Zero Day Attack. Jak Tajwańczycy wyobrażają sobie inwazję Chin

Filmowa opowieść o heroicznej obronie Tajwanu przed chińską inwazją porusza tajwańskie społeczeństwo. Oraz ujawnia polaryzację w tajwańskiej polityce – równie głęboką jak polaryzacja w Polsce.
Czyta się kilka minut
Tajwańscy ochotnicy stawiają opór chińskim agresorom; kadr z serialu „Zero Day Attack”// Fot. Materiały prasowe
Tajwańscy ochotnicy stawiają opór chińskim agresorom; kadr z serialu „Zero Day Attack”// Fot. Materiały prasowe

Jest wiosenny dzień nieokreślonego roku. Na Tajwanie właśnie zakończyły się wybory prezydenckie. Zmiana władzy, zawsze pełna niepewności, to – w połączeniu z korzystnymi prądami morskimi – moment sprzyjający militarnym zapędom Pekinu.

I tak się dzieje. Oto nagle chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza ogłasza, że z jej radarów zniknął samolot lecący nad Morzem Południowochińskim, w pobliżu Tajwanu. Pod pretekstem akcji ratunkowej Pekin zaczyna blokadę wyspy. Tajwańczycy szybko orientują się, że to wojna.

Hipotetyczny scenariusz ataku na Tajwan

Inwazji militarnej towarzyszy inwazja informacyjna. W mediach społecznościowych pojawiają się fake newsy: o ucieczce tajwańskiego prezydenta, poddającej się armii i postępach najeźdźców (według Pekinu: wyzwolicieli).

Popularna influencerka apeluje, by „nie walczyć przeciw braciom” i przekonuje, że opór jest daremny. Telewizyjne orędzie prezydenta Tajwanu zostaje zhakowane, zamiast niego na ekranach pojawia się pekińska prezenterka nawołująca do współpracy z chińskimi żołnierzami.

Wkrótce gaśnie prąd, przestaje działać internet, zamykają się banki. Półki sklepowe pustoszeją, handel międzynarodowy w Cieśninie Tajwańskiej zamiera. W dół lecą notowania tajwańskich firm produkujących półprzewodniki. Bez nich globalne łańcuchy dostaw zaczynają drżeć w posadach.

W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.

Zmień ustawienia plików cookies

W chaosie budzi się „piąta kolumna”. Miejscowe gangi, od lat po cichu wspierane przez Pekin, wypuszczają z więzień kolaborantów, przejmują kontrolę nad strategicznymi drogami. Śpiewając „Międzynarodówkę”, wieszają transparenty z hasłami wyjętymi z propagandowego repertuaru Pekinu o „pokoju między dwiema stronami Cieśniny” i „odrodzeniu Chin”.

Serial „Zero Day Attack” rekordzistą na serwisach streamingowych

To się nie wydarzyło, jeszcze nie. Na razie to tylko scenariusz tajwańskiego serialu „Zero Day Attack”, który w dziesięciu odcinkach pokazuje, jak może wyglądać chiński atak na Tajwan.

Jednak, zdaniem jego twórców, nie jest on już tak całkiem fikcyjny – zważywszy na to, jak Chiny, od czasu rozpoczęciu przez Rosję inwazji przeciw Ukrainie, coraz śmielej manewrują wokół wyspy.

„Ktoś może myśleć, że to fantazja, ale tak naprawdę to jest już rodzaj dokumentu” – przekonywała Cheng Hsin-mei, producentka serialu.

Serial szybko zyskał popularność wśród tajwańskiej publiczności, bijąc rekordy na serwisach streamingowych. Wynika to po części ze świeżości ujęcia: choć Tajwańczycy od dekad żyją w cieniu potężnego chińskiego agresora, to aż do tej pory temat ten – chińska inwazja na Tajwan – nie był zbyt chętnie podejmowany w popkulturze.

Tabu, teraz przełamane, wynikało w dużej mierze z atrakcyjności chińskiego rynku (1,4 mld ludzi), w tym rynku filmowego, który oferuje większe pieniądze i rozpoznawalność niż rynek tajwański (24 mln odbiorców). Wielu tajwańskich aktorów i reżyserów nie chce ryzykować odcięcia od takich zasobów.

