Reklama

Trójkąt przemian

Trójkąt przemian

16.02.2003
Czyta się kilka minut
Julian Barnes, rocznik 1946, debiutował w latach 70., razem z „potężną gromadką” pisarzy - Salman Rushdie, Ian McEwan, Martin Amis, Graham Swift - którzy wkrótce mieli tak spektakularnie odnowie prozę brytyjską. Największe uznanie zdobył za swoją trzecią powieść „Papuga Flauberta”. Teraz ukazała się po polsku kolejna jego powieść „Pomówmy szczerze...”.
H

Henry James, jeden z tych wielkich pisarzy, któremu powieść współczesna zawdzięcza tak głęboką samoświadomość, zwrócił uwagę na zależność między fabułą dzieła a postaciami literackimi: „Czym jest postać, jeśli nie elementem determinującym fabułę? Czym jest fabuła, jeśli nie ilustracją postaci?”. Postacie nie istnieją poza fabułą, są takim samym składnikiem dzieła literackiego jak wątek, epizod czy narrator. Ich głos jest jedynie papierowym głosem, a granice ich świata są granicami tekstu, w którym występują. Powieść Barnesa jest tego dobitnym przykładem.

W opublikowanej w 1991 roku książce Barnes odchodzi od tradycyjnej powieściowej narracji. Historia miłosnego trójkąta opowiedziana jest całkowicie głosami jej bohaterów, z których każdy prezentuje swoją wersję wydarzeń. Nie znajdziemy tu ani narratorów, ani odautorskich komentarzy, a postacie ujawniają się tylko w tym, co i jak mówią. Otrzymujemy utwór polifoniczny, rzecz rozpisaną na trzy prowadzone równolegle, samodzielne głosy.

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że Barnes zafundował nam wielogłosową, choć w sumie banalną historię o miłości, skupiając się zwłaszcza na temacie przepoczwarzania się miłości w małżeństwo, czyli na procesie, który jeden z francuskich aforystów nazwał kiedyś tłumaczeniem poezji na prozę. W tę prostą historię wplątanych jest dwóch biegunowo różnych przyjaciół: Stuart, urzędnik bankowy, bez polotu i fantazji, żyjący życiem dostatnim, uporządkowanym, ale jałowym, oraz Oliver, typ pewnego siebie dandysa, złotoustego erudyty, lekceważącego społeczne normy i oczekiwania, który prowadzi żywot zapożyczającego się nieustannie pieczeniarza. Zestawienie dwu tak silnie skontrastowanych postaci daje Barnesowi możliwość zderzenia diametralnie odmiennych spojrzeń na świat, nieprzystających do siebie systemów wartości, a ponieważ obaj bohaterowie opowiadają o tych samych zdarzeniach, czytelnik ma do czynienia ze światem, który mnoży się i pęka, potwierdzając starą prawdę o tym, że obraz świata zależy od obserwatora.

Do tej dwójki bohaterów dołącza jeszcze jedna postać, Gillian. Na przestrzeni 240 stron książki staje się żoną Stuarta, przeżywa romans z Oliverem, rozwodzi się z mężem i wychodzi za Olivera. Do tych kilku wydarzeń sprowadza się w zasadzie fabuła powieści. Piszę „w zasadzie”, gdyż pod zewnętrzną sekwencją zdarzeń rozgrywa się inna jeszcze historia. Opowieść o przyjaciołach, którzy zamieniają się w kochanków, a potem w małżonków, jest bowiem przede wszystkim przypowieścią o tym, jak wraz ze zmianą ról zmienia się nasza tożsamość. To swojego rodzaju Księga Przemian, którą Barnes ujął w ramy współczesnej powieści obyczajowej, nie bez kozery przywołując w jednym z fragmentów „Przemianę” Kafki i wskazując tym samym na metamorfozę jako jeden z głównych tematów powieści.

Bohaterowie Barnesowskiego trójkąta przechodzą liczne przemiany w efekcie zmieniających się ról i relacji wiążących ich z innymi. Kochanek zamienia się w małżonka, przyjaciel we wroga, a wróg w sojusznika. Rozwijając ten temat, Barnes nie omieszkał zaproponować analogii między miłością a ekonomią; przypomniał, że w języku angielskim „przekształcić” znaczy też „przenieść akt własności na kogoś innego”, a znaczone ślubami i rozwodami historie miłosne są historiami o wymianie takiej samej jak ta, która leży w naturze pieniądza.

