Spór zwolenników i przeciwników tzw. czterodniowego tygodnia pracy zmienił się w jeszcze jedną odsłonę polsko-polskiej wojny, w której strony tak bardzo pragną mieć rację, że w gruncie rzeczy nie obchodzi ich, co myślą oponenci. Dwa obozy, impregnowane na niewygodne dla siebie informacje, a do tego regularnie obrzucające się mało wyszukanymi epitetami – doprawdy, czego chcieć więcej, by omijać ten temat szerokim łukiem? A przynajmniej nie traktować go poważnie?
Pod koniec ubiegłego roku – gdy z Ministerstwa Pracy, Rodziny i Polityki Społecznej zaczęły wydostawać się pierwsze szczegóły ogólnopolskiego pilotażu skrócenia czasu pracy – firma rekrutacyjna Manpower przeprowadziła badanie stosunku Polaków do tego pomysłu. Co piąty ankietowany zadeklarował, że nie zamierza sobie tym zawracać głowy, bo za jego zawodowego życia pomysł nie nabierze realnych kształtów.
Tym razem ministerstwo zaskoczyło jednak sceptyków i dotrzymało obietnicy. W pierwszym ogólnopolskim teście skróconego czasu pracy, który ruszy 1 stycznia, udział weźmie około 5 tysięcy pracowników z 90 firm i instytucji wyłonionych w konkursie z grona 2 tysięcy chętnych.
Problem w tym, że zaskoczeni poczuli się też orędownicy idei skrócenia czasu pracy. Niepowtarzalnej okazji, jaką stanowi rządowy pilotaż, chyba nie dało się bowiem zmarnować jeszcze bardziej.
Czy w piątki można zamknąć biblioteki
Szefowa resortu pracy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk z urzędowym entuzjazmem podkreśla, że to pod jej kierownictwem Polska rozpocznie największe takie badanie z przeprowadzonych dotychczas w Europie. „To się już dzieje” – chwali się polityczka Lewicy na swoich kontach społecznościowych. Istotnie, spośród poprzednich prób, zorganizowanych między innymi w Wielkiej Brytanii, Szwecji, Islandii, Portugalii i w Niemczech, porównywalną skalę miała jedynie brytyjska. Uczestniczyło w niej łącznie 3,3 tys. osób z 61 firm.
Polski pilotaż można uznać za ewenement z jeszcze innego powodu, bo pierwszych obserwacji dostarczył już przed startem, udowadniając, że wielki biznes w Polsce nie pali się do majstrowania przy czasie pracy. Do rządowego testu nie przystąpiła żadna spółka z listy WIG20, czyli grupy najwyżej wycenianych podmiotów z warszawskiej giełdy. Wśród uczestników ze świecą szukać także firm powszechnie rozpoznawanych przez konsumentów.
Do programu weszły ostatecznie tylko dwa podmioty komercyjne zatrudniające ponad 250 osób. Na liście mamy za to wyraźną nadreprezentację instytucji komunalnych, jak spółki wodociągowe i domy kultury; jest nawet jeden ośrodek pomocy społecznej. Nie brak również urzędów gminy, bibliotek oraz urzędów pracy, co ideologicznych przeciwników eksperymentowania z polską produktywnością naprowadziło od razu na ironiczne komentarze, że za niemal 50 mln zł – bo tyle rząd przeznaczył na pilotaż – państwo polskie sprawdzi, czy nie runie pod ciężarem bibliotek czynnych dzień krócej.
Z punktu widzenia właścicieli dużych firm wejście do programu mogło jednak wydać się grą niewartą świeczki. Pierwszą i zarazem największą niewiadomą był trudny do przewidzenia wpływ eksperymentu na wydajność dużej organizacji. Ministerstwo domaga się, ażeby w teście brała udział co najmniej połowa personelu uczestnika pilotażu, a jednocześnie ogranicza maksymalną wysokość dotacji osłonowej do miliona złotych na jeden podmiot.
