Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Spektakularnie i w trzech częściach

Spektakularnie i w trzech częściach

29.11.2015
Czyta się kilka minut
Mocno zacząć i jeszcze mocniej skończyć. Recepta nie tylko na barokową arię da capo, uderzającą od pierwszego wejścia i olśniewającą w końcowej repetycji, ale i na festiwal.
Giuliano Carmignola Fot. Anna Carmignola / DG
C

Część pierwsza – A

Nie jest źle, jeżeli idąc za obyczajem Hitchcocka, rozpocznie się od trzęsienia ziemi. Trzęsieniem ziemi było przed 20 laty pojawienie się pierwszych nagrań muzyki Vivaldiego w wykonaniu Giuliana Carmignoli i zespołu Sonatori de la Gioiosa Marca: przez te parę płyt niewielkiej wytwórni Divox Antiqua zadrżał nam świat, bo oto objawił się w zupełnie nowej odsłonie twórca przyprawiający o dreszcz i zawrót głowy. Niby już wiedzieliśmy, że Vivaldi to nie tylko melodyjna słodycz, lecz i oszałamiająca dynamiką, fantastyczna maszyna, ale nagle, nic nie tracąc z energii, jego muzyka eksplodowała jak fajerwerk. Feeria barw, wirtuozerii, plastycznych efektów, zmysłowości dźwięku posuniętej do granic, jakich istnienia nie podejrzewaliśmy. I dramaturgii, sięgającej od słonecznego cantabile po grozę drapieżnego spiccato. Może to efekt tego, że po barokowy repertuar sięgnął wirtuoz skrzypiec najwyższej światowej klasy, jakiego drugiego w muzyce dawnej trudno uświadczyć?



Carmignola jest przede wszystkim wychowankiem szkoły włoskiej (a wielkich skrzypków nie tylko w baroku i romantyzmie – Paganini! – Italii nie brakowało), ale jednocześnie dziedzicem największych tradycji kształtujących wiolinistykę XX-wieczną. Kształcił się pod kierunkiem legendarnych wirtuozów – Nathana Milsteina, ucznia Leopolda Auera (czyli wychowawcy m.in. Jaschy Heifetza, Mischy Elmana itd.), oraz Henryka Szerynga, ucznia Carla Flescha (pedagoga Ginette Neveu, Idy Haendel, Szymona Goldberga, Maksa Rostala...). Do takiego bagażu pasuje zwycięstwo w Konkursie Paganiniego w Genui (1973) – skąd jednak muzyka dawna i historyczne instrumenty?

– Prawdziwy początek nowej dla mnie, filologicznej lektury muzyki barokowej, miał miejsce w 1991 r., gdy wyszła pierwsza płyta z „Czterema porami roku”, z Sonatori de la Gioiosa Marca – powiedział mi kiedyś skrzypek. – Dzięki nim wypożyczyłem smyczek, spróbowałem przemontować podstawek, zacząłem czytać traktaty, rozumieć trochę tę odmienną estetykę gry. To była stopniowa zmiana: strun, podstawka, przede wszystkim smyczka – to bardzo ważne. Nadzwyczajne doświadczenie, bo otworzyło przede mną całkiem nowy świat, nową perspektywę.

Nic nie dzieje się jednak przypadkowo: do spotkania z wykonawstwem historycznym Giuliano Carmignola, światowy wirtuoz first class, był znakomicie przygotowany. – Moje związki z Vivaldim wywodzą się od mojego mistrza, Luigiego Ferro, jednak miłość do muzyki dawnej narodziła się, gdy byłem dzieckiem. Ojciec, będący skrzypkiem amatorem, grał w małej orkiestrze kameralnej – i zapach kadzidła w kościele Santa Maria Maggiore, zapach świec, dźwięk klawesynu, muzyka Albinoniego, Corellego, Vivaldiego, Tartiniego – wszystko to miało silny wpływ na moje życiowe i muzyczne decyzje. Vivaldi był dla mnie czarodziejem skrzypiec, instrumentu, który od dzieciństwa bardzo kochałem.

– W 1986 r. zarejestrowałem koncerty Locatellego w edycji krytycznej Ottavia Dantonego, który otworzył mnie na świat muzyki dawnej. Następnie rozpocząłem współpracę z Sonatori de la Gioiosa Marca, na początku lat 90., z Andreą Marconem, Venice Baroque... Potem kontrakt z Sony, z Deutsche Grammophon etc. Ale to Ottavio Dantone był pierwszą osobą, która wprowadziła mnie w odkrywanie muzyki dawnej.

Gdański koncert z koncertami skrzypcowymi Vivaldiego i Bacha to więc powrót do korzeni – choć korzeni żywych, jako że obaj muzycy w ostatnich latach występowali ze sobą wielokrotnie.

Lecz dlaczego Vivaldi? Spośród oceanu muzyki włoskiej może nie musi to być wcale oczywisty wybór?

– Jego muzyka jest genialna, wystarczy zdać sobie sprawę, że Vivaldi „wynalazł” koncert skrzypcowy, że jego koncerty transkrybował Bach. W niektórych koncertach, przede wszystkim z późnego okresu, fascynuje także bogactwo harmoniczne i złożoność. Czyli wyobraźnia i niewyczerpana odkrywczość, a zarazem rewolucja w wiolinistyce, w artykulacji – ale też cantabile, wenecka śpiewność: cudowne adagia, wolne tempa. Rewolucjonista pisania na skrzypce, osobