Szkocki upór Iana Rankina. W czy tkwi tajemnica sukcesu jego kryminałów

Ian Rankin, autor cyklu o Johnie Rebusie, spadku formy nie zaliczył w gruncie rzeczy nigdy, choć sprzedał dziesiątki milionów książek. Po kilku latach przerwy wraca z „Sercem pełnym grobów”.
Czyta się kilka minut
Ian Rankin, 2024 r. // Fot. Paul Grover/Shutterstock / Rex Features / East News
Ian Rankin, 2024 r. // Fot. Paul Grover/Shutterstock / Rex Features / East News

Współczesnym kryminałem rządzi prawo serii. Oczywiście pierwszym, który przed ponad stuleciem założył sobie te złote kajdanki, był Arthur Conan Doyle: pragnął pisać wielkie powieści historyczne (i nawet pisał – nikt ich dziś nie czyta), ale publiczność domagała się opowiadań i nowel o ekscentrycznym detektywie tak namolnie, że został zmuszony do wyciągnięcia Sherlocka Holmesa z grobu; nie bez znaczenia była tu, naturalnie, również monstrualna zaliczka prosto ze Stanów Zjednoczonych. 

Tak czy owak, twórców, którzy piszą dziś w ramach gatunku pojedyncze powieści bez kontynuacji (to zjawisko tak dziwne, że na rynku anglojęzycznym ukuto dla niego osobny termin: standalone novel), jest niewielu, a i tak najczęściej robią to w przerwie między kolejnymi tomami swojej aktualnej bestsellerowej serii – bo mogą sobie na to pozwolić jako uznani pisarze i pisarki.

Jeśli natomiast jesteś aspirującą autorką – bądź autorem – kryminałów, zarówno ty, jak i twój wydawca marzycie na pewno o dobrym wejściu w cykl, a potem o ciągnięciu go tak długo, jak tylko się da. W retronostalgicznej kulturze wiecznej repetycji jest to sensowny model biznesowy, zwłaszcza że konwencja kryminalna, przynajmniej pozornie, sama w sobie bazuje na powtarzalności. 

Serie kryminalne: wyzwanie dla autorów

I tu zaczynają się problemy: świat się zmienia i komplikuje, bohaterowie się starzeją, koncepty kończą. Kultura popularna to cmentarzysko nieudanych, niedokończonych, spartaczonych cykli powieściowych. Seryjność – najczęściej – wymusza powolną, a potem coraz szybszą utratę jakości. Zombifikację bohaterów. Chodzenie ścieżkami na skróty albo, przeciwnie, rozdymanie nowel do rozmiarów biblijnych. Wszechogarniającą, schematyczną nudę, łataną efekciarstwem i flakami zwisającymi z żyrandola. Jest to autentyczna walka o przetrwanie, z której bez szwanku wychodzą nieliczni.

W pewnym sensie seryjność w kryminale (zresztą nie tylko w nim) to zatem wyzwanie: rodzaj testu pisarskiej sprawności, pomysłowości, epickiej wyobraźni, ale też wielkiej cierpliwości. Można ten test obejść trickiem: tak uczynił Lee Child, opowiadając o kolejnych przygodach Jacka Reachera – Reacher trwa przecież w bezczasie, a ogrom amerykańskich przestrzeni umożliwia mu wielokrotne wchodzenie do tej samej rzeki. Poza tym to dobrze zrobiony pastisz, pastisze zaś pozwalają podnieść wyżej poprzeczkę umowności. 

Da się też od początku obmyślić cykl jako skończoną formę – niczym w jednej z najlepszych serii w dziejach polskiej literatury kryminalnej, czyli tetralogii o Krystynie Lesińskiej pióra Anny Kańtoch. W innym wypadku autor staje się wszelako szczególnego rodzaju niewolnikiem biografii swojego bohatera. Może być to – mimo ewidentnych profitów – sytuacja irytująca. Henning Mankell był to tego stopnia umordowany pisaniem kolejnych powieści o komisarzu Kurcie Wallanderze, że na koniec ukarał swojego protagonistę chorobą Alzheimera.

Jednym okiem zerkając na dobiegający właśnie końca mundial, zmierzam do pewnej konstatacji: utrzymanie równej, wysokiej formy przez całą karierę to osiągnięcie godne Lionela Messiego. Wypalenie zawodowe dotyka zarówno piłkarzy, jak i pisarzy. 