W jego trakcie badani muszą też zobowiązać się do utrzymania zatrudnienia na poziomie minimum 90 proc. stanu z dnia wejścia do programu. Część wymogów skrojono zresztą tak, jakby partycypację w pilotażu resort pracy traktował jak frymuśną nagrodę dla uczestników. Sporo zainteresowanych odpadło już na etapie lektury regulaminu, w którym wyczytali, że co najmniej 75 proc. pracowników podmiotu biorącego udział w pilotażu musi być zatrudnionych na umowę o pracę.
Trudno więc pozbyć się wrażenia, że kontrolowane przez Lewicę MRPiPS przeforsowało pilotaż na przekór realiom polskiego rynku pracy – i na złość koalicjantom o mniej prosocjalnej orientacji. Wręcz symboliczna wydaje się bierność resortu aktywów państwowych, którym rządzi Wojciech Balczun, jeden z członków starej gwardii Donalda Tuska. Ministerstwo, które ma udziały w większości najzamożniejszych polskich firm, nie kiwnęło palcem, aby nakłonić ich zarządy do choćby symbolicznego zaangażowania w rządowy projekt, np. poprzez zgłoszenie którejś z pomniejszych spółek-córek.
Czy naprawdę nie lubimy swojej pracy
Pilotaż podzielił więc rząd jeszcze przed startem, tak jak sam pomysł skrócenia czasu pracy dzieli Polaków niemal po połowie. We wspominanym wyżej badaniu firmy Manpower 65 proc. ankietowanych było do niego nastawionych pozytywnie (z czego tylko 36 proc. stanowili gorący zwolennicy). Reszta deklarowała dystans lub wręcz niechęć, najczęściej wynikającą z obaw, że krótszy czas pracy – bez względu na to, co obiecuje rząd – doprowadzi także do spadku ich zarobków. Sceptycy podkreślali też, że nie mają pewności, czy w pozostałych dniach nie będą harować przez to jeszcze ciężej.
Niepewność. To słowo wytrych do zrozumienia rodzimego rynku pracy. Od lat przewija się w kolejnych polskich badaniach stosunku do zatrudnienia. Rządziło nimi niepodzielnie 20 lat temu, kiedy bezrobocie sięgało 20 proc. Włada i dziś, choć jego wskaźniki w Polsce są najniższe w całej UE. Mniej boimy się samej utraty pracy. Za to coraz częściej targają nami wątpliwości, jakie miejsce przyporządkować jej w życiu.
W tegorocznym badaniu SW Research 80 proc. ankietowanych przyznało, że to, co robi w celach zarobkowych, nijak ich nie porusza ani nie inspiruje. 77 proc. badanych nie widzi też sensu swojej pracy – ani dla siebie, ani dla społeczeństwa. Aż 40 proc. po pięciodniowym maratonie obowiązków zawodowych nie ma siły na nic poza odpoczynkiem. A jednocześnie – to już wyniki badania CBOS sprzed dwóch lat – dla 83 proc. z nas to właśnie praca jest nadal tą sferą codzienności, która definiuje nas najlepiej i stanowi o naszej wartości!
Jakbyśmy, kierowani atawistyczną pamięcią zbiorową, bali się stracić z pola widzenia jeden z ostatnich stałych punktów odniesienia. Przez stulecia pracy nadawano wymiar etyczny i religijny, ale w gruncie rzeczy niepotrzebna była jej akredytacja przy żadnym systemie wartości. Kto nie pracuje, ten nie je – głosiło popularne powiedzenie, wyczerpując temat z brutalną precyzją.
Przyznaję, że na samą wzmiankę o skracaniu czasu pracy także mój wewnętrzny Milton Friedman staje dziś okoniem. W pierwszym odruchu myśli zaczynam kalkulować, dlaczego właściwie mamy kończyć pracę po 35 godzinach, jeśli uda się nam w tym czasie wypracować tyle samo, ile wcześniej przez 40? Czy nie godniej i sprawiedliwiej byłoby równie rzetelnie przepracować pozostałe trzysta minut, dla dobra własnego i interesu ogółu?
