Kłodzko, izba przyjęć. „Niech siądzie w korytarzu” – pielęgniarka. Upewniam się, czy korytarz to przedsionek izby przyjęć, czy ten zewnętrzny. „Nie kombinuje, tu siedzi”. Krzesło mam, siadam. Za drzwiami kłębi się jak w izbie, ale nie weselnej. Wypada pielęgniarka: „Długo se poczeka”. Ja: „Jeszcze siedzi”. „I dobrze, wdech-wydech, jest kolejka”. Kolejka na kilka wozów ratowniczych, aż głupio słabować. Obok mnie starsza na wózku: „Czy pani brała dopalacz?”. „Nie, a dlaczego?”. „Bo się trzęsie”. Gość z ręką na temblaku: „Można z różnych powodów…”. „Brać?”. „Trząść się”. „Ja tam nigdy się nie trzęsę”. „A jakby pani miała parkinsona?”. „Parkinsona mają chorzy”.
Wychodzi pielęgniarka: „Pani Kęcka, proszę”. Przejmuje mnie lekarka: „Co pani tak wcześnie zaczyna?”. Śmieją się. „Dobra, krew. I się zobaczy”. Wyciągają z człowieka probówkę. Lekarz: „Po mojemu pani nie wskoczy na większe obroty, ale czekamy na troponinkę”. Ja półprzytomnie: „Y?”. Lekarka: „Proszę na obserwację obok”. Pomieszczenie jak za przepierzeniem, cienkościenne wszystko. Trzy łóżka. Na pierwszym jęczy starsza, sina mumijka na tle zżółkłego od chemii prześcieradła. „Pani starsza cierpi” – sanitariusz. Lekarka: „Nie musi mnie pan uświadamiać, pracujemy w rzeźni”. „Ale może coś zróbcie”. „Mało pan widział”. Po chwili wokół staruszki robi się gęsto od naczyń, urządzeń, ludzi. Jej jęk się emancypuje: „Aaj-aj, aaj-aj”. Po mojej prawej poruszenie za parawanem. Gość podciąga się na oparciu. „Masz basen?” – pyta filuternie. „A nie mam”. „Mnie chodzi, czy pożyczysz”. „No nie”. Gorszy się: „Słaba z ciebie koleżanka”. Podpinają mi magnez w kroplówce. „Zjadłbym to”. Uśmiecham się: „Nie mogę ci odpalić”. Obrusza się: „Jesteśmy na ty?”. „Myślałam, że przy kroplówce…”. „Nono, ja nie uważam, by zawał był powodem! Szanujmy granice”. „Ototo – staruszka z wózka – zawał zawałem, granice najważniejsze”.
Kłodzko, izba przyjęć, siedzę z kroplówką zawałową. Zza kotary prawej, spod ściany wyrywa się gość w malignie. Pielęgniarki próbują go upchnąć w formę łóżka. „Nie idź, nie złaź, co tam leziesz”. On złazi nieprzerwanie, jakby zeskakiwanie z łóżka było ostatnim sportem. Pielęgniarka: „A mówią, że mamy gładką robotę”. Siłują się. Gość wyszarpuje się jej i prze ku oknu. Za nim suną woreczki fizjologiczne. Smugi na podłodze. Zatrzymuje się na moich kolanach: „A ty tu co?”. „Magnez pobieram”. Śmieje się: „Kroplówka! Dzidzia, butelka, mamusia”. Starsza spod sąsiedniej kroplówki: „Ratunku, ratunku, pacjent napastuje!”. Lecą sanitariusze, wtłaczają go siłą do łóżka. Pielęgniarka do mnie: „Zejdzie kroplówka, to z lekami panią wypuścimy”. „Dobrze”. „I niech pani nie wraca”. Gość w malignie: „Łóżko mnie napastuje!”. Pielęgniarka: „Sama bym się położyła”. Zlazł znowu. „Gdzie lezie?” – sanitariusz przy nim. Malignowy znów się wyrywa. Lekarka: „Gdzie ty idziesz, człowieku!”. Malignowy: „Aaa”. „Tam idziesz? Ę? Tam nie ma życia”. Starsza spod kroplówki: „Że też się trzeba takimi… z naszych podatków”. Pielęgniarka, podciągając mi kroplówkę: „Ból, ból, ból, beznadzieja”. Pacjent spod okna: „Bul, bul, bul, siostrzyczko, pampersa poproszę”.