Cykl Iana Rankina o Johnie Rebusie

Myśl ta przyszła mi do głowy podczas lektury „Serca pełnego grobów” Iana Rankina, czyli dwudziestej czwartej (tak!) odsłony cyklu o edynburskim policjancie Johnie Rebusie. Rankin ewidentnego spadku formy nie zaliczył w gruncie rzeczy nigdy, choć sprzedał dziesiątki milionów egzemplarzy swoich książek – mógłby już spokojnie osiąść na laurach (od 2022 r. posiada nawet tytuł szlachecki, więc powinno się o nim pisać w zasadzie sir Ian Rankin).

Choć zwykle unika bezpośrednich porównań ze swoim bohaterem – w wywiadach bagatelizuje sprawę, mówiąc, że praktycznie nic go nie łączy z Rebusem poza pubem, w którym lubią się napić piwa – jedną cechę z pewnością mają wspólną: upór. Być może to po prostu typowo szkocki atrybut. 

Cykl o Rebusie zasługuje już na swoją własną encyklopedię, tyle osób, zdarzeń, miejsc i przedmiotów zaistniało w tych książkach przez ostatnie 39 lat – pierwsza część, „Supełki i krzyżyki”, ukazała się oryginalnie w 1987 r., w świecie maszyn do pisania, teleksów i telefonów z tarczą. Rankin wspomina, że policjanci, indagowani przez niego w którymś z edynburskich komisariatów o szczegóły pracy śledczej, mieli do dyspozycji jeden komputer – gdy ktoś potrzebował na nim popracować, odłączano go z gniazdka i przenoszono między pokojami.

A jednak wciąż jest to świeża, emocjonująca proza, choć także Rankin próbował swojego niepokornego gliniarza wysłać bezpowrotnie na emeryturę (w „Pożegnalnym bluesie”, części nr 17 z 2007 r.). Musi być coś w często powtarzanym przez pisarzy stwierdzeniu, że stworzone przez nich postaci się usamodzielniają i są w stanie powalczyć o swoje istnienie. Po pięciu latach przerwy Rebus powrócił w powieści „Stojąc w cudzym grobie” już jako upierdliwy emeryt, wtrącający się bez pardonu w policyjną robotę. 

Zresztą Rankin opowiada zwykle o Rebusie tak, jakby ten po prostu był realnie istniejącym człowiekiem. A skoro tak, nie sposób go zwyczajnie wykreślić, mimo że składa się ze słów. Rebus zrósł się w równej mierze z życiem Rankina, jak i z Edynburgiem, w którym przeważnie przebiega akcja powieści z jego udziałem. Dość wspomnieć, że turyści regularnie podążają ulicami stolicy Szkocji śladem Rebusa.

„Serce pełne grobów”: książka o świecie, który odchodzi

Rebus – gburowaty gliniarz kwestionujący autorytety i rozkazy, samotnik nieumiejący nawiązać stałych relacji z kobietami, duchowy konserwatysta z kalwińskim zacięciem, mistrz sklejania pozornie niepowiązanych wątków i uporczywego zadawania pytań, zawodnik ze starej szkoły, odrzucający technologię na rzecz sieci informatorów i wytrwałego dreptania po mieście, wielbiciel muzyki, co wyszła z mody – w „Sercu pełnym grobów” staje przed sądem. 

Niczego nie zdradzam, bo to pierwsze strony powieści. Ale Rebus staje przed sądem także w sensie metaforycznym: „Serce pełne grobów” to książka o świecie, który odchodzi w przeszłość, i który przed odejściem zostaje zmuszony do prawdziwych rozliczeń. To nie znaczy, rzecz jasna, że nowe, które przychodzi, jest lepsze. Jest zapewne inne. 

Ale Rebus, niepotrafiący do tej pory pogodzić się z własnym starzeniem, emeryturą, utratą możliwości, jakie wiążą się z pozycją policyjnego śledczego, zdobywa się na rodzaj szczerej ekspiacji: „Ale czy sam nie był złym człowiekiem, skoro częściej zadawał się z diabłami niż z aniołami? Łamał prawo, preparował dowody, brał łapówki, aresztował winnych za przestępstwa, których nie popełnili, bo nie umiał udowodnić im tych, które rzeczywiście mieli na sumieniu. Jako narzędzi zastraszania używał pięści i butów. Wszystko to znajdowało się w pudłach z aktami z wydziału wewnętrznego, nawet rzeczy, o których dawno zapomniał”. 

