Ratlerkowaty wskoczył mi na kolana. „Pestka! Złaź!”. Ja, że nie szkodzi. Starsza z ławki sąsiedniej: „Pani obca, niech nie liberyzuje”. Do ojca: „Na msze z psami chodzicie”. Obruszył się: „Zostawiamy pod kościołem”. „Święta ziemia. A psy wyją”. „Wyją?!”. „O, ten diabeł wyje” – wskazuje na ratlerka. „?!!”. „Przy Podniesieniu. Słyszałam”. „Czepia się pani”. „Swoje wiem. Bies wyje na święte”. „Pies, nie bies”. Mały z lodem: „A tata mówi, że pani jest czarownica”. „Co?!”. „I śpi na cmentarzu”. „A!”. „I pani zęby na noc wychodzą”. Starsza: „Ludzie, ludzie!”. „I pani koty je”. „Jem?! Ja karmię!”. „Bo pani lubi tłuste”. Starsza: „Uspokójcie tego dzieciaka!”. Wskazuje na mnie: „Taka potem w Polskę pojedzie i opowie, że tu koty jedzą”. Mały na spokoju: „Pani tylko je”.
Dojeżdżamy do Rzeszowa. A w Rzeszowie dosiada się staruszek. „Nie przestawia pani torby, ja tu na chwilę, na Jarosław”. Uśmiecham się. „Pani smutna jest”. „Nie, trochę zmęczona”. Zbystrzał: „Onienie, nie trzeba tak. Moja Elunia mi tak mówiła, ja nie rozpoznałem. Nie można”. Uspokajam. „Ja prosty chłopak jestem, pogodny. Mnie się zdaje, smutek można zrzucić”. „A różnie”. „Pani jest z innego świata, pokolenia. Ja tu Elę, żonę moją, przywiozłem. Ona była utalentowana, wie pani”. „Aha?”. „Chemiczka. Mogłaby iść w naukę. A ja się uparłem na miłość”.
„Hm, to dużo bardzo”. „Ale nie wszystko. Odciągnąłem ją, przywiozłem tu. Może by ją inny kochał, chemik, naukowiec”. Milczymy. „Łańcut. Tu żeśmy najpierw mieszkali. Potem Jarosław. Miała pewność, że ja za nią zawsze”. Uśmiechamy się. „Przepraszam, panią nudzę”. Protestuję. „Ale dziś jest rocznica. Moja siostra mszę zamówiła. Z wątpliwością, bo żona odmówiła leczenia”. „Uhm”. „Ja dopiero wtedy, stary idiota, zobaczyłem, że zrobiłem jej krzywdę”. „Niech pan tego...”. „Nienie. Ja nie będę smutny. Mnie się to nie należy”. „?”. „Ja kiedyś nie wiedziałem, bo pogodny jestem, że na świecie jest tyle smutku. Po jej śmierci... Wszystko mnie zaczęło boleć raptem, wszystkie nieszczęścia”. „Uhm”. „Ja tam w porównaniu szczęściarz jestem”. Wysiadł, pomachał mi serdecznie.
Autobus 141, wtaczam się z torbą na kółkach. Obok, w pakamerze siedzeniowej, dziadkowie z wnuczką. Mała na cały głos: „Ale skąd wiesz?!”. Babcia: „Pan Bóg wszystkich kocha”. „Mnie też?”. „Jesteś Bożym dzieckiem”. Mała: „A dziadka?”. „Mniej”. Dziadek: „O mój Boże”. Do babci: „Rozpuszczasz ją, to się drze”. Babcia: „No, to przestanie. Pan Bóg tego nie lubi”. Mała: „A co lubi?”. Babcia: „Żeby było po bożemu”. „Jak?”. „Pobożnie”. Mała: „Nie może tego lubić”. Dziadek: „Ja bym nie grzebał w upodobaniach...”. Puszcza do mnie oko.
Mała: „A co Bóg lubi jeść?”. Babcia: „To duch, nie lubi”. „Eee. To nie będę jego dziewczyną”. „?”. „Mój chłopak lubi pizzę i leniwe”. Babcia: „Dziecko! Ty nie masz chłopaka!”. „Mam. Jednego do pary i dwóch w zapasie”. Babcia w stuporze. Mała: „A ją Bóg kocha?” – wskazuje na mnie. Babcia: „No nie wiem”. „Mówiłaś, że wszystkich”. „Tych pobożnych”. „Nie, że wszystkich! Ona na pewno nie ma pary!”. Pół pojazdu gapi się na mnie. „Nie ma, bo sama nosi torbę”. Dziadek: „Racja”. Mała do mnie: „Powiedz Bogu, żeby ci nosił torbę”. Babcia do dziadka: „Zrób coś!”. Dziadek: „Haha, niech nosi”. Babcia: „Boże, przebacz”. Mała do mnie: „Masz mu kazać. Ja mam za dużo chłopaków”.
Poradnia kardiologiczna. Dziesiąta w kolejce. Dosiada się nieco starsza ode mnie w atłasowej sukience typu szlafrok. Ni to wyjściowe, ni na oddział: „Zawał, miażdżyca?”. „Pierwsze”. „Wady wrodzone? Hormony? Stresy?”. „Ostatnie”. Starsza spod gabinetu: „Ja od śmierci męża mam problemy z sercem”. Szlafrokowa: „Takie problemy to w każdym romansie”. Starsza: „Mnie serce zabolało. I ciągle boli”. Szlafrokowa do mnie: „Rzuci pani coś ciekawego?”. „?”. „Nudzę się. Codziennie tutaj”. Starsza do mnie: „I widzi pani, zajmuje chorym miejsce”. Szlafrokowa: „Akurat to ja jestem chorsza od pani”. „Też!”. „A tak, krótko pożyję. Dlatego nie lubię się nudzić”. Siedzimy w milczeniu. Kobieta spod okna: „To niech pani jakieś plotki poczyta”. „Po co?”. „Głupie, ale można się rozerwać”. Szlafrokowa poważnie: „Można, jeśli jest jeszcze jakiś świat”. Starsza: „Też!”. „A widzi pani. Pani tu postęka, ale pani wyjdzie. Pani życie tam przeżyła”. „Co mi pani będzie…! Ja mam osiemdziesiąt lat!”. „Czapki z głów. Ja trzydzieści pięć”. O, przeszacowałam.
Szlafrokowa patrzy na mnie: „Że staro wyglądam? Mogłabym się wolniej starzeć w zamknięciu, nie?”. „Nienie”. „Ech, zero zdarzeń. A pani ma ich aż nadto, co?”. „W pewnym sensie”. „Zazdroszczę. Zawał od nadmiaru lepszy, serio”. Starsza: „Bzdury!”. Szlafrokowa do mnie: „Kształciłam się na skrzypce, pograłam – i koniec. Za długa przerwa. Trudno, jeszcze pół roku”. Ta spod okna: „I zagra pani”. „Nie, umrę”. Starsza: „Umiera się w moim wieku. W pani wieku się żyje”. „Tam, w pani świecie. Tu nie”. „Jak kto żyje uczciwie, ma dzieci, to takich dyrdymałów nie wygaduje”. Milczymy. Szlafrokowa do mnie półszeptem: „Wiesz, ja mam ciągle poczucie, że oni mnie tu wszyscy podejrzewają o performans. Poza lekarzem. Jakby ojciec nie miał znajomości, to by mnie wypchnęli na śmierć w domu. Wolę straszyć tutaj”. „Uhm”. „Chcę mieć mały spektakl, chociaż tu”. „Atłasy”. Uśmiecha się. „Życia nie ma, no to co, teatr zostaje”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