Zalegam z kroplówką. Pacjent spod okna: „Masz pampersa?”. „Nie”. Obruszył się: „Pożyczę tylko. Oddam ci”. „Nie mam, przepraszam”. On do siebie: „A ja mam do was tyle miłości”. Kładzie się na boku, płacze: „Ty widzisz, mamo, miłości”. Pielęgniarka siłuje się z Malignowym: „Co ty tam widzisz w tym oknie?!”. „Świat, świat”. Podokienny powtarza: „Świat, świat”. Starsza spod kroplówki: „To nie szpital, psychiatryk jakiś”. Do mnie: „Dobrze, że zaraz do domu”. Podokienny: „Dom, mamo”. Kroplówkowa: „Dementyk, pani nie słucha”. Podokienny do pielęgniarki: „Napisałem ci: miłość”. „Niech pan się nie unosi, już-już, zmieniamy pieluchę”. „Ale masz do mnie miłość?”. „Leży pan”. „Za oknem jest świat, powiedziałem jako ten pan, mamo”. Kroplówkowa potrząsa woreczkiem: „Niech szybciej schodzi, chcę stąd wyjść!”. Podokienny: „Jest świat, jest miłość”. Sanitariusz do Malignowego na całą salę: „Nie szarp się z igłą!”. Podokienny: „Nie mam igły, mamo, może połknąłem”. Pielęgniarka: „To nie do pana”. „Połknąłem, mamo, idę do ciebie, otwórz mi okno”.
Ruda pisze: „Zdałam maturę”. „Tak”. „Nie wierzyłaś, że zdam”. „Uhm”. „Wytłumacz się, ja słucham”. „Myślałam, że nierealne, po tylu trudnościach…”. „Jakich?”. „Miałyśmy nie dać rady z liceum…”. „Dlaczego piszesz »miałyśmy«?” „Tak mi mówiono”. Cisza na łączach, przetwarza. „Mam pewność większą niż twoje »mówiono«”. „»Mówiono« poszło do kąta, hehe”. „Nie. Ono nie istnieje. Tak z ciekawości”.
Nowa Ruda, przed hotelem. Słońce tnie ostro, szosa jak za przesłoną z bieli. Mrużę oczy, by dobrać się do notesu: też odbija. Ping-pong z blaskiem. Przy sąsiednim stoliku para po pięćdziesiątce, przyglądają mi się badawczo. „Pani z festiwalowych?”. „Tak”. „My nie, ale kuzyni tu mieszkają. Co rok przyjeżdżają na te imprezy z piszącymi”. „Aha”. „Pani pisząca?”. „Owszem”. Ona: „Mogę się zapytać…?”. „Proszę”. „Jakich pani używa narzędzi?”. „?”. „Czym pani to robi?”. „Że książkę? Klawiaturą i nożycami”. „Nie używa pani pióra?”. „Nie”. On: „No widzisz, mówiłem ci, oni pobierają z internetu, miksują i mają książkę. A ty »pióro, pióro«”. Do mnie: „Opłaca się to chociaż?”. „Pobieranie? Zależy”. „Jak hotel płacą, to tak. Pani powiem: umówmy się, to nie jest praca. Ja się znam na kosiarkach”. „Świetnie”. „To jest praca”. „Najpewniej”. „Sprzedaję kosiarkę i wiem, że coś zrobiłem”. Ona: „Ale pani pisze książki”. On na poirytowaniu: „Co zrobisz książką? No, co zrobisz?! Nic!”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














