Stan zawieszenia

O ówczesnej Polsce widzianej oczami jej własnych obywateli Marcin Zaremba opowiada w „Wielkiej trwodze”. Nie jest to lektura pokrzepiająca.
Czyta się kilka minut

W pięknej autobiograficznej książce „Rozejm” Primo Levi daje obraz Polski, która wyłania się z wojny: wędrówka ludów, obozy dla dipisów, radzieckie oddziały, ruiny i miasta, Katowice i Kraków, budzące się z wojennego koszmaru, handlujące, zatłoczone, żywiołowe, nie zawsze bezpieczne. Marcin Zaremba Leviego cytuje, pamiętając, że „Rozejm” to opowieść snuta przez cudzoziemca, który z tej części świata znał wyłącznie druty Auschwitz.

Obraz powojnia (a właściwie wojny, bo jak zauważył współtowarzysz tułaczki Leviego, „wojna jest zawsze”) kreśli Zaremba na podstawie rozlicznych relacji, wspomnień i dokumentów, z których bodaj najciekawsze, i po raz pierwszy wykorzystane na taką skalę, to fragmenty listów zatrzymanych przez cenzurę wojenną, odnalezione w raportach bezpieki. Listów obywateli, którzy na różne sposoby próbują okiełznać chaos i odbudować życie, i swoimi sukcesami, a częściej kłopotami i lękiem dzielą się z najbliższymi. Jest o czym pisać i co cytować: bandytyzm, drożyzna, milicja, UB, „radzieccy”, alkoholizm, strach, szaber, głód, choroby, zamieszki, pogromy, wybuchające miny... Zaremba przedstawia świat, w którym więzi społeczne przestały istnieć, lata demoralizacji, nacjonalistycznego wzmożenia i oczekiwań na radykalne zmiany polityczne, jednym słowem – epokę mającą, z uwagi na osobliwy stan zawieszenia i niepewności, wszelkie cechy przejściowej, a przy tym na długie dziesięciolecia zepchniętą w narodową niepamięć.

W żadnym razie nie jest to obraz pokrzepiający i choć Zaremba jasno wskazuje głównego winowajcę: hitlerowskie Niemcy, które rozpoczęły wojnę i toczyły ją w Polsce w wyjątkowo bestialski sposób, to nie oszczędza tych, którzy przeżyli, pokazując, że wojna i okupacja, a zwłaszcza bolesny proces wychodzenia z niej niekoniecznie sprzyjają postawom heroicznym. Takie stanowisko pośrednio podcina legendę „kontynuacji”, której zwolennicy wierzą, że gdyby nie komuniści, udałoby się odtworzyć jakąś formę II Rzeczypospolitej. Skala zniszczeń i przemieszczeń każe sądzić, że tak by się nie stało. Nie znaczy to, że Zaremba oszczędza komunistów. Przeciwnie, pisze zarówno o terrorze UB, jak i o bezsensownych, ideologicznie umotywowanych decyzjach w rodzaju szybkiej wymiany pieniędzy i walki ze spekulacją, czyli naturalnie odtwarzającym się rynkiem wymiany towarowej. Jednocześnie przypomina, że niemała część pozostałych przy życiu obywateli II RP czekała na zmiany. Podobnie z Armią Czerwoną: wbrew tym, którzy w krasnoarmiejcach i walczących u ich boku kościuszkowcach widzą wyłącznie nowych okupantów i ich sługusów instalujących w Polsce obcą władzę, Zaremba pokazuje, że na przełomie lat 1944-45 „radzieccy” naprawdę byli postrzegani jako wyzwoliciele, chociaż, fakt faktem, wskutek grabieży i gwałtów, jakich się dopuszczali, prędko zrujnowali swoją reputację.

Pogromy Żydów, w Rzeszowie, Krakowie i Kielcach, Zaremba – niejako polemicznie wobec Grossa – stara się ukazać w szerszym kontekście zawieruchy i brutalności, dzieląc odpowiedzialność pomiędzy „ciemny lud” i równie „reakcyjną” i straszną milicję obywatelską, filar ludowej władzy. Nie wiem, czy wiele to wnosi do sprawy, choć trzeba przyznać, że wychwycona przez badacza współzależność pogromów i obecności grup wojennych kalek i dezerterów, jeszcze jednej kategorii „ludzi zbędnych” i chętnie sięgających po przemoc, jest bardzo interesująca.

Wobec bohaterów swojej narracji Zaremba niejednokrotnie przyjmuje postawę rozumiejącą. Nie rozgrzesza, ale zakłada, że u początku wszystkich powojennych dramatów stała wojna z jej terrorem i stare stereotypy (np. Żyda-bolszewika, mordu rytualnego, „kałmuckich hord”). Można mieć wątpliwości, czy rzeczywiście wszystkie opisane patologie da się objaśnić tytułową trwogą (u Zaremby przyjmuje ona niekiedy postać złowrogiego fatum, które panuje nad całością ludzkich poczynań), tym niemniej stanowiła ona stały element krajobrazu pierwszych lat kształtującego się dopiero ładu.


PIOTR PAZIŃSKI jest pisarzem, dziennikarzem, eseistą, krytykiem literackim i tłumaczem. Od 2000 r. redaktor naczelny miesięcznika „Midrasz”. Laureat Paszportu „Polityki” w dziedzinie literatury (2009) za debiutancką powieść „Pensjonat”. Prócz tego opublikował „Labirynt i drzewo. Studia nad »Ulissesem« Jamesa Joyce’a” (2005) oraz „Dublin z Ulissesem” (2008).

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 38/2012