To cały Rankin. Nigdy niepopadający w samozadowolenie. Zawsze gotów zakwestionować racje moralne swojego głównego bohatera. Zawsze umiejący pokazać, że między światłem a cieniem jest mnóstwo miejsca na wątpliwości w kwestii tego, czym konkretnie jest dobro i zło w rzeczywistości tak skomplikowanej, wielowarstwowej, zakorzenionej w dziejach wzajemnych krzywd i długów wdzięczności. 

Co cenię w pisarstwie Iana Rankina

„Serce pełne grobów” zaczyna się banalnie: oto pewien policjant z komisariatu znanego w całym Edynburgu z brutalnych metod wymuszania zeznań i fatalnego traktowania podejrzanych, sam popada w kłopoty – wielokrotnie dopuścił się przemocy domowej wobec swojej żony. Policjant stawia kolegom i kierownictwu ultimatum: albo oczyszczą go z zarzutów, albo zacznie sypać. 

Jest w Edynburgu wielu zainteresowanych jego zeznaniami. I równie wielu takich, którzy pragnęliby go uciszyć. Generalnie służby wpadają w panikę. Tymczasem Rebus – obecnie cywil mocno po sześćdziesiątce, z psem i dużą ilością wolnego czasu – wykonuje drobne zlecenie dla swojego odwiecznego wroga, niegdysiejszego szefa edynburskiej mafii: łączy ich osobliwa love-hate relationship. Nie muszę chyba dodawać, że sprawy się połączą. Ale – jak to u Rankina – całkiem inaczej, niż spodziewałby się czytelnik.

Cenię u szkockiego pisarza umiejętność budowania trzymających w napięciu fabuł z niekoniecznie atrakcyjnych detali. Cała konstrukcja bazuje na krótkich scenach, zdawkowych dialogach, codziennej krzątaninie. Ma się przy tym wrażenie obcowania z partyturą na dużą orkiestrę symfoniczną, w której nawet ten chłop, który w 35. minucie jeden jedyny raz wali w kocioł, ma istotną rolę do odegrania. Z drugiej strony suspens rodzi się tu jednak z dynamiki życia, nie z literackiej ustawki. W żadnym momencie właściwie nie dochodzi do dużego stężenia patosu ani okrucieństwa. 

Rankin ma ucho do dialogów i prawdziwie balzakowski dryg do ścibolenia wielkich panoram drobnym ściegiem. Krótko mówiąc – świetnie zna się na ludziach i na społeczeństwie, w którym żyje, przy pełnej świadomości, że pracuje w określonej konwencji. „Żaden kryminał procedur policyjnych nie jest realistyczny. Realistyczny opis tych procedur skutkowałby najnudniejszą książką świata, ponieważ robota policyjna jest nużąca, a policjanci to tylko małe kółka zębate w wielkiej maszynerii; nie mają nawet wglądu w swoje postępowania od początku do końca” – tłumaczył przed laty w jednym z wywiadów. 

Co ciekawe, niewiele brakowało, żeby Rebus zakończył swoją egzystencję już w „Supełkach i krzyżykach”, w chwilę po tym, jak ją rozpoczął. 

Ian Rankin szuka klucza do fasady Edynburga

Z Cardenden w hrabstwie Fife do Edynburga jedzie się godzinę pociągiem. Jest to jednak w sensie kulturowym i społecznym daleka podróż. A już na pewno była taką w czasach młodości Rankina, który się w górniczym miasteczku Cardenden – złośliwie nazywanym przez miejscową młodzież „Car-dead-end”, czyli „ślepą uliczką” – urodził (podzieliwszy się miejscem urodzenia z Rebusem, choć Rebus pozostaje rocznikowo starszy o dobrą dekadę). 

Rankin, syn sklepikarza i szkolnej kucharki, był pierwszym w rodzinie, który zyskał wyższe wykształcenie. W dzieciństwie dużo czytał, rysował komiksy, snuł marzenia o karierze gwiazdy rocka, przyglądając się jednocześnie, jak jego miejscowość podupada po zamknięciu kopalń. 

