Współczesne kino japońskie zwykle dociera na nasze ekrany ze stemplem któregoś z prestiżowych festiwali, oczywiście zachodnich. W taki sposób poznawaliśmy filmy Ryûsuke Hamaguchiego („Drive My Car”, 2021) czy Hirokazu Kore-edy („Złodziejaszki”, 2018).
Kabuki na wielkim ekranie
Inne kino, bez rozpoznawalnych laurów i recenzenckich laurek, najczęściej funkcjonuje u nas w bardzo wąskim obiegu festiwalowym, by wspomnieć tutaj bezcenny pod tym względem Festiwal Filmów Azjatyckich Pięć Smaków. Dlatego tak bardzo cieszy wejście na duże ekrany tytułu, który w swojej ojczyźnie pobił niedawno rekord kasowy wszech czasów. A świat usłyszał o „Kokuho” trochę więcej dopiero za sprawą nominacji do Oscara, w kategorii charakteryzacja i fryzury.
Nie da się ukryć, że to właśnie walory wizualne są tym, co szczególnie wyróżnia film Sanga-il Lee. Bo trudno o scenerię bardziej spektakularną niż teatr kabuki i w taki świat wprowadza nas już pierwsza scena. Kamera kocha tę doskonałą sztuczność i ściśle skodyfikowane ruchy w połączeniu z gigantycznymi emocjami, jakie aktorzy performują, a ich widzowie przeżywają. Owe bajeczne, zmieniane wprost na scenie kostiumy, soczysta kolorystyka i przerysowane makijaże zyskują w maksymalnych zbliżeniach.
Przypomnijmy, że filmową moc kabuki dostrzegł zakochany w tamtejszej kulturze Andrzej Wajda, przenosząc na ekran w 1994 roku swój tokijski spektakl „Nastazja”, z podwójną rolą Tamasaburō Bandō V. Ten mistrz teatru wyspecjalizował się w rolach żeńskich zwanych onnagata, bowiem kabuki, powstałe w Kioto na początku XVII wieku, rychło zakazało kobietom występów z powodów obyczajowych. „Kokuho” już na początku wyjaśnia tę kulturową specyfikę i woli pozostać wierne rodzimej tradycji, aniżeli łączyć ją na przykład z kinem queerowym.
Dwaj adepci, jedna scena w „Kokuho”
Film Lee pozostaje także mocno umocowany w hierarchiach czy splendorach funkcjonujących do dzisiaj w świecie japońskiej kultury. Na przestrzeni półwiecza opowiada „Kokuho” o chorobliwych ambicjach i o męskiej rywalizacji, jaka staje się udziałem dwóch adeptów teatru: Kikuo, czyli syna jednego z szefów jakuzy, który po śmierci ojca zostaje adoptowany przez mistrza kabuki, oraz Shunsuke, rodzonego syna tegoż mistrza.
Pierwszy z chłopców, choć pochodzi z rodziny zaprawionej w zgoła innych sztukach, szybko przerasta na scenie przybranego brata. Mamy więc archetypiczny konflikt, bo Kikuo jako początkujący onnagata nie tylko dużo bardziej się przykłada, lecz i zyskuje przychylniejsze spojrzenie nowego ojca. A ten namaści go wkrótce na swego następcę.
Toteż drogi młodych mężczyzn, którzy wcześniej razem dorastali, przyjaźnili się i występowali, muszą się rozejść, ale przetną się jeszcze nie raz we wspólnej pasji. Często będzie ona silniejsza niż życie i cała reszta. Chodzi wszak o zostanie tytułowym kokuhō, Żywym Skarbem Narodowym – to miano otrzymują w Japonii wyłącznie absolutni mistrzowie w artystycznym fachu. Posiadał je na przykład wspomniany aktor Wajdy, a w filmie Lee dzierży ów tytuł sędziwy pan Mangiku, legenda teatru, która stała się inspiracją dla młodych bohaterów.
„Kokuho” jest więc filmem o bezwzględnym dążeniu do mistrzostwa oraz „złym” i „dobrym” urodzeniu, które często determinują zachowania Kikuo i Shunsuke. Pierwszy, z wielkim puchaczem wytatuowanym na plecach, wyrwał się co prawda z przemocowego otoczenia, ale że „genu dłutem nie wydłubiesz”, poddaje swoje aktorskie ciało morderczej tresurze. No i traumatyczna przeszłość Kikuo daje o sobie znać zarówno w życiu, jak i na scenie, podczas gdy wychowanemu w teatrze Shunsuke ta „dobra” krew zapewnia przywileje i względną osłonę psychiczną.
