemu rozczarowaniu obywatele dadzą upust nie na ulicach, ale przy urnach wyborczych. Tym bardziej frapujące jest, że na reformy zdecydował się prawicowy wprawdzie rząd Topolánka, ale jednocześnie rząd bardzo słaby: w parlamencie opiera się o głosy dwóch posłów niezależnych. Ale premier nie miał chyba innego wyjścia; jego partia ODS jest ugrupowaniem postulującym gospodarczy liberalizm. - Jeśli nie zrobiłby reform, straciłby władzę w ODS - uważa Maslowsky.

- Jako szef partii Topolánek może być spokojny o społeczne skutki reform, bo jego wyborców, którzy przeważnie mają dochody powyżej średniej, zmiany raczej nie dotkną - mówi czeski publicysta Alexandr Mitrofanov w rozmowie z "TP". - Możliwe jednak, że ODS będzie teraz postrzegana jako partia najbogatszych i straci tych wyborców, którzy wybierali ją z innych powodów niż jej program gospodarczy. Potencjalnie najgroźniejsze są zmiany w służbie zdrowia, bo historyczne przywiązanie do bezpłatnej opieki lekarskiej jest silne nie tylko wśród sympatyków lewicy, ale także wśród całej starszej i średniej generacji.

Przyszłe problemy z opłatami u lekarza wietrzą już firmy windykacyjne. Dziennik "Lidové Noviny" pisze, że pojawiły się pierwsze oferty dla lekarzy: jeśli pacjent nie będzie chciał płacić, miałby zająć się nim windykator.

O zachowanie bezpłatnej służby zdrowia zamierza walczyć opozycja. Socjaldemokraci zapowiadają zaskarżenie reformy do Trybunału Konstytucyjnego. Konstytucja stanowi bowiem: "Każdy ma prawo do ochrony zdrowia. Obywatele na podstawie powszechnego ubezpieczenia mają prawo do bezpłatnej opieki lekarskiej oraz do środków leczniczych, na warunkach stanowionych przez prawo" (art. 31). Zdaniem prawników, wniosek lewicy ma szanse na sukces. Zdaniem analityków, jest to tylko posunięcie polityczne.

Gdzie Czechy, gdzie Polska

Sytuację Czech trudno porównywać do Polski. Inny jest stan gospodarki, inne społeczeństwo i jego świadomość, inne problemy. Opieka społeczna nie jest w Polsce tak szczodra, zasiłków jest mniej i są niższe. Poza tym Polacy przechodzili już przez szok, który Czesi mają jeszcze przed sobą. Nie znaczy to jednak, że ich reformy nie mogą być dla Polski impulsem - jeśli nie do działania, to choć do refleksji. Posunięcia rządu Topolánka nie są zbyt radykalne, ale też pozycja zwolenników reform w koalicji rządzącej i w parlamencie nie była silna. Niemniej Czesi dołączają do innych państw regionu, które poważnie zabrały się za reformowanie państwa. Podatek liniowy płacą dziś mieszkańcy krajów bałtyckich, Słowacy, Rumunii, Ukraińcy i Rosjanie. Polacy pozostali osamotnieni wraz z Węgrami, których gospodarka jest w kiepskim stanie, oraz z... Białorusią.

- Nie jest przypadkiem, że podatek liniowy jest rozpowszechniony w naszej rozwijającej się części Europy - mówi w rozmowie z "TP" Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu. - W krajach zachodnich są wysokie podatki progresywne. Dużo się państwu płaci, ale i dużo w zamian dostaje. To swego rodzaju umowa społeczna. Podatnik płaci całe życie, ale wie, że na starość czeka go wysoka emerytura i świadczenia. W naszych krajach takie zasady nie obowiązują.

Wydawać by się mogło, że popularność podatku liniowego wiąże się z brakiem zaufania do państwa: wolimy mniej płacić do wspólnego worka i sami o siebie zadbać. Do polskiej mentalności to pasuje, do czeskiej - wcale. Na razie jednak to Czesi zbliżają się do podatku liniowego, a w Polsce ostrożnie mówi o nim tylko Platforma Obywatelska.

Jednym z głównych powodów popularności podatku liniowego, szczególnie eksponowanego w przypadku słowackim, jest zwiększenie zagranicznych inwestycji. To przekonanie o związku między takim podatkiem a inwestycjami jest jednak chyba nieuzasadnione. - Dla inwestora podatek, jaki musi zapłacić, jest oczywiście ważny. Jeśli jest niski, to jest bezsprzecznie magnesem, ale istotne są też inne czynniki, jak trwałość i stabilność systemu podatkowego - mówi Jankowiak.

Mówiąc inaczej: każdy chciałby wiedzieć, jaki podatek zapłaci za rok i za pięć lat. Być może dlatego w zeszłym roku mała Holandia przyciągnęła więcej inwestycji niż cała Europa Środkowa. To nad przejrzystością i przewidywalnością systemów gospodarczych powinny więc pracować tygrysy i tygrysiątka.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 36/2007