„Kiedy miałem 12-13 lat, dokonałem fenomenalnego odkrycia, że wprawdzie do kina na filmy dla dorosłych mnie nie wpuszczą, ale mogę przecież pójść do biblioteki i wypożyczyć »Ojca chrzestnego« bądź »Mechaniczną pomarańczę«” – opowiadał w wywiadzie dla „Guardiana”. „Do Edynburga przybyłem jako outsider. Wydawał mi się bardzo dziwnym miejscem, miastem, które wydawało się coś ukrywać. Szczyciło się swoją historyczną powierzchownością, chcąc w pewnym sensie uniemożliwić patrzącym dojrzenie, jakie jest teraz, współcześnie. Nikt wtedy nie pisał o Edynburgu książek à la »Trainspotting«, byłem pierwszym, który w ogóle spróbował”. 

Zanim Rankin napisał o Edynburgu, zadebiutował powieścią „Ciemne wody” (1986, wyd. pol. C&T 2008, przeł. Wiesław Marcysiak), obyczajowym Bildungsromanem osadzonym w miasteczku bardzo podobnym do Cardenden. „Supełki i krzyżyki”, które wyszły rok później, również nie miały być kryminałem sensu stricto. Młodego Rankina zaintrygowała twórczość pisarza Williama McIlvanneya (1936-2015), który także miał wtedy na koncie dwie powieści kryminalne („Inspektor Laidlaw” i „Poszukiwany Tony Veitch” – obie ukazały się przed mniej więcej dekadą w polskich tłumaczeniach i, choć są świetne, przeszły u nas niemal całkowicie bez echa). 

McIlvanney – z którym w późniejszych latach Rankin się zaprzyjaźnił i którego niedokończony kryminał „The Dark Remains” całkiem niedawno, bo w 2021 r., zredagował i dopisał do końca – w tonie bliskim amerykańskiemu noir portretował zakazane dzielnice Glasgow i stworzył spójną, nietuzinkową figurę niesubordynowanego śledczego Jacka Laidlawa. Rankin szukał wówczas klucza do wyglansowanej fasady Edynburga: ujrzał go w nieco podobnej postaci Johna Rebusa, weterana wojskowych służb specjalnych (wyszedł z nich z ciężkim PTSD), policjanta koło czterdziestki, chodzącego własnymi drogami i otwierającego – tudzież wyważającego – drzwi, których pozostali nie umieją albo nie chcą znaleźć. 

Szkocki upór Iana Rankina

„Supełki i krzyżyki” miały być także hołdem dla innego wybitnego Szkota, Roberta Louisa Stevensona – fabuła książki jest ułożona na kształt parafrazy „Doktora Jekylla i pana Hyde’a”, przy czym metaforę autor ułożył w ten sposób, aby prześwitywały przez nią, w nowoczesno-gotyckiej estetyce, dwa skrajnie różne oblicza samego miasta. 

Wszystko to było bardzo sprytne i dość mocno przekombinowane: „Supełki i krzyżyki” nie są dobrym kryminałem, choć są zarazem niezłą powieścią psychologiczną. W jednej z wersji John Rebus sam miał się okazać mordercą, w innej – miał zginąć. Dopiero trzeci draft ułożył się w bardziej klasyczną formę kryminalną. Zresztą wszystkie te zabiegi mogły i tak pójść na marne, bo kiedy książka się ukazała, mało kto ją zauważył. 

I tu dał znać o sobie szkocki upór. Rankin – po paroletniej przerwie – wrócił do Rebusa i, nieustająco zachęcany przez żonę Mirandę (która pozostaje jego żoną do dziś), pisał kolejne powieści z udziałem detektywa. Znajdowały wydawców, ale nie sprzedawały się dobrze. W międzyczasie małżeństwo wyniosło się na parę lat do Londynu, potem do Francji, gdzie oboje pracowali fizycznie na farmie. Wrócili do Szkocji dopiero wówczas, gdy okazało się, że ich młodszy syn urodził się z nieuleczalną chorobą genetyczną, zespołem Angelmana.

