Szafa gra. O filmie „Rimini” Ulricha Seidla

Europa dawno nie wyglądała na ekranie tak żałośnie i staro. Upragniony las jest tylko fototapetą na drzwiach w domu opieki.

07.11.2022

Czyta się kilka minut

 / MATERIAŁY PRASOWE AURORA FILMS
/ MATERIAŁY PRASOWE AURORA FILMS

Wpierwszej scenie najnowszego filmu Ulricha Seidla widzimy chór złożony z sędziwych pensjonariuszy. Usadzeni w rządku śpiewają rzewną pieśń. Jeden z nich, wyraźnie „odklejony”, wymyka się ze swoim balkonikiem, poszukując ucieczki z owej sterylnej samotni. To jednak nie sklerotyczny bohater (ostatnia rola Hansa-Michaela Rehberga, którego pamięci film został dedykowany) uosabia w „Rimini” europejski uwiąd.

Staruszek reprezentuje świat dawno przebrzmiały. Wcieleniem dzisiejszej degrengolady ma być jego syn, niejaki Richie Bravo, sześćdziesięcioletni szansonista i przaśny Casanova, odwiedzający ojca w austriackim ośrodku dla seniorów z powodu pogrzebu matki. Niby nadal krzepki, ale i wyraźnie zmęczony życiem, pielęgnuje ślady dawnej świetności, mieszkając na co dzień w tytułowym włoskim kurorcie i chałturząc tam dla emerytów. Szczególnie dla austriackich turystek, którym sprzedaje także swe usługi seksualne. Dla niego zjeżdżają do opustoszałego po sezonie Rimini, aby raz jeszcze usłyszeć szlagiery z dawnych lat i znowu poczuć w żyłach gorącą krew. Tymczasem na plażach czy ulicach koczują w wichrze i chłodzie młodzi ciemnoskórzy imigranci. Od razu domyślamy się, że nie będą jedynie tłem dla tej opowieści – za jej ukryte przesłanie Seidlowi chętnie przybiłby piątkę Michel Houellebecq, a przy finale Władimir Putin i inni „zbawcy Europy” chętnie otworzyliby szampana.

Po prologu ze staruszkami ktoś powie, że wszystko przecież już było, np. w historii pracującej na Zachodzie ukraińskiej pielęgniarki geriatrycznej z „Import/Export” (2007). Podobnie déjà vu można odczuwać, gdy Richie odwiedza dom rodzinny i w piwnicy znajduje trofea z ojcowskich safari, w tym poroża i wypchane zwierzęta tudzież kolekcję broni i koszmarnych landszaftów. Brakuje jedynie nazistowskich symboli, ale i na nie przyjdzie czas. Patrząc zaś na łóżkowe wyczyny bohatera i wypchane koperty, musi przypomnieć się gorzki „Raj: miłość” (2012), traktujący o niemłodych europejskich turystkach seksualnych w Afryce. Tym razem staje przed nami zupełnie nowy stary Seidl. I paradoksalnie to właśnie postać Richiego Bravo, tlenionego żigolaka w kowbojkach i płaszczu z fok, beztroskiego faceta na wiecznym rauszu i debecie, ożywia tę wizję na wpół obumarłej Europy.

Zwłaszcza że pewnego dnia przed bohaterem zjawia się porzucona ongiś córka i w obstawie chłopaka o bardzo bliskowschodnim wyglądzie będzie domagać się od ojca finansowego zadośćuczynienia, jak i moralnej skruchy. W końcu stara Europa powinna zapłacić za swą brzydką przeszłość, w tym zniszczenie rodziny i życie na niekończącym się dancingu. Tylko jak nisko musi upaść ojciec marnotrawny, by wreszcie odbić się od dna? I czy można zaufać komuś, kto od lat tak bezwstydnie sprzedaje iluzję w łóżku i na estradzie? Te pytania wydają się chwilami zmarginalizowane, albowiem Seidl, współscenarzystka Veronika Franz i grający główną rolę wyborny Michael Thomas idą przez tę opowieść wyluzowanym, niemal tanecznym krokiem. Oto wieczny chłopiec, który podtrzymuje swój młodzieńczy wizerunek i wzmożoną aktywność. Rozpaczliwie nie chce porosnąć mchem i stoczyć się w samotną, wyjałowioną starość. A twórcy w równym stopniu bywają wobec niego ironiczni i empatyczni.