Tylko właściwie czemu koncepcja pięciodniowego tygodnia pracy wydaje mi się równie naturalna, jak weekend złożony z wolnej soboty i niedzieli? Mnie, urodzonemu w 1974 r., któremu w zakamarkach dziecięcej pamięci brzęczą jeszcze resztki wspomnień o lekcjach odbywających się czasem w soboty.
Krótszy czas pracy to miernik rozwoju gospodarczego
Darujmy sobie jednak historyczne wycieczki dla uzmysłowienia, że wolna sobota w Polsce ma równie krótką metrykę jak NSZZ „Solidarność”, a urlop wypoczynkowy Europa odkryła mniej więcej w tym samym czasie, co witaminy. Osadzanie dyskusji o krótszym tygodniu pracy wyłącznie w kontekście tzw. zdobyczy socjalnych oddala nas tylko od meritum sprawy.
Osią tej debaty powinno być raczej pytanie, czy Polska jest już – jak przekonuje ministerstwo pracy – krajem gospodarczo na tyle rozwiniętym, by się do takiej zmiany szykować i badać jej konsekwencje. Bo dalszy wzrost PKB i poziomu życia – czy się to komuś podoba, czy nie – i tak doprowadzi do skrócenia polskiego tygodnia pracy.
Tegoroczne dane Eurostatu pokazują, że tylko na przestrzeni dekady od 2014 r. średni czas pracy w krajach UE uległ skróceniu z 37 do 36 godzin. Statystycznie najbardziej zapracowaną nacją Starego Kontynentu są Grecy, ze średnią 39,8 godzin tygodniowo w przeliczeniu na jednego zatrudnionego w pełnym wymiarze pracownika. Oczko niżej plasują się Bułgaria i Polska (po 39 godzin tygodniowo). Stawkę zamyka w Europie Holandia ze średnim czasem pracy w wymiarze zaledwie 32 godzin tygodniowo.
A jako że dane z „Eurokołchozu” dla części polskiej opinii publicznej dowodzą dziś jedynie bankructwa idei europejskiego państwa opiekuńczego, warto w tym miejscu dorzucić także garść statystyk zza Atlantyku. Otóż przeciętny pracownik w USA zatrudniony w sektorze pozarolniczym we wrześniu tego roku pracował 34,2 godziny tygodniowo, o 18 minut krócej niż przed dekadą.
„Gdzie się podziali pracownicy?” – pytały dramatycznie dwa lata temu Katharine Abraham i Lea Rendell w głośnym artykule podsumowującym ich badania nad esprit de corps amerykańskiej klasy pracującej. Ekonomistkom wyszło, że coraz więcej pracowników w USA nie dostrzega w dłuższej pracy szans na poprawę sytuacji bytowej; co najwyżej okazję do tymczasowego podreperowania budżetu.
Z tego samego punktu wystartowała publicystka Delphine Strauss, gdy na łamach „Financial Times” zaapelowała niedawno do europejskich liderów opinii, aby przestali demonizować krótszy czas pracy. Za tymi statystykami kryją się bowiem nie tylko znudzone zetki, którym nie chce się siedzieć w biurach. Na efekt w postaci coraz krótszego tygodnia pracy składają się także pracownicy, którzy próbując podążać za zmianami cywilizacyjnymi, rezygnują z nadgodzin dla kolejnych studiów czy kursów wieczorowych.
To również osoby, które są na zwolnieniu lekarskich i choć chwilowo są bezproduktywne, mogą dzięki temu dłużej pozostać na rynku pracy. Zatrudnieni na pół czy ćwierć etatu, którzy z różnych powodów nie mogą podjąć pracy w pełnym wymiarze godzinowym. Kobiety, które wzięły urlop macierzyński, bo urodziły przyszłych podatników, pracowników i konsumentów.
Mniej godzin w robocie nie musi od razu oznaczać problemów. Może być dowodem dojrzałości i elastyczności rynku pracy.
