Światy Antoniego Gołubiewa

Powstało siedem tomów epopei "Bolesław Chrobry" i to jeszcze ciągle nie był koniec. Gołubiew zmieniał swoją prozę, swój punkt patrzenia na bohaterów. Traktował ich jak żywych znajomych i przyjaciół.
Czyta się kilka minut

W dziesięciolecie śmierci pisarza, w czerwcu 1989 roku, Janina Gołubiewowa w rozmowie z "Tygodnikiem" przywołała jego słowa wypowiedziane w szpitalnej sali: "Żal mi światów, które odejdą wraz ze mną".

Teraz, gdy od śmierci Tola, przyjaciela i twórcy, minęło całe lat trzydzieści, nad stosem książek przez niego pozostawionych i nad ogromnym zasobem moich własnych wspomnień tamte pożegnalne słowa wydają mi się kluczem do pamięci o nim. To tak właśnie musiało być: gdy tworzył, ale i gdy działał, gdy żył (jakże nieraz trudno i znojnie) - zawsze były to całe światy, poznawane i stwarzane. Domagające się odpowiedzi i stawiające przed nim wyzwania - kosmos. Nie jest niczym dziwnym, że studia na Uniwersytecie Batorego w Wilnie rozpoczął od fizyki i astronomii (ostatecznie ukończył historię).

***

Kiedy umierał, miał 72 lata. Nie doczekał więc zgrzybiałości. Do końca czynny, jeszcze ze szpitala słał teksty: na spotkanie Jana Pawła II ze środowiskiem kultury i nauki podczas pierwszej pielgrzymki, a potem - ostatni artykuł dla "Tygodnika" - na pożegnanie Papieża odlatującego do Rzymu. Jak myśleliśmy wtedy: bez szans na powtórne spotkanie. To były ostatnie dni przed odejściem. Ale swoją śmierć - a raczej swój ostatni dzień życia, jakby chcąc wyrazić marzenie - opisał dużo wcześniej. W wydanym w 1966 r. zbiorze opowiadań pt. "Na drodze" ostatnie z nich nosi tytuł "W niedzielę" i jest portretem pisarza i jego żony biwakujących nad jeziorem mazurskim, dokładnie tak jak Tolo to czynił od lat, odkąd swój ziemski biwak twórczy przeniósł z góralskiej Niwy koło Klikuszowej pod Orzysz. Oto niedziela pogodnie spędzona w ciszy, w harmonii dwojga ludzi mających za sobą dziesiątki lat dźwiganych wspólnie doświadczeń, w zespoleniu z przyrodą i w zanurzeniu w modlitwę - sielanka. Tylko na początku o świtaniu bóle serca, tylko w nocy nagły atak kaszlu, sen - i potem ostatnie zdanie: "Umarł trzy godziny później, tak szybko, że Baśka ledwo zdążyła ponownie zapalić świecę".

Drukowaliśmy to opowiadanie w "Tygodniku Powszechnym". Pamiętam, że zrobiło na mnie wrażenie, którego nie ośmieliłam się mu okazać, choć przyjaźniliśmy się naprawdę, mimo różnicy wieku.

***

Światem Tola był przede wszystkim "Bolesław Chrobry". Była to "największa przygoda życia" według jego własnego określenia, które zresztą posłużyło za tytuł osobnej książce o powstawaniu i perypetiach dzieła. "Bolesław" narodził się jeszcze przed wojną, towarzyszył pisarzowi przez wojenne lata w kolejnych miejscach i doświadczeniach, pisał go wykonując różne prace fizyczne, niepewny swego losu, najpierw na Wileńszczyźnie, a potem, po rozstaniu z nią, w Łodzi, Zakopanem, Krakowie, wreszcie jako redaktor "Tygodnika" i jako bezrobotny po zamknięciu pisma w 1953 r. (robili wtedy do spółki z przyjaciółmi zabawki choinkowe na sprzedaż...). Powstało siedem tomów epopei i to jeszcze ciągle nie był koniec. Gołubiew zmieniał swoją prozę, zmieniał swój punkt patrzenia na bohaterów. Jego stosunek do nich to był stosunek do żywych znajomych i przyjaciół, zmieniający się, jakby i oni dalej żyli i zmieniali się.