Zresztą „Rimini” to poniekąd musical. Richie jest w nim niczym rozmigotana, acz mocno zakurzona szafa grająca, która po wrzuceniu monety musi wykonać od początku do końca swoje „Amore mio”, powodując przyspieszenie pulsu u fanek i samozachwyt u wykonawcy. Jemu zawsze, niezależnie od okoliczności, „szafa gra”, bo taki ma pomysł na siebie i estradowa persona na dobre wrosła mu w twarz. Lecz Seidl nie byłby sobą, gdyby poprzestał na sympatycznej karykaturze. Sceny łóżkowe z udziałem Richiego i jego starszych klientek są mocno obsceniczne, zwłaszcza ta, w której tuż obok przebywa półżywa i prawie głucha matka seniorki. Można się zastanawiać, co napawa reżysera większym obrzydzeniem: podlane alkoholem wyuzdanie dojrzałej kobiety, cynizm usługodawcy, fizyczna niedoskonałość obojga czy ten oddech śmierci za ścianą. Jednakże puenta owej sceny nieoczekiwanie zmywa z niej cały turpizm i okrucieństwo zamienia się we współczucie.

Trzeba przyznać, że Seidl umie obchodzić się po ludzku z paskudnymi ludźmi. Dyskretnie głaska po głowie starca, któremu w meandrach demencji przypomniały się nagle słowa hitlerowskich piosenek, i jego syna, który w genach otrzymał ksenofobiczne uprzedzenia. Skądinąd w dzisiejszym Rimini łatwo pielęgnować stereotypy. To tutaj w 2017 r. trzech nastolatków pochodzących z Afryki zgwałciło na plaży polską turystkę, jej męża zaś brutalnie pobiło. Jakby w odpowiedzi na takie incydenty Richie pozwala sobie na rasistowskie żarty i uwagi, zarówno wobec swojej czarnoskórej sprzątaczki, jak i wobec brodatego chłopaka córki. W obiektywie Wolfganga Thalera miasto urodzin Felliniego, uwiecznione w słynnym „Amarcordzie”, zamienia się w ponury wygwizdów z betonu i plastiku, pełen kiepskich hoteli, barów z fliperami.

Czasami takie oswajanie potworów bywa ryzykowne. Na polską premierę ciągle czeka „Sparta”, której bohaterem stał się brat Richiego, pojawiający się również w „Rimini”. W drugiej części dylogii Georg Friedrich gra nieaktywnego przestępcę-pedofila, trenującego w Rumunii małych judoków. Na początku września śledztwo tygodnika „Der Spiegel” wykazało, iż na planie miało dochodzić do nadużyć, m.in. wobec dzieci i ich opiekunów, którzy nie mieli świadomości, o czym tak naprawdę jest film. Seidl zdołał się z tych zarzutów wybronić, lecz fetor pozostał. Należy bowiem do twórców, którzy dla wybrzmienia swej ostrej diagnozy muszą jechać po bandzie, czy to w doborze tematów (seksualność, religijność), czy w sposobie opowiadania (chłodny ton, bezlitosny humor, zacieranie granic między dokumentem a fikcją). Dobrze, że w tragikomedii o podstarzałym showmanie z adriatyckiego letniska wreszcie zaczął poszukiwać nowych, cieplejszych tonów, choć nie jest to z pewnością rozśpiewana pochwała Europy, wiecznej zabawy ani jurnej męskości. ©

RIMINI – reż. Ulrich Seidl. Prod. Austria/Niemcy/Francja 2022. Dystryb. Aurora Film. W kinach od 11 listopada

Kino Ulricha Seidla to zjadliwa krytyka cywilizacji zachodnioeuropejskiej. Jej największe wynaturzenia – konsumpcjonizm, pozorność więzi, brak rozliczenia z historią – dostrzega reżyser szczególnie w rodzimej Austrii, patrz: „Upały”, „Import/Export”, trylogia „Raj” czy dokumenty „W piwnicy” i „Safari”.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Krytyczka filmowa „Tygodnika Powszechnego”. Pisuje także do magazynów „EKRANy” i „Kino”, jest felietonistką magazynu psychologicznego „Charaktery”. Współautorka takich publikacji, jak „Panorama kina najnowszego”, „Szukając von Triera”, „Encyklopedia kina”, „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 46/2022