Polityczna polaryzacja na Tajwanie przypomina polaryzację w Polsce

Na reakcję Pekinu nie trzeba było zresztą długo czekać. Choć chińska armia sama regularnie publikuje materiały propagandowe symulujące blokadę wyspy, to teraz uznała, że tajwański serial powstał, by „siać niepokój” i „pchnąć Tajwańczyków w płomienie wojny”.

Warto tu przypomnieć, że Pekin od dekad mówi otwarcie o dążeniu do „ponownego zjednoczenia Tajwanu z macierzą” (w rzeczywistości komunistyczne Chiny nigdy nie sprawowały władzy nad wyspą) i wielokrotnie groził, że nie wyklucza użycia w tym celu siły.

Ale i na samej wyspie serial odsłonił na nowo głębokie pęknięcie w tutejszej polityce: między rządzącą Demokratyczną Partią Postępu (DPP) a opozycyjną Partią Narodową, Kuomintangiem (KMT). Podobnie jak w Polsce, społeczeństwo Tajwanu jest mocno spolaryzowane politycznie, a osią podziału jest tutaj stosunek do Chin Ludowych.

Kuomintang, który pod wodzą Czang Kaj-szeka w 1949 r. – po przegranej wojnie domowej z komunistami – ewakuował się z Chin na wyspę, nadal czuje duże przywiązanie do kontynentu, a w swoim programie podkreśla wspólne pochodzenie i dziedzictwo kulturowe Chińczyków oraz Tajwańczyków.

Choć Kuomintang nie kwestionuje obecnej faktycznej suwerenności Tajwanu, to uważa, że aby uniknąć wojny z Pekinem, należy rozwijać więzi gospodarcze, polityczne i ludzkie między dwoma brzegami Cieśniny. Te zaś – jak wytykają politycy Kuomintangu swoim oponentom – słabną od 2016 r., od kiedy urząd głowy państwa sprawują niezmiennie politycy Demokratycznej Partii Postępu.

Przygotowania do obrony Tajwanu przed inwazją

Nie dziwi więc, że także w sprawie serialu „Zero Day Attack” Kuomintang wytoczył tradycyjne działa, oskarżając jego twórców o „sprzedawanie suszonego mango”. W tajwańskim slangu oznacza to wywoływanie sztucznego lęku przed zagładą kraju.

Kuomintang zarzucił też DPP, jakoby finansowała swoją kampanię z publicznych pieniędzy, gdyż – faktycznie – dotacje rządowe pokryły ponad 40 proc. budżetu filmu (obrońcy produkcji argumentują, że to normalny sposób finansowania kinematografii). Zdaniem ​​polityków Kuomintangu bardziej sensowne byłoby przeznaczenie tych funduszy na wzmacnianie relacji chińsko-tajwańskich.

Serial istotnie odwzorowuje myślenie Demokratycznej Partii Postępu, w której „politycznym DNA” zakodowana jest odrębna tajwańska tożsamość i sprzeciw wobec autorytaryzmu. Politycy DPP uważają też, że wojna nie jest abstrakcyjnym zagrożeniem, lecz realną perspektywą, na którą trzeba się przygotować, a nie chować głowę w piasek. 

„Tylko przygotowując się do wojny, unikniemy jej” – powtarza administracja prezydenta Laia Ching-te (Pekin określa go mianem „mąciciela”).

Przygotowania takie istotnie przyspieszyły po 2016 r., gdy urząd prezydenta objęła Tsai Ing-wen, poprzedniczka i koleżanka partyjna Laia. Za jej kadencji zaczęto reformę armii i rozbudowę obrony cywilnej. Przywrócono też roczną obowiązkową służbę wojskową dla młodych mężczyzn (wcześniej Kuomintang skrócił ją do czterech miesięcy).

Prezydent Lai, który urzęduje od 2024 r., zdecydował też o podniesieniu wydatków obronnych do 3 proc. PKB w 2026 r. oraz docelowo do 5 proc. PKB w 2030 r.

Czy Chiny uderzą?

Serial „Zero Day Attack” stawia na porządku dziennym pytanie, które od lat wisi nad wyspą i nurtuje jej obserwatorów: na ile prawdopodobny jest chiński atak na Tajwan? Według amerykańskiego wywiadu prezydent ChRL, Xi Jinping, nakazał swej armii osiągnąć gotowość do takiego ataku do 2027 r. Ale to nie znaczy, że istotnie chce go wtedy przeprowadzić.

