Starałem się nie rzucać w oczy

W jego wspomnieniach często pojawiał się wątek „chłopskiej krzepy”, na którą zapracowały pokolenia przodków. „Taki, powiedzmy Jacek Kuroń – mawiał z uśmiechem Henio – trafił do opozycji dzięki...

Reklama

Starałem się nie rzucać w oczy

Starałem się nie rzucać w oczy

24.08.2020
Czyta się kilka minut
W jego wspomnieniach często pojawiał się wątek „chłopskiej krzepy”, na którą zapracowały pokolenia przodków. „Taki, powiedzmy Jacek Kuroń – mawiał z uśmiechem Henio – trafił do opozycji dzięki głowie, a ja dzięki nogom”.
TOMASZ WIERZEJSKI / FOTONOVA
K

Kiedy próbuję przypomnieć sobie, kiedy tak naprawdę poznałam Henryka Wujca, pamięć podrzuca mi pewną scenę. Jest maj 1977 r., właśnie rozpoczęliśmy w kilkanaście osób głodówkę protestacyjną w warszawskim kościele św. Marcina. Żądaliśmy uwolnienia robotników więzionych za udział w wydarzeniach czerwca ’76 oraz członków i współpracowników KOR-u, których aresztowano po śmierci Stanisława Pyjasa. Zapowiedzieliśmy głodówkę na tydzień, a Henio postanowił dobrze wykorzystać ten wyrwany z codzienności czas. I tak co dzień po porannej mszy zagarniał sobie klęcznik, rozkładał na jego pulpicie papiery, klękał i pisał podanie do Terenowej Komisji Odwoławczej ds. Pracy. Domagał się przywrócenia do fabryki półprzewodników TEWA, skąd go właśnie wyrzucono za współpracę z Komitetem Obrony Robotników.

Wyglądaliśmy na zagłodzonych

Wtedy to poznałam niesamowitą Heniową dokładność i rzetelność, które w tym przypadku przekładały się na kilkanaście bitych stron papieru kancelaryjnego, i to drobnym maczkiem. Miałam już za sobą pierwsze redaktorskie doświadczenia w „Biuletynie Informacyjnym” i nie było zmiłuj: kazałam skracać. Henio pisał więc kolejną wersję, ja mówiłam, że dalej za długo, on zaczynał od początku, i tak przez cały tydzień. Przy okazji: skrupulatność to był znak firmowy Henia Wujca. Do opozycyjnej legendy przeszły jego poprawki do „Komunikatów KOR-u”: np., że nie został pobity, tylko uderzony w twarz albo kopnięty w brzuch.

Scena z Heniem na klęczniku nie tylko mnie zapadła w pamięć. W którymś momencie o. Aleksander Hauke-Ligowski, który z nami głodował, rzucił żartem: „Tak właśnie powinno się pisać podania do władz, na kolanach!”.

Na kolanach czy nie na kolanach, Henio miał chwyt buldoga i jak zaczął odwoływać się do kolejnych instancji, w tym sądu pracy, to jeszcze ponad rok musieli go trzymać w Tewie, chociaż został w międzyczasie członkiem Komitetu Samoobrony Społecznej KOR i podpisywał wszystkie możliwe protesty.

Tak, przez ten tydzień w kościele św. Marcina miałam okazję dobrze mu się przyjrzeć. Jasne, znaliśmy się wcześniej, bywałam w jego mieszkaniu na warszawskim osiedlu Stegny, w którym razem ze swoją żoną Ludwiką stworzył jeden z tych otwartych opozycyjnych domów, gdzie można było wpaść o każdej porze dnia i nocy po informacje albo prasę podziemną i dostać herbatę, a nawet jajecznicę. Poruszaliśmy się jednak po trochę innych orbitach. Ja działałam raczej stacjonarnie – byłam redaktorką „Biuletynu Informacyjnego” i spędzałam godziny nad maszyną do pisania. Henio był ciągle w biegu. Dzień w dzień po pracy wsiadał do podmiejskiej kolejki i jechał do Ursusa – myląc esbeckie pogonie – spotykać się z rodzinami represjonowanych po wydarzeniach czerwca ’76 robotników, oferując im pomoc – prawną, lekarską, finansową – ale też, co nie mniej ważne, swój czas, uwagę i wsparcie. Umiał słuchać, a i naprawić rower dziecku albo zorganizować potrzebującemu węgiel na zimę.