Na szczęście japoński reżyser i jego scenarzystka Satoko Okudera, przenosząc na ekran powieść Shuichiego Yoshidy, akcentują też liczne nieoczywistości i komplikacje pojawiające się w ramach tych fundamentalnych różnic. Nie zmienia to faktu, że ów rozbuchany plastycznie film o zniewalającej sile sztuki jest portretem brutalnym – i to bez dosłownych przedstawień przemocy.
Epopeja pełna meandrów
Również epickość „Kokuho” odsłania czasami dwie różne strony tego samego medalu. Bo Lee składa hołd teatralnej tradycji i zarazem wplątuje swego widza w narracyjne meandry. Role Kikuo i Shunsuke odgrywa po dwóch aktorów (pierwszego gra Ryo Yoshizawa i znany z „Monstera” młodziutki Sōya Kurokawa, a drugiego dorosły Ryusei Yokohama i młodszy Keitatsu Koshiyama), co normalne w przypadku opowieści tak rozłożonych w czasie. Łatwo jednak się pogubić – kto w danym momencie jest kim i dlaczego tak postępuje, nie mówiąc o tytularnych czy imiennych dystynkcjach.
Jeśli jednak poprowadzi nas niesłabnąca ciekawość wobec odmiennej kultury, prawie trzygodzinny seans może być frapującym doświadczeniem. Zwłaszcza przedstawienia kabuki, z ich poetyckimi nazwami i niezrozumiałymi dla laika środkami wyrazu, odtwarzane tu pod eksperckim nadzorem. A także same przygotowania do spektakli, gdy zmysłowo oświetlone męskie ciało przyjmuje na siebie kolejne warstwy charakteryzacji i kilkudziesięciokilogramowych przebrań, zanim przeistoczy się w „żywy obraz”.
Blask i ciężar japońskiej tradycji
W scenach rozgrywających się poza teatrem w Osace próbuje Lee trochę zrównoważyć japońską specyfikę hollywoodzkim sposobem opowiadania, telenowelowymi wątkami albo bardziej generyczną muzyką. Czasami zupełnie niepotrzebnie. Film miał być z założenia „skarbem narodowym”, esencją japońskości i, patrząc na wyniki tamtejszych kin, dokonał tego w podwójnym znaczeniu.
Bo mimo uproszczeń nie serwuje zachodniemu widzowi egzotycznej pocztówki czy czegoś w rodzaju turystycznego vouchera na spektakl kabuki. Dziś, kiedy obala się dawne pomniki, „Kokuho” przywołuje blask, jak i ciężar tradycji, wpisanej nie tak dawno na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. Trudno bowiem nie dostrzec jej anachroniczności, choćby w temacie onnagata.
Niezależnie od tego, czy finalnie reżyser bardziej tę tradycję celebruje, czy krytykuje, ta wystawna epopeja – której herosi schodzą ze sceny okaleczeni psychicznie i fizycznie lub zostają na niej aż do swojego końca – pozostawia widza z obrazami mocno skażonymi. Całe to piękno i krew zostawiają też ślady na samym filmie, w którym nie tylko ze względu na metraż jest chwilami coś nieludzkiego. Chodzi o perfekcję, która przynosi na ekranie imponujące efekty, ale przypomina „zimną rywalizację”, w której stawką są nie tyle nasze emocje, co bezwarunkowy zachwyt.
„KOKUHO” – reż. Sang-il Lee. Prod. Japonia 2025. Dystryb. Kinoteka. W wybranych kinach.
Sang-il Lee jest japońskim reżyserem o korzeniach koreańskich. Kręci filmy od 2002 roku. Za komedię „Tancerki hula” (2006) otrzymał w swoim kraju wiele nagród; uznanie przyniosły mu także „Bez przebaczenia” (2013) i „Gniew” (2016). Najnowszy jego film, „Kokuho”, był w tym roku japońskim kandydatem do Oscara. Reżyser otrzymał też nagrodę za całokształt im. Akiry Kurosawy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















