W upalny letni wieczór Xiao Yuhui co parę minut sprawdza czas na elektronicznym zegarku. Wówczas na wyświetlaczu pojawia się zdjęcie jego żony i dzieci. Jego niewielka walizka stoi już spakowana w przedpokoju, tuż przy drzwiach jednopiętrowego szeregowca.
Dom stoi nieopodal dzielnicy uniwersyteckiej w Tajpej, stolicy Tajwanu. Przez ostatni rok Xiao Yuhui mieszkał w nim razem z dwoma innymi chińskimi dysydentami. Teraz siedzimy i czekamy, aż urzędnicy z agencji migracyjnej przyjadą, aby odwieźć go na lotnisko.
W styczniu 2023 r. Xiao Yuhui przepłynął na desce surfingowej pięciokilometrową cieśninę, która oddziela Xiamen (portowe miasto w chińskiej prowincji Fujian) od wyspy Kinmen (należącej już do Tajwanu). Od tego czasu nie zgromadził zbyt pokaźnego dobytku. Ze sobą zabierze teraz tylko to, co zmieści się w walizce – resztę rozdaje. Przyjacielowi, który przyszedł go pożegnać, wręcza tablet. Otwiera też przed nim szafę, w której wiszą jeszcze dwie pary dżinsów i koszulki polo.
Kurtkę spakował. W Kanadzie, gdzie Xiao wyląduje następnego dnia, kurtka przyda się od razu.
Policja zaprasza „na herbatę”
Xiao Yuhui postanowił uciec z komunistycznego państwa w deszczową noc, gdy zła pogoda uśpiła czujność chińskiej straży przybrzeżnej. Aby nie stracić azymutu, na morzu używał nawigacji w telefonie. Chował go pod kurtką, by światło ekranu nie zdradziło jego obecności. W rozmowie wspomina, że niebezpieczna przeprawa nie budziła w nim obaw. Większym ryzykiem byłoby dla niego pozostanie w Chinach.
Xiao mówi, że od paru lat był już pod lupą aparatu policyjnego. Zaczęło się od zaproszeń do komisariatu „na herbatę”. Podczas tych „herbatek” policjanci próbowali wybić mu z głowy „wywrotową działalność”. Z czasem nieformalne ostrzeżenia przerodziły się w formalne już wielogodzinne przesłuchania i epizodyczne pobyty w areszcie. Czara goryczy, wspomina Xiao, przelała się, gdy funkcjonariusze zaczęli przychodzić do szkoły jego córki.

44-letni Xiao, ojciec trojga dzieci, zasłynął w środowisku aktywistów jako działacz na rzecz praw reprodukcyjnych. Aż do 2015 r. w Chinach obowiązywała tzw. polityka jednego dziecka, a posiadanie kolejnych wiązało się z karami (zwykle finansowymi) i trudnościami w zarejestrowaniu dziecka w urzędzie, szkole, przychodni itd. W 2015 r. władze podniosły ten limit do dwojga dzieci, a w 2021 r. zniesiono wszelkie ograniczenia.
Ale zanim Pekin dostrzegł, że krajowi grozi tzw. ujemny przyrost demograficzny (co dziś jest już faktem), rodzice „ponadliczbowych” dzieci mieli ciężko. Xiao pełnił funkcję ich pełnomocnika w procedurach administracyjnych, organizował dla nich szkolenia. Na początku działał w obrębie struktur rządowych, ale z czasem został zepchnięty do szarej strefy, aż w końcu władze uznały jego działalność za nielegalną.
Od komunisty do buntownika
W miarę, jak kurczyła się przestrzeń swobód obywatelskich w Chinach, Xiao zaczął zmieniać swoje myślenie o systemie politycznym kraju, w którym przyszło mu żyć.
Urodzony w 1980 r., dorastał w okresie dwucyfrowego wzrostu PKB Chin, błyskawicznego rozwoju infrastruktury i ogromnej poprawy warunków życia zwykłych rodzin. Przez dużą część swej młodości wierzył, że rządy Komunistycznej Partii Chin (KPCh) odpowiadają społecznym realiom jego kraju.