W czasie tej głodówki trochę się rozleniwiłam: tu ucięłam sobie drzemkę na ławce albo poczytałam, tam pogrzałam się na słonku w przyklasztornym ogrodzie. Bogiem a prawdą, nie było co robić, chyba że było się Heniem Wujcem, który zawsze jakoś miał co robić. To on najczęściej wieczorami nadmuchiwał wszystkim materace, rozkładał śpiwory i koce, a rankiem, kiedy trzeba było opuszczać zakrystię i przenosić się do kaplicy – spuszczał z materacy powietrze, składał śpiwory i koce, pomagał też siostrom zakonnym układać kwiaty, które głodującym znosili ludzie z miasta. Cały czas się krzątał: coś porządkował, dbał, żeby nasza obecność jak najmniej zakłócała funkcjonowanie kościoła.


Uczestnicy głodówki w kościele św. Marcina, maj 1977 r. Henryk Wujec na pierwszym planie, pierwszy z lewej. Autorka tekstu trzecia z lewej na drugim planie.

Ja w każdym razie czułam jego dyskretną i wspomagającą obecność. A i o nasz wizerunek potrafił zadbać. Pamiętałam, jak podczas niedzielnej mszy wypchnął mnie i jeszcze jednego chudzielca na czoło naszej grupy, bo „wyglądaliśmy na zagłodzonych”, w odróżnieniu od o. Aleksandra, którego Henio skierował do tyłu, jako że ten był „okrąglutki i na głodującego nie wyglądał”.

Tak, można powiedzieć, że przez ten tydzień u św. Marcina poznałam Henia od jego najlepszej strony, choć prawdę mówiąc przez następne cztery dekady z okładem znajomości nie udało mi się poznać żadnej jego gorszej strony.

Człowiek za dobry i za poważny

Od dzieciństwa przyzwyczajony był do ciężkiej pracy w polu. Przez całe lata, już mieszkając i pracując w Warszawie, jeździł w wakacje na żniwa do wsi pod Biłgorajem, gdzie jego rodzina miała siedmiohektarowe gospodarstwo. Zdziwił się, kiedy jakiś esbek postraszył go, żeby się nie wychylał i nie jechał na studencką pielgrzymkę do Częstochowy, bo „wróci na wieś pasać krowy” – w pasaniu krów nie widział niczego upokarzającego, a jednak zapamiętał to pogardliwe zdanie na całe życie.

Swoje chłopskie korzenie obnosił z dumą. Uważał, że w pakiecie z pochodzeniem dostał łatwość komunikowania się z prostymi, zwykłymi, szarymi ludźmi („w ich towarzystwie dobrze się czuję” – powtarzał), a też rozumienie ich problemów i potrzeb.

W eseju „Czy jesteśmy narodem straconym?” pisał o tym, jak zmieniał się w minionym stuleciu nasz narodowy charakter, jak chłopi i robotnicy zyskiwali poczucie dumy narodowej. „W moim Biłgoraju i wszystkich sąsiednich miasteczkach wymordowano ponad połowę mieszkańców, po wojnie te miasteczka zaludniały się nowymi mieszkańcami z sąsiednich wsi. Z tej mieszaniny powstawała po wojnie Polska chłopska i robotnicza, można powiedzieć za propagandą PRL-u: ludowa. Sam jestem częścią tej ludowej Polski, w jakimś sensie się z nią identyfikuję”.

Z domu wyniósł szacunek dla ciężkiej, fizycznej, codziennej pracy, ale także – dla wiedzy i wykształcenia. Matka wysłała go do szkoły, jak miał 5 lat i 8 miesięcy, aby się uczył i miał lepsze życie („tkwiła w tym pamięć poniżenia niepiśmiennego chłopa przez pana lub urzędnika” – tłumaczył). Jako student dorabiał nie tylko korepetycjami z fizyki, ale również rozładowywaniem wagonów kolejowych.

W działalność społeczną zaangażował się w początku lat 60. w warszawskim Klubie Inteligencji Katolickiej. Wtedy też poznał Jacka Kuronia, któremu jednak nie udało się go przekonać, aby wstąpił do uczelnianego ZMS-u (swoją drogą, niezłą trzeba było mieć siłę, żeby się nie dać przekonać Kuroniowi, wiem coś o tym). Ich drogi przetną się ponownie dopiero w czasach KOR-u.

Henio zdążył jeszcze przed ukończeniem studiów wziąć udział – jako szeregowy uczestnik – w wydarzeniach Marca ’68. Zaraz potem dostał nakaz pracy w Tewie. Wkrótce ożenił się z koleżanką ze studiów, Ludwiką Okrent. Gdyby nie pandemia, w kwietniu tego roku obchodziliby hucznie 50. rocznicę ślubu.