A to nie był świat wydumanej fabuły, tylko wielki trud odnajdywania z pomocą stworzonych postaci i ich losów sensu powstającej własnej polskiej państwowości, a wraz z nią chrześcijaństwa wchodzącego jako największa siła sprawcza w tamtą epokę i w naszą zbiorową egzystencję. Ten problem wyostrzył się niebywale wtedy właśnie, po Jałcie, po doświadczeniu utraty wielkich terytoriów ojczyzny i jej sytuacji w nowych granicach. Pisarz podejmował obie sprawy naraz.

Uderzające: działo się to w najbardziej niesprzyjających warunkach, pod terrorem komunizmu, w państwie nastawionym wrogo do wiary, spychającym ją wszystkimi środkami na jak najwęższy margines prywatności i słabnącego obyczaju. To właśnie dlatego karty opowieści o chrzcie Mieszka i jego drużyny, i o misji Wojciecha, o stopniowym wrastaniu chrześcijaństwa w świadomość i wyobraźnię ludzi X wieku były dla czytelników czymś dużo większym niż barwna beletrystyka historyczna.

Ten świat stykał się bezpośrednio ze światem egzystencji i sensu wydawania "Tygodnika", którego współredaktorem został Tolo od razu po przybyciu do Krakowa. "Tygodnik" miał służyć tworzeniu kultury chrześcijańskiej jako przeciwwagi dla zaciągającej nocy komunizmu. Tolo włączał się w toczone wówczas najpoważniejsze dyskusje nad twórczością katolicką, analizował utwory kolegów i przyjaciół, a przede wszystkim składał najdosłowniejsze świadectwo. To były eseje-wyznania: "Dlaczego jestem katolikiem", opublikowane w Znaku, i książka "Listy do przyjaciela" z podtytułem "Gdy chcemy się modlić", wiele razy wznawiana i tłumaczona.

A przecież to jeszcze wcale nie wyczerpuje Tolowego kosmosu. Jeszcze były lata dramatycznej walki o "Tygodnik", gdy toczyło się boje z Biurem Politycznym, w przededniu przejęcia pisma - za karę - przez Pax (utrwalone w rozmowach Jacka Żakowskiego, zapamiętane przez kilkoro z nas godziny rozmów Tola w KC zakończone jego komunikatem do nas: "Rozbiłem »Tygodnik«..."). I wtedy, gdy po wznowieniu pisma trzeba było ślęczeć nad redagowaniem i barierami cenzury - kosztem dni i godzin oddawanych twórczości własnej. Także szkoląc młodych redaktorów na własnych seminariach literackich bądź prowadząc rubryki porad pisarskich i dziennikarskich w "Tygodniku". I przez cały czas był jeszcze świat przyjaźni, a także świat własnych doświadczeń, których dotykać nikomu nie wolno, bo pozostały niezagojone do samej śmierci...

***

Mój osobisty żal, kiedy to wszystko wspominam? Że nie powstała, jak powinna była, książka o przyjaźniach z czasów tego najstarszego "Tygodnika". I książka o domu Tola i Janki - tego w potrójnym wydaniu: koło Orzysza nad jeziorem, koło Klikuszowej w góralskim dworku prof. Grzegorzewskiej, gdzie powstała większość utworów Tola, i przede wszystkim w Krakowie na Jaskółczej, gdzie siadywaliśmy długie godziny, goszczeni przez Jankę choćby do rana, rozmawiając o najważniejszych i najtrudniejszych sprawach tamtego ciemnego czasu. Tego się już chyba nie da odrobić...

A na koniec: był jeszcze jeden świat. Pragnienie, które się nie urzeczywistniło. Jego artykuł w najstarszym okresie "Tygodnika", potem powtórzony w wydanym w 1950 r. tomie esejów "Poszukiwania". Rozważając rozdarcie współczesnego człowieka pomiędzy religią a doczesnością, Gołubiew zapragnął, by Kościół ustanowił Święto Stworzenia Świata. Byłoby ono nie tylko świętem stworzenia, lecz także "świętem istnienia świata, utrzymywanego nieustannie Bożą myślą i wolą, świętem naszego początku i trwania".

Esej ten nigdy - o ile wiem - nie doczekał się żadnego echa. Ale nie mam wątpliwości: to on właśnie z całej wielkiej spuścizny twórcy najpełniej go wyraża. Bo światem Tola, przyjaciela niezapomnianego, była przede wszystkim jego wiara.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 26/2009