Wkrótce jednak uznał, że cena, jaką społeczeństwo płaci za materialny dobrobyt, jest za wysoka, a jego zaangażowanie zaczęło przybierać charakter polityczny. Rozklejał więc na ulicach plakaty z hasłami prodemokratycznymi, zbierał podpisy pod antyrządowymi petycjami. Na WeChacie – najpopularniejszym komunikatorze w Chinach – publikował posty wspierające protesty w Hongkongu, których uczestnicy demonstrowali przeciw naruszaniu jego autonomii przez Pekin.
O tym, jak Xiao Yuhui postrzega swoją rolę, świadczy jego zdjęcie profilowe na Line (to najpopularniejsza aplikacja społecznościowa na Tajwanie). W małej ikonce widnieje scenka wykonana z klocków lego, która odtwarza słynną fotografię, wykonaną 4 czerwca 1989 r. podczas krwawego tłumienia protestów na pekińskim placu Niebiańskiego Spokoju: samotny mężczyzna stoi naprzeciw kolumny czołgów, blokując ich przejazd.
Upadek ostatniego bastionu wolności
Dla takich ludzi jak Xiao, którzy podejmowali decyzję o opuszczeniu opresyjnych Chin, jeszcze kilka lat temu naturalnym kierunkiem był Hongkong. Tam przenosili się dysydenci lub artyści, którzy nie mogli już swobodnie tworzyć w ojczystym kraju. Nawet zwykli turyści z ChRL, dla których Hongkong był częstym celem wycieczek, mogli podczas nich kupować np. zakazane w kraju książki.
Zmieniło się to w 2020 r., gdy Pekin wprowadził w mieście – dotąd autonomicznym – drakońską ustawę o bezpieczeństwie narodowym. Penalizuje ona dążenie do secesji czy obalenia władzy, terroryzm i zmowę z siłami zagranicznymi – przy czym czyny te definiuje bardzo szeroko, a próg, za którym można już mówić o takim przestępstwie, określa bardzo nisko (może to być np. udostępnienie w sieci artykułu krytycznego wobec KPCh). Ustawa wprowadza kary sięgające dożywocia.
W kolejnych latach setki działaczy stanęły przed sądem, dziesiątki organizacji pozarządowych rozwiązano, a niezależne media musiały zakończyć działalność. Nowe prawo zniszczyło wyjątkowy charakter Hongkongu – do tej pory demokratycznego bastionu w autorytarnych Chinach.
Z Hongkongu w świat
Kiedy Xiao planował ucieczkę z Chin, nawet nie pomyślał więc o „pachnącym porcie” (to dosłowne tłumaczenie nazwy Hongkong). Zresztą także wielu dysydentów z Chin, którzy wcześniej przenieśli się do Hongkongu, postanowiło stąd wyjechać. Wśród nich Huang Wenhai, współlokator Xiao w Tajpej, który kręcił filmy dokumentalne o aktywistach i marginesie społecznym Chin. Na Tajwan wolał przenieść się jeszcze w 2019 r.
Z Hongkongu zdecydowała się wyjechać także część jego mieszkańców. Szacunki wyjazdów wahają się między 200 tys. a 600 tys. osób – to skala porównywalna do emigracji, która poprzedziła przekazanie Hongkongu Chinom przez Wielką Brytanię w 1997 r. Według badań opinii publicznej, prowadzonych przez Chinese University of Hong Kong z końca 2023 r., aż 38 proc. tych, którzy pozostali, chce wyjechać. O Tajwanie myśli prawie 11 proc. z nich. Tylko trochę więcej, bo 14 proc., chciałoby przenieść się do Wielkiej Brytanii (żyje tam spora społeczność emigrantów z Hongkongu), Australii (12 proc.) i Kanady (11 proc.).
Na Tajwan przeniosło się też wiele organizacji pozarządowych i instytucji kultury. W tym słynna księgarnia Causeway Bay, która – zanim opuściła Hongkong – naraziła się Pekinowi, sprzedając skandalizujące książki o życiu chińskich przywódców.