Ona – miejska dziewczyna z żydowskiej, komunistycznej rodziny, członek ZMS-u, a potem partii, on – chłopak ze wsi, katolik, członek KIK-u. Uchodzili za świetne małżeństwo, co ja piszę: byli świetnym małżeństwem.

„Jak się Ludwisiu na to zdecydowałaś, to żadne fanaberie, kaprysy nie wchodzą w grę – przywołuje Ludka w rozmowie rzece „Związki przyjacielskie” początki swego bycia z Heniem – bo to jest za dobry i za poważny człowiek, żebyś mu się odważyła zrobić jakieś świństwo. I wiedziałam, że to może być albo na poważnie, albo wcale”.

Wyszło na poważnie.

Łączyła ich wspólna działalność opozycyjna, najpierw związana z KOR-em, później z Solidarnością, legalną i podziemną. Również w wolnej Polsce podążali wspólnymi ścieżkami: działali w ROAD, Unii Demokratycznej, Unii Wolności, Partii Demokratycznej. Henio przez cztery kadencje był bardzo pracowitym posłem, ubiegał się o reelekcję, ale UW nie przekroczyła progu wyborczego. Związał się więc z organizacjami pozarządowymi, był też doradcą ds. społecznych prezydenta Komorowskiego. Ludka z kolei była działaczką samorządową i radną. Po ciągnącym się przez lata procesie została w 2014 r. oczyszczona z absurdalnego zarzutu przyjęcia łapówki w czasach, kiedy była sekretarzem warszawskiej gminy Centrum.

Pięknie skwitował to Henio: „Ja tak naprawdę wszystko mogę zrozumieć, dwóch tylko rzeczy nie pojmuję: po pierwsze, takiego kawałka teorii względności Einsteina o tym, jak zakrzywia się czasoprzestrzeń, a po drugie, jak to w ogóle możliwe, że moja żona Ludwisia mogła być oskarżona o przyjęcie propozycji korupcyjnej”.

Obrządzanie gospodarstwa

Jakoś tak zaraz po głodówce w kościele św. Marcina Wujcowie przygarnęli mnie do swego olbrzymiego, jak na tamte czasy, mieszkania (cztery pokoje, całe 69 metrów kwadratowych), gdzie w miłej, rodzinnej atmosferze spędziłam blisko dwa lata.

Wynająć sobie mieszkania nie mogłam, bo SB wystraszało kolejnych gospodarzy. Warszawa była miastem zamkniętym (ktoś to jeszcze poza mną pamięta?), a ja nie miałam meldunku, zaś zameldować się nie mogłam, bo wyrzucili mnie z pracy. Cóż, na oko paragraf 22, ale nie darmo ćwiczyliśmy w KOR-ze, jak działać wbrew władzy wykorzystując prawo. Państwo Wujcowie zameldowali mnie u siebie jako pomoc domową (na drzwiach dołożyłam do ich wizytówki własną: „mgr Joanna Szczęsna – pomoc domowa). A SB wobec tej jawnej bezczelności było bezradne (na wdrożenie śledztwa, czy faktycznie sprzątam u Wujców, jakoś się nie zdecydowali). Chociaż w czasie każdej niemal rewizji rytualnie przejeżdżali palcem po zakurzonych meblach i podtykali go Heniowi pod nos.

– Coś ta pańska sługa kiepsko sprząta – wydziwiali. – Ale ja też kiepsko jej płacę – odpowiadał ze spokojem Henio.


Czytaj także: Wolność i odpowiedzialność - rozmowa Justyny Dąbrowskiej z Henrykiem Wujcem


W jednym pokoju działała redakcja „Robotnika”, w drugim – redakcja „Biuletynu Informacyjnego”, w salonie gościło czasem z wykładami Towarzystwo Kursów Naukowych. Poza tym był skład bibuły i sklepik z wydawnictwami niezależnymi. Mieszkając z Wujcami dostałam niepowtarzalną szansę prowadzenia „antropologicznej obserwacji uczestniczącej” na okoliczność funkcjonowania Henryka Wujca.

Wniosek nasunął się sam: Henio przeniósł do miasta wiejskie zachowania związane z „obrządzaniem gospodarstwa”. Wiadomo: samo nic się zrobi, rano trzeba bydło i trzodę napoić, nakarmić, krowy wydoić, kogo trzeba i komu się należy na dwór wypuścić, a wieczorem to samo, tylko w drugą stronę: zagonić, pozamykać i dobranoc. A wszystko to bez względu na pogodę – co ma być zrobione, zrobione być musi.