Im bliżej tej daty, tym więcej ekspertów ma wątpliwości: czy Pekin jest gotów przestawić się na logikę wojenną w chwili, gdy w kraju mnożą się problemy gospodarcze? Czy chce wzniecać konflikt, do którego mogą włączyć się USA?

Według sondażu, który w 2024 r. przeprowadził amerykański think tank CSIS, jedynie 6 proc. analityków z USA i 15 proc. analityków z Tajwanu sądzi, że w ciągu najbliższych pięciu lat dojdzie do inwazji (przewidywania dotyczące blokady wyspy lub innych form przymusu były już mniej optymistyczne). Spokojni na razie są też mieszkańcy Tajwanu: z sondażu prowadzonego w maju 2025 r. wynika, że 65 proc. uważa taki scenariusz za mało realny.

Nie zmienia to faktu, że Chiny zbroją się na potęgę, i że w ostatnich latach nasiliły działania w „szarej strefie”: agresywne patrole w pobliżu wyspy, cyberataki, kampanie dezinformacyjne. Część tajwańskich ekspertów i urzędników uważa wręcz, że „miękka inwazja” już trwa, a Pekin próbuje wpływać na nastroje tak, aby Tajwańczycy w końcu sami wybrali kiedyś zjednoczenie z ChRL.

Tylko jeden na stu Tajwańczyków chce zjednoczenia z Chinami

Na razie są to nadzieje płonne: zjednoczenia z Chinami chciałby dziś jeden na stu Tajwańczyków. Odstraszająco działa przykład Hongkongu: po tym, jak Wielka Brytania oddała go Pekinowi, został pozbawiony autonomii – mimo że gwarantowała ją umowa międzynarodowa.

Rośnie za to odsetek Tajwańczyków, którzy chcą utrzymania stanu obecnego, czyli faktycznej niepodległości, ale bez formalnego jej ogłaszania (po 1949 r. Tajwan nigdy nie zrobił tego kroku). Większość nie widzi potrzeby proklamowania niepodległości, co mogłoby sprowokować atak Chin, skoro wyspa i tak jest de facto suwerenna. Problem w tym, że taki stan rzeczy coraz bardziej uwiera Pekin.

Pytanie o potencjalny atak nabrało za to pilności w ostatnich miesiącach, bo rządowi oficjele wiedzą, że Tajwan sam się nie obroni. Jego bezpieczeństwo opiera się na wsparciu USA. Tymczasem po powrocie Donalda Trumpa do Białego Domu ten fundament staje się coraz mniej przewidywalny.

Rozjazd wartości między Tajwanem a Ameryką Trumpa

Wprawdzie Waszyngton już wcześniej stosował wobec Tajwanu politykę tzw. strategicznej niejednoznaczności: unikał jasnych deklaracji, czy w razie ataku przyjdzie z pomocą, by trzymać Pekin w niepewności. 

Jednak Trump wywindował tę niejednoznaczność do skrajności – wahając się między stwierdzeniami sugerującymi porzucenie Tajwanu a buńczucznymi deklaracjami pod adresem Chin. W tym groźbą zbombardowania Pekinu w razie inwazji.

Zdaniem prof. Yen Chen-Shena, politologa z Narodowego Uniwersytetu Nauk Politycznych w Tajpej, Trump tworzy grunt pod to, by Stany nie interweniowały.

– Najpierw powiedział, że Tajwan jest zbyt daleko od USA. Potem stwierdził, że Tajwan nie wydaje wystarczająco dużo na własną obronę. Wreszcie oskarżył Tajpej o kradzież amerykańskiego przemysłu półprzewodników – wylicza Yen w rozmowie z „Tygodnikiem”.

Yen Chen-Shen uważa, że największym problemem w relacjach między Tajwanem a Ameryką Trumpa jest to, co nazywa „głębokim rozjazdem wartości”. Tych wartości, które za prezydentury Joego Bidena były fundamentem porozumienia między USA a Tajwanem – jak demokracja, wolność, prawa człowieka, wielokulturowość, troska o środowisko.

– Gdy do władzy wrócił Trump, wszystkie te wspólne wartości po prostu zniknęły – ocenia Yen.

W serialu Tajwańczycy stają do heroicznej obrony swojej wyspy. Jak kończy się ta historia, tego nie zdradzimy – być może ktoś zechce ją obejrzeć.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru NR 48/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Kto sprzedaje suszone mango