Temat jest szerszy, bo dotyczy samej wiary i jej praktykowania, ale można o nim mówić – jak my w tym numerze „Tygodnika” – zaczynając od bierzmowania. Wpisano je na listę sakramentów późno (czy Państwo wiecie kiedy?), co niekoniecznie znaczy, że nie było wcześniej w ten właśnie sposób rozumiane. Zaznaczam tu tylko, że ustalanie listy sakramentów to osobna, ciekawa i skomplikowana historia. Renata Radłowska w tekście „Sakrament niezrozumienia” zajmuje się innym aspektem bierzmowania. Okazuje się, że pozostała z nami praktyka wiary, bardziej lub mniej masowa, tradycyjna, ale zniknął istotny element przeżycia indywidualnego, nie mówiąc o przeżyciu wspólnotowym.
Masowe przeżywanie aktów wiary niepostrzeżenie przechodzi bowiem do historii. Oczywiście, są i będą nadal obecne, jednak decydujące stają się przeżycia indywidualne. Przeżycia zbiorowe bywały wstępem, bodźcem, tłem, ale ostatecznie wiara zawsze była czymś ugruntowanym wewnętrznie. Dziś to jej zewnętrzne decorum w szybkim tempie odpada. Pozostają tam, gdzie towarzyszy im wewnętrzne przeżycie, które bywa trudne, bo wymaga refleksji i świadomych decyzji.
Dlatego sądzę, że również lekcje religii, zbyt łatwe dziś na tle innych zajęć, prędzej czy później odejdą do historii. Łatwe? To nie jest jedyny zarzut. Nie zgodzę się z tymi biskupami (tak), którzy uważają, że religii w szkole może z natury rzeczy uczyć każdy ksiądz. Z mojej własnej praktyki wiem, że miewałem nauczycieli religii (księży) fascynujących i miewałem nudnych jak flaki z olejem. Nie kuszę się o wskazywanie przyczyn, ale wiem na pewno, że nudziarze nie są predestynowani do nauczania religii w szkole. Nie jest prawdą, że sam fakt bycia księdzem dysponuje do jej nauczania.
Świat staje się w naszych czasach bardziej laicki. Nie ubolewam nad tym, bo ubolewanie nic tu nie da. A laicki nie znaczy odwrócony od spraw ducha i religii. Czy np. średniowiecze z mnóstwem kościołów i ważnymi duchownymi nawet na czele państw, było w oczach Bożych drogą bardziej ewangeliczną niż dzisiejszy świat, znacznie mniej w swojej organizacji „nabożny”?
Artykuł Renaty Radłowskiej nie jest ubolewaniem ani nie niesie wizji katastrofy wiary. Pisze ona m.in. o dokumencie „Nowe drogi i kierunki formacji młodzieży w Polsce – propozycje Rady ds. Duszpasterstwa Młodzieży”. Dokument powstał na zlecenie Rady Konferencji Episkopatów Europy (CCEE). Najważniejsze, zdaniem autorki, jest w nim to, że „w polskiej sytuacji eklezjalnej dokonuje się przejście od duszpasterstwa masowego do duszpasterstwa, a nawet lepiej powiedzieć, towarzyszenia, osobistego…”.
Powiedzmy jasno – w Polsce to przejście dokonuje się powoli. Zresztą tego rodzaju zmiany z natury rzeczy nie mogą następować szybko. Nie mogą, bo personel (duchowny) w takich operacjach nie ma wprawy. Niewątpliwie zmiany nastąpią w widocznym stopniu, ale nie szybko. Przejdziemy przez czas klęski. Klęska zresztą zaczęła się znacznie wcześniej, ale jej doświadczenia jeszcze przyjdą. Nie będzie to jednak klęska totalna. Nie biorąc nawet pod uwagę ewentualnej ingerencji Pana Boga, warto pamiętać, że odrodzenia (różne) w Kościele dokonywały się, nachodziły na czas klęsk. Coś umierało (niekoniecznie całkiem i definitywnie) i jednocześnie rodziło się coś nowego. W moim przekonaniu żyjemy właśnie w czasach umierania jakiegoś sposobu wierzenia i rodzenia się nowego sposobu. Bóg sobie z tym świetnie poradzi. Czas wizjonerów się nie skończył.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