Na wsi ludzkie życie wyznacza rytm dnia i pór roku. Nasze życie na Stegnach też wyznaczane było przez rytm dnia, tyle że szło nie o wschody i zachody słońca, jeno o przepisy, które nie dopuszczały rewizji przed szóstą rano. Teoretycznie konspiracyjne bhp rekomendowało używanie skrytek, cudzych piwnic, lokatorskich komórek itp., ale nie znam nikogo, kto przestrzegałby tego z tak żelazną konsekwencją jak Henio. Gdy zbliżała się pora snu (zwykle grubo po północy), Henryk Wujec zaczynał obrządek wieczorny: coś wyniósł do sąsiadów, coś zamelinował gdzieś na osiedlu, coś upchnął pod szafę za listwą kryjącą, coś zostawił na wierzchu „na pożarcie” itp. A rankiem, kiedy minęła szósta, rozpoczynał obrządek poranny: wyciąganie ze schowków, segregowanie, co mu się akurat dziś przyda, pakowanie do plecaka bibuły itp.

Proszę przy tym pamiętać, że krzątanina Henia miała swój wymiar merytoryczny i praktyczny. Gospodarstwo, które obrządzał z taką starannością, to były dziesiątki cudzych spraw do załatwienia, oświadczeń do napisania, informacji do sprawdzenia, rachunków do rozliczenia, tekstów do napisania itd. Dla przykładu to właśnie Henio Wujec po tym, jak na wykład TKN w mieszkaniu Jacka Kuronia wtargnęła bojówka, zidentyfikował napastników (sam został wtedy dość poważnie pobity) i złożył na nich imienną skargę do władz.


Na więziennym spacerniaku w Białołęce, 1982 r., od lewej: Henryk Wujec, Lech Dymarski, Janusz Onyszkiewicz, Jacek Kuroń i Jan Rulewski.

Wstałam kiedyś w nocy do toalety, patrzę, a Henio stoi w łazience, boso, i czyta książkę. W pierwszej chwili pomyślałam, że nie ma się gdzie podziać we własnym mieszkaniu, bo wszędzie ktoś śpi. Ale nie, więc pytam: „Heniu, czemu czytasz w łazience?”. A on na to: „Bo jak próbuję czytać stojąc na parkiecie, to zasypiam”.

Obawiam się, że to właśnie ta historia, którą opowiadałam szeroko, zaczęła żyć własnym życiem, mutując w opowieści o czytaniu z nogami w miednicy z zimną wodą. Tak czy inaczej o tym, żeby Henio po całym dniu harówki mógł czytać na leżąco, czy choćby na siedząco – nie było mowy.

Szybki i wściekli

We wspomnieniach Henia z konspirowania i ganiania się z esbecją często pojawia się wątek jego „chłopskiej krzepy”, na którą zapracowały pokolenia przodków. „Taki, powiedzmy Jacek Kuroń – mawiał Henio z filuternym uśmieszkiem – trafił do opozycji dzięki głowie, a ja dzięki nogom”.

Piechurem był wytrwałym, lubił chodzić po górach, swego czasu w KIK-u organizował młodzieżowe wycieczki. Kiedy po raz pierwszy latem 1977 r. pojechał do Ursusa szukać robotników wyrzuconych z pracy i rodzin aresztowanych, to po powrocie zszokował swoim „urobkiem” młodzież z drużyny Czarnej Jedynki, prowadzącą tzw. kartotekę ursuską: „Co z tego, że oni byli doświadczonymi harcerzami – opowiadał w czasach legalnej Solidarności Andrzejowi Friszke i Andrzejowi Paczkowskiemu – skoro nie mieli takiej siły w nogach. Od razu awansowałem”.

Awans Henia polegał na tym, że dostawał coraz to więcej zadań do wykonania i coraz więcej spraw brał na swoje barki. A przy okazji został mistrzem gubienia się esbeckiej obstawie.

„Zrobiliśmy sobie pościg przez ogródki działkowe, aż trochę spuchli i zostali z tyłu – wspominał. – Nigdy nie mogli mnie złapać. Jak chciałem ich zgubić, łatwo ich gubiłem – byłem szybki w nogach”. Kiedyś wyskoczył z pociągu, kiedy ten tylko trochę przyhamował przed stacją. Innym razem na Śląsku przedzierał się przez jakieś wertepy, górnicze hałdy i kanały melioracyjne („po szyję w wodzie” – zeznał, a to znaczy, że tak było, bo on nie koloryzował).

„Wyrolowałem ich tyle razy, że byli na mnie wściekli” – opowiadał Henio. Aż któregoś dnia śledzący go esbecy, nie dając rady za nim nadążyć, zaapelowali wprost do jego sumienia: „Panie, daj nam też pożyć”.