„Byłem wściekły i zagubiony; cierpiałem na napady paniki i zastanawiałem się, czy nie będę musiał rzucić tego wszystkiego w diabły i znaleźć jakiejś porządnej pracy” – opowiadał pisarz. Wtedy jednak nadszedł przełom w postaci ósmej części cyklu, „Black & Blue”. „Czytałem wtedy mnóstwo Jamesa Ellroya i to widać. Przejąłem jego rwane staccato i uznałem, że wzorem jego książek zaludnię swój świat prawdziwymi zbrodniami, prawdziwymi czarnymi charakterami i autentycznymi tajemnicami. Mój okres terminowania dobiegł końca; czułem, że wszedłem do głowy Johna Rebusa i doskonale wiem, co w niej siedzi”. 

Przeczucie się sprawdziło – „Black & Blue” (tytuł, jak wiele innych powieści Rankina, książka zawdzięcza jego miłości do muzyki – w tym wypadku do albumu „Black & Blue” The Rolling Stones) sprzedało się znakomicie i w 1997 r. otrzymało prestiżową brytyjską nagrodę Gold Dagger. 

Dwie grupy, na które dzielą się twórcy kryminałów

Szkocki kryminał był wtedy ogólnie na fali wznoszącej. Pojawiło się opisujące ten fenomen, zbiorcze określenie „tartan noir” (zresztą autorstwa samego Rankina, który w ten sposób żartobliwie nazwał swoje pisanie w rozmowie ze wspomnianym wyżej Jamesem Ellroyem). Pojawili się także interesujący autorzy i autorki – Val McDermid, Stuart MacBride, Denise Mina, Craig Russell czy Peter May – łączący estetykę kryminału ze społecznym naturalizmem, anarchicznym poczuciem humoru i szkocką lokalnością. 

Oczywiście owo „noir” może być nieco mylące, bo w większości wypadków jednak mówimy nadal o typowych kryminałach policyjnych. „Rankin pisze głównonurtowe powieści policyjne, oparte na niezbyt noirowym założeniu, że system działa i że w gruncie rzeczy to dobrze” – zauważa Len Wanner w książce „Tartan Noir. The Definitive Guide to Scottish Crime Fiction” (Freight Books, 2015). „Dla każdego, kto czytał prawdziwy noir, są to jasne sygnały, że Rankin nie tworzy w tej tradycji literackiej. W tym miejscu wystarczy powiedzieć, że gdyby Rankin pisał noir, jego gliniarze nie naginaliby ani nie łamali reguł w celu utrzymania porządku, ponieważ żadnego porządku by nie było”. Innymi słowy – wychodzi na to, że Rankin to mroczny optymista.

Twórcy kryminałów dzielą się na projektantów i improwizatorów. Ta klasyfikacja dotyczy naturalnie pisarstwa w ogóle, ale w wypadku literatury kryminalnej wydaje się szczególnie istotna – wedle powszechnej opinii bowiem należy je starannie planować. Nie wszyscy jednak to robią. Lee Child twierdzi, że zaczynając książkę, nie wie o niej prawie nic. I nie wyobraża sobie sytuacji, w której miałby skrupulatnie wypełniać kolejne punkty rozpiski – byłaby to śmiertelna nuda, jako pisarz woli więc występować w roli zaciekawionego pierwszego czytelnika własnego tekstu.

Rankin działa na podobnej zasadzie. „Nigdy nie mam jasno określonego planu – niemal nigdy nie znam zakończenia, dopóki nie wejdę głęboko w pisanie książki. Historia sama czuje, dokąd chce zmierzać, a ja po prostu za nią idę” – wyznawał niegdyś. „W pierwszej wersji tekstu jakaś postać może nagle zmienić imię, bo zapomniałem, jak nazwałem ją na początku – i to jest w porządku, wszystko da się poprawić później. Nie zatrzymuję się też, gdy zatnę się na jakimś słowie czy opisie – dopracuję to w kolejnej wersji”. 

Te wersje są zawsze trzy, a napisanie pierwszej, opartej na zasadzie swobodnej, intuicyjnej improwizacji, zajmuje około miesiąca. Nie mam pewności, czy o to chodzi, ale być może właśnie w tej swobodzie i niewyznaczaniu sobie granic leży tajemnica sukcesu Rankina i stałej wysokiej jakości jego książek. Tak czy owak, Rebus nr 24 trafił do naszych księgarń, a kolejny od dwóch lat jest już obecny na rynku brytyjskim. By tak rzec: legenda trwa. 

Ian Rankin, SERCE PEŁNE GROBÓW, przeł. Robert Ginalski, Albatros 2026

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 31/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Mroczny optymista