Czy Polski model rozwoju gospodarczego jest skuteczny
Rzecz w tym, że wzięty na chłodno, krótszy tydzień pracy przestaje być antagonizującym konstruktem ideowym, a w Polsce mamy sporą rzeszę osób zainteresowanych właśnie tym, żeby o zatrudnieniu nie rozmawiać językiem faktów i liczb. Taka dyskusja prędzej czy później doprowadziłaby ich bowiem do punktu, w którym musieliby przyznać, że nasz model rozwoju gospodarczego, oparty na relatywnie taniej pracy, robi już bokami.
Zabranie mu ośmiu godzin – czy to w formie wolnego piątku lub poniedziałku, czy to poprzez skrócenie dniówki o godzinę – istotnie pogłębi tę zadyszkę. Tylko czy na pewno o taką produktywność nam chodzi w połowie trzeciej dekady XXI w., po wchłonięciu 390 mld dolarów bezpośrednich inwestycji zagranicznych?
Gdyby faktycznie była to prosta funkcja liczby godzin spędzanych w robocie, 18 milionów Holendrów ze swoim 32-godzinnym tygodniem pracy nie zbudowałoby gospodarki wartej ponad bilion dolarów. Ich miejsce zajmowaliby raczej Bhutańczycy, Grecy lub mieszkańcy Kostaryki, którzy w pocie czoła nadal pracują grubo po ponad 40 godzin tygodniowo.
Krótszy tydzień pracy - można było lepiej to przygotować
Polska bez wątpienia nie jest jeszcze tam, gdzie Holandia i szkoda, że zwolennicy skracania czasu pracy tu i teraz nie słyszą tego argumentu. Nie wypracowała oryginalnego know-how, dostatecznie silnej pozycji na wielu rynkach. Koryfeuszom polskiego wolnego rynku zwyczajnie brak też czasem odwagi, żeby oszczędności życia postawić na coś, co może przynieść gigantyczne zyski, ale jest obarczone dużym ryzykiem niepowodzenia.
Polski biznes, jak podał niedawno NBP, trzyma w bankach już niemal 2 biliony złotych, ale raczej woli kupować za nie bezpieczne obligacje Skarbu Państwa, niż stawiać nowe fabryki i przejmować konkurencję. Każdy przedsiębiorca ma oczywiście prawo do własnej oceny ryzyka, ale umówmy się, dobiegające z tamtej strony napomnienia dla ministerstwa, które rzekomo niebezpiecznie bawi się polskim etosem pracy, brzmią w tym kontekście dość groteskowo.
Pilotaż skróconego czasu pracy na pewno można było przygotować lepiej. Odchudzić polityczną otulinę projektu, który ministra Dziemianowicz-Bąk sprzedaje publicznie niemal jak remedium na wszystkie problemy polskiego życia społecznego. Zabrakło też wyraźnego sygnału, że Polska rusza z odważnym eksperymentem, ale raczej z myślą o wdrożeniu jego efektów najwcześniej za kilka, kilkanaście lat.
Jednego polityczce Lewicy odmówić jednak nie można: rozpoczynając eksperyment, Polska włącza się w globalną dyskusję o przyszłości pracy. Zwłaszcza pracy w europejskim wydaniu, czyli regulowanej i powiązanej ze świadczeniami socjalnymi. Bo ta jej odmiana, nazwijmy rzecz po imieniu, jest dziś na cenzurowanym.
Czym zastąpić europejski model socjalny?
Z polskiego podwóreczka, na którym wciąż panują cieplarniane warunki z realnym bezrobociem rzędu 3 proc. i wciąż szybkim wzrostem gospodarki, globalne szyderstwa z europejskiego modelu rozwojowego słychać jakby słabiej. Głębiej rezonują już w pogrążonych w stagnacji Włoszech czy w Niemczech. Przekaz jest prosty, bo tylko prostota sprawdza się w polityce robionej na X i TikToku: trzeba uwolnić przedsiębiorczość od eurobiurokracji, bo jedynie deregulacje pozwolą Europie dotrzymać kroku Chinom.
O tym, że punktem odniesienia dla Starego Kontynentu jest tu akurat państwo o gospodarce restrykcyjnie regulowanej przez państwo, europejscy „zdroworozsądkowi” wolą nie wspominać. Jak i o tym, że model chiński w pakiecie niesie ze sobą m.in. 44-godzinny tydzień pracy. Łatwiej więc kpić z europejskich norm, sprowadzając je do absurdów w rodzaju przepisów o kształcie banana.
Regulacje, które bronią konsumenta w nierównym starciu z przedsiębiorcą, przedstawiać jako balast, a nie ramy, w obrębie których możliwa jest przecież uczciwa wolnorynkowa rozgrywka. Rozmowa o krótszym czasie pracy w ogóle nie mieści się w tak zdefiniowanym kanonie gospodarczego „zdrowego rozsądku”, bo przecież azjatyckie tygrysy swój sukces zawdzięczają ścieżce dokładnie w przeciwnym kierunku.
A szkoda, bo rozmowa o skróceniu czasu pracy jest także rozmową o priorytetach. Przede wszystkim o tym, czy państwo i społeczeństwo skoncentrowane wyłącznie na wzroście produktywności mogą się rozwijać także w innych sferach.
Więcej pracy, mniej dzieci - co stoi za katastrofą demograficzną
Dla Polski interesujące mogą być zwłaszcza doświadczenia Korei Południowej, owego azjatyckiego tygrysa, który pracy nadał rangę nieomal religijną. Koreańczycy od lat otwierają kolejne zestawienia nacji pracujących najdłużej i najefektywniej. W 2018 r. rząd zdecydował się nawet na ograniczenie dopuszczalnego wymiaru nadgodzin z 18 do 12 tygodniowo, argumentując to troską o równowagę pomiędzy pracą a życiem prywatnym (dwa lata temu próbowano znowu podnieść go do 19 tygodniowo, ale projekt spotkał się z jednoznaczną dezaprobatą społeczeństwa).
W rezultacie ostatnie dekady przyniosły Korei awans do elitarnego grona najlepiej rozwiniętych państw globu i jednocześnie katastrofę demograficzną. Na jedną Koreankę z południa w wieku reprodukcyjnym przypadało w roku 2024 – 0,75 dziecka. W stołecznym Seulu, który tylko ze swoim PKB otarłby się o członkostwo w elitarnym klubie G20, jedna kobieta rodziła w ubiegłym roku statystycznie zaledwie 0,56 dziecka.
O istnieniu ścisłego związku między koreańskim stylem życia, który szczelnie wypełnia praca, a gotowością do posiadania potomstwa regularnie mówią tamtejszym decydentom kolejne badania, ale państwo wciąż nie potrafi znaleźć wyjścia z tej ślepej uliczki. Jedno nie ulega wątpliwości: jeśli bieżące wskaźniki dzietności koreańskiego społeczeństwa się nie zmienią, w połowie tego stulecia liczba mieszkańców kraju spadnie poniżej 25 mln osób. Obecnie mieszka tam niemal 51 mln osób.
Skrócony tydzień pracy sam w sobie nie jest oczywiście rozwiązaniem kryzysu demograficznego w krajach wysoko rozwiniętych. Do tej pory takie decyzje wymuszała na państwach sytuacja odwrotna, czyli wysokie bezrobocie. Prognozy demograficzne dla Polski sugerują tymczasem, że jeszcze przez kilka lat na krajowym rynku pracy powinniśmy mieć do czynienia z brakiem pracowników, zwłaszcza w niskopłatnych, niewymagających kwalifikacji profesjach.
W tym równaniu są też oczywiście dwie wielkie niewiadome. Trudno dziś przewidzieć, dokąd zapędzą polską pracę geopolityczne wichry, które właśnie przestawiają cegły w ułożonej już na stałe, zdawałoby się, świątyni globalizacji. Nie wiadomo również, co zrobi z nią kolejna faza rewolucji przemysłowej spod znaku AI, która tym razem, w odróżnieniu od poprzednich, nie zawita do nas z opóźnieniem. Może się okazać, że dzisiejsi przeciwnicy krótszego czasu pracy za kilka lat będą się go wręcz domagać.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