Kiedy Henio definitywnie stracił pracę w Tewie i nie mógł znaleźć nowej (a zależało mu, żeby zachować premiowaną w PRL-owskim systemie „ciągłość pracy”), całą energię poświęcił na jeżdżenie po Polsce i nawiązywanie nowych opozycyjnych kontaktów. Aż w końcu władza zorientowała się, że bezrobotny Wujec wcale jej się nie opłaca i jesienią 1978 r. dostał posadę w Polskim Komitecie Normalizacji Miar i Jakości, gdzie przetrwał bodaj do 1989 r. Ma się rozumieć: z przerwami na internowanie i aresztowania.

Nigdy nie miałam wątpliwości, że taki Wujec to dla każdego pracodawcy czysty zysk. Pamiętam, jak kiedyś wyszedł akurat z dłuższego pobytu w więzieniu. Był środek tygodnia, zadzwoniłam, żeby przywitać go na wolności, i zażartowałam: „A co, jutro do roboty?”, a on na to, jak najbardziej serio: „Nie, dzwonili z kadr, że jestem im potrzebny dopiero w poniedziałek”.

Henio znany był z tego, że lubił targać ze sobą masę, jego zdaniem, niezbędnych mu papierów – w plecaku, plastikowych reklamówkach, teczce. Jacek Kuroń żartował, że nosi w tych swoich torbach gotowy akt oskarżenia. Ale Henio zarzekał się, że nigdy żadne jego trefne papiery nie trafiły w ręce SB (jak trzeba było, to uciekał, a zdarzało się, że reklamówkę z papierami zakopywał).

A poza tym, jak opowiadał, tajemnica jego bezpiecznego knucia polegała na tym, że „starał nie rzucać się w oczy”. Te słowa dotyczą konspirowania, ale myślę, że to mogłoby być motto jego życia: Henio Wujec starał się robić swoje, nie rzucając się w oczy.

Nigdy nie czuł się odwołany

Swój akces do opozycji opisywał prosto i skromnie: „Chcieliśmy żyć w zgodzie z wyznawanymi wartościami, których źródłem była chrześcijańska wiara i lewicowy sprawiedliwościowy etos”. Ale pisał, że marzyła mu się lepsza Polska: „Proces powstawania nowego narodu polskiego nie został dokończony. Jest poważnie zagrożony przez kult bogacenia się, nieumiarkowaną żądzę posiadania, egoizm i rozwarstwienie społeczne”.

Jeśli swoją drogę życiową pojmuje się jako rodzaj służby – nikt nie może nas z niej zwolnić. Henio nie chował w sercu urazy do Lecha Wałęsy, który bezceremonialnie – jednozdaniowym faksem: „Czuj się odwołany” – pozbawił go funkcji sekretarza Komitetu Obywatelskiego przy przewodniczącym NSZZ „Solidarność”.

Nie poczuł się odwołany. A choć współtworzył w III RP różne partie, tak naprawdę nie był człowiekiem partyjnym. Trudno wyliczyć wszystkie stowarzyszenia i fundacje, które coś mu zawdzięczają (chciałabym wymienić chociaż Fundację Auschwitz-Birkenau, Komitet Obywatelski Solidarności z Ukrainą, Forum Dialogu). Również jego praca doradcy prezydenta związana była jak najściślej z NGO-sami. Jego szczególnym sukcesem było przygotowanie nowelizacji ustawy o stowarzyszeniach, którą – choć powstała pod auspicjami prezydenta Komorowskiego – podpisał Andrzej Duda (takie przejęcie spadku po poprzedniku to w świecie polityki rzecz rzadka).

Kiedy Henio leżał w szpitalu w Otwocku, gdzie nie miał możliwości zagłosować w II turze, a był już bardzo chory, wystosował do przyjaciół dramatyczny apel: „Jeśli z powodu absencji jednego wyborcy Trzaskowski by przegrał, będę chory jeszcze bardziej z rozpaczy. Namówcie kogoś, kto nie chodzi na wybory, aby tym razem poszedł w darze dla mnie, chorego Henryka Wujca i zagłosował na Trzaskowskiego”. No więc melduję Ci, Heniu, że serią namolnych esemesów skłoniłam pewnego młodego człowieka, by wsiadł w samochód i przejechał kilkadziesiąt kilometrów do miejsca swego zameldowania, by oddać głos na Twojego kandydata. ©

Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Takich ludzi nam trzeba teraz miliony.

Jacy piękni ludzie, a potem przyszedł kapitalizm i wszyscy jakoś zmaleli, szkoda...

Doskonały tekst o wspaniałym człowieku. Rewelacja!
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]