Tajwański azyl
Podczas naszej rozmowy Xiao Yuhui dzieli się romantycznym przekonaniem, mocno zakorzenionym w środowisku chińskich dysydentów, że Tajwan to „stare Chiny”, niezbrukane brutalną XX-wieczną historią. Postrzega wyspę jako azyl dla prawdziwej chińskiej kultury, którą na kontynencie zmonopolizowała i zdeformowała KPCh. Jednak Xiao Yuhui ma świadomość, że pogląd ten raczej nie przypada do gustu młodym Tajwańczykom, którzy nie czują żadnej wspólnoty z Chinami i nie chcą być z nimi utożsamiani.
Niemniej to właśnie ci Chińczycy uchodzący z kontynentu, którzy chcą żyć w wolnym kraju, a jednocześnie chcą pozostać w swoim kręgu kulturowym, kierują się – tak jak Xiao – na Tajwan. Cenią sobie wysokie standardy demokratyczne: wolną prasę, żywe społeczeństwo obywatelskie, otwarcie na mniejszości seksualne (w 2019 r., jako pierwszy kraj w Azji, Tajwan zalegalizował śluby par tej samej płci).
Oraz oczywiście wspólnotę językową – na Tajwanie oficjalnym językiem jest także mandaryński. Pozwala to na szybszą integrację.
Językowy rebeliant
Właśnie ze względu na język na Tajwan zdecydował się przybyć Bei Ling. Ten dysydencki poeta z paszportem USA – i do niedawna drugi współlokator Xiao Yuhuia – wygląda jak intelektualista wyjęty z innej epoki: luźna koszula z tradycyjnym mandaryńskim kołnierzem, małe okrągłe okulary, długie siwiejące włosy. Na Tajwanie spędza większość roku, ale teraz, gdy Xiao żegna się z Tajwanem, przebywa w swym drugim domu w Bostonie.
Poza Chinami Bei Ling mieszka już blisko 40 lat, a na Tajwanie postanowił osiąść przed dekadą. Motywacją dla tej przeprowadzki było wskrzeszenie wydawnictwa Qingxiang (Orientacja), które założył w latach 90. XX w. w Pekinie. Za tamtą działalność wydawniczą zapłacił w 2000 r. aresztem. Zwolniony pod presją środowiska amerykańskich pisarzy na czele z Susan Sontag, został deportowany do USA. Odtąd nigdy nie udało mu się odwiedzić Chin – ostatni raz próbował w 2009 r., ale utknął w komisariacie na pekińskim lotnisku.
Na Tajwanie wydawnictwo Qingxiang zajmuje się publikacją książek zakazanych w Chinach, autorstwa opozycyjnych pisarzy i poetów. Szczególnie bliska Bei Lingowi jest tematyka wygnania i twórczość pisarzy emigracyjnych. W kolekcji wydawniczej ma zarówno pozycje autorów z Państwa Środka (m.in. książki Liao Yiwu i Ma Jiana), jak i z Europy (m.in. Václava Havla, Adama Zagajewskiego, Czesława Miłosza).
Wydawnictwo publikuje książki, używając tradycyjnych chińskich znaków, nadal stosowanych na Tajwanie i w Hongkongu. W ChRL nie używa się ich od lat 50. XX w., gdy komuniści przeprowadzili reformę upraszczającą pismo (w ramach walki z analfabetyzmem). Bei Ling używa zapisu tradycyjnego nawet w prywatnych wiadomościach. Twierdzi, że lepiej oddaje on ducha chińskości.
Restrykcyjna agencja imigracyjna
Bei Lingowi udało się zapuścić korzenie na Tajwanie. Kupił dom w górach (do tajpejskiego mieszkania przyjeżdża raz w tygodniu, po zakupy na targu), ma zezwolenie na pobyt stały i chce starać się o tajwańskie obywatelstwo.
Ale takich dobrych finałów jest tutaj niewiele. Jak mówi mi w prywatnej rozmowie urzędniczka tajwańskiej Narodowej Agencji Imigracji, mało który przybysz z chińskiego kontynentu otrzymuje coś więcej niż zezwolenie na pobyt tymczasowy, które trzeba odnawiać co rok.