W przekonaniu, że nasza tożsamość zależy od miejsca, jakie zajmuje w zmieniających się okolicznościach i konfiguracjach, Barnes tworzy pozornie trwałe układy po to tylko, żeby po chwili pokazać ich kruchość i tymczasowość. Romans Olivera z żoną najbliższego przyjaciela wprowadza chaos do gry, w której karty zostały już rozdane, podobnie jak rzucona jakby mimochodem sugestia, że dwóch głównych przyjaciół może wiązać więź homoerotyczna. Grający muszą na nowo przemyśleć swoje role; nie są już tym, kim byli do tej pory. Do świata, którego porządek został zakłócony, wkrada się coraz częściej nieprzewidywalno ść, o czym wie dobrze Gillian: „w pewnym momencie podeszłam do regału z książkami i bezmyślnie podniosłam leżący tam płatek. Niebieski płatek. Włożyłam go do ust i połknęłam”. Ten absurdalny gest jest sygnałem, że układ, w którym dotychczas funkcjonowała, zaczyna się sypać. Rozpoczyna się przemiana.

W powieści Barnesa dokonuje się jeszcze jedna metamorfoza, która niestety niemal całkowicie zaginęła w polskim przekładzie. Dwaj panowie, zamieniając się rolami (Oliver zajmuje miejsce Stuarta u boku Gillian), zamieniają się też językami. Wyrafinowana angielszczyzna Olivera zanika, staje się coraz bardziej kolokwialna, gdy w tym samym czasie angielszczyzna Stuarta ulega sublimacji. Wraz ze zmianą języka zmienia się także ich osobowość - Oliver przestaje być elokwentnym erudytą, staje się coraz bardziej prostacki; Stuart, jakby ilustrując tezę o uszlachetniającym działaniu cierpienia, zamienia się w osobę o zdwojonej wrażliwości i przenikliwości. W przemianie tej potwierdza się przytoczona na wstępie teza Jamesa o zależności postaci od fabuły: ale tak jak postać jest funkcją zdarzeń, tak tożsamość jest funkcją miejsca w zmieniającym się układzie. Postaci same z siebie są więc nikim, bądź - przeciwnie - nieskończoną, kalejdoskopową wielością, otwartą możliwością nieustannych przemian.

By stać się kimś, bohaterowie Barnesa potrzebują kogoś drugiego, co Barnes komentuje słowami przywodzącymi na myśl biskupa Berkeleya: „istniejemy jedynie wtedy, gdy nasze istnienie jest postrzegane przez kogoś czy coś innego niż my sami”. I Barnes nam tę prawdę konsekwentnie uświadamia, pokazując, jak jego bohaterowie napełniają się treścią tylko wtedy, gdy widzą je i mówią o nich inne postacie. Wyłaniają się z niebytu nie tyle jako monologujące głosy, ile jako postacie dramatu w opowieściach innych bohaterów. Każda zdobywa swoją tożsamość jedynie w zestawieniu z inną postacią, jest tworem do końca niezdefiniowanym, zmiennym i względnym, wypadkową relacji zachodzących między pozostałymi postaciami. Postacie są jak kolory: „gdy się zestawi dwie barwy ze sobą, każdą z nich zaczyna się postrzegać inaczej”.

Prosta opowieść o trójkącie miłosnym jest więc w gruncie rzeczy przypowieścią o niepewnej, zmiennej tożsamości, uwikłaną do tego w dyskusję nad językową realnością postaci literackich. Od kwestii językowych zresztą (nieprzekładalnych na polski) zaczyna się ta książka. Zanim dadzą się nam bliżej poznać, bohaterowie spierają się o to, czy po zaimku „nikt” powinno nastąpić orzeczenie w liczbie pojedynczej czy mnogiej. Jeśli, zgodnie ze słowami Henry'ego Jamesa, Oliver, Stuart i Gillian są jedynie elementami powieści determinującymi fabułę, to w rzeczywistości nie istnieją, są nikim. Ale nikim, który w tej polifonicznej powieści na pojedynczo ść nie chce i nie może się zgodzić.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]