Takie pozwolenie ma wspomniany Huang Wenhai. Dzięki renomie, jaką ma w środowisku filmowym, dostał pracę na jednym z tajpejskich uniwersytetów – jako kurator kolekcji niezależnych chińskich filmów dokumentalnych. Parę miesięcy temu, po pięciu latach życia i pracy na Tajwanie, złożył wniosek o zezwolenie na pobyt stały. Po jakimś czasie przyszła odmowa. Powód? Agencja tłumaczy, że Huang ma już zezwolenie na pobyt w Hongkongu.
W gorszej sytuacji był Xiao: dostał zezwolenie na pobyt, ale bez prawa pracy i bez ubezpieczenia zdrowotnego. Wspomina, że gdy miał zawroty głowy i biegunkę, bał się iść do lekarza ze względu na koszty wizyty. Ostatecznie podjął nielegalnie pracę (pensja szła na konto reprezentującego go prawnika) i korzystał z pomocy organizacji kościelnych.
Teraz, przed wyjazdem do Kanady, przedstawia swoje ostatnie wydatki: kurtka za 200 tajwańskich dolarów (ok. 25 zł), produkty spożywcze na targu, piwo pożegnalne.
W rozmowie przyznaje, że już wkrótce po tym, jak przybył na wyspę, zrozumiał, że raczej nie zostanie tu na dłużej.
Z obawy przed szpiegami
Osobny temat na wyspie – to dezerterzy. Do lat 90. XX w. Tajwan regularnie udzielał azylu dezerterom z Chin. Jeszcze wcześniej, po zakończeniu wojny koreańskiej, w 1954 r. Tajwan przyjął ponad 14 tys. jeńców z Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, którzy nie chcieli wracać do ojczyzny. Zostali okrzyknięci „antykomunistycznymi bohaterami”.
Otwarcie na tę kategorię uciekinierów było związane z ambicjami dyktatorskich rządów partii Kuomintang na Tajwanie. W 1949 r., po przegranej wojnie domowej z komunistami, Kuomintang ewakuował się na wyspę. Przez dekady postrzegał siebie jako prawowitą władzę całych Chin i miał nadzieję, że kiedyś uda mu się odbić kontynent. Przyjmowanie dezerterów z ich ekwipunkiem było więc i opłacalne (wzmacniało militarnie Tajwan), i zgodne z kreowanym przez Kuomintang wizerunkiem Tajwanu jako ostatniego kawałka wolnych Chin.
W 1991 r., równolegle do procesu demokratyzacji, Tajwan porzucił jednak ambicje odbicia kontynentu, a przyjmowanie dezerterów stało się problematyczne. Według wspomnianej urzędniczki dziś to delikatny temat, którego unikają wszystkie partie. Z dwóch powodów. Po pierwsze, politycy nie chcą dodatkowo antagonizować Pekinu. Po drugie, obawiają się, że masowe przyjmowanie dezerterów – i szerzej: politycznych uciekinierów – sprawi, iż Tajwan stanie się łatwiejszym łupem dla chińskich szpiegów.
Samolot do Vancouver
A narodowa solidarność? Dziś Tajwańczycy coraz częściej czują się osobnym narodem – i nie poczuwają się już do odpowiedzialności za sąsiadów z drugiej strony cieśniny.
Nie pomaga też fakt, iż Tajwan nie jest stroną konwencji o uchodźcach (m.in. ze względu na nieuregulowany status międzynarodowy). Jako kraj demokratyczny współpracuje jednak z partnerami, zwłaszcza z USA i Kanadą, do których odsyła część azylantów.
Tak jak tego wieczoru Xiao Yuhuia. Aktywista ma nadzieję, że tam ułoży sobie życie, i że uda mu się sprowadzić z Chin rodzinę. Tyle że po angielsku Xiao nie mówi ani słowa i obawia się, że na początku może być mu trudno.
Zanim Xiao Yuhui poleci do Vancouver, jego przyjaciel i ja pijemy więc pożegnalne piwo Taiwan Beer. On sam zrezygnował z alkoholu i siorbie mrożoną herbatę z mlekiem. Zaraz mają przyjść urzędnicy. – Nie chcę być niegrzeczny – tłumaczy i uśmiecha się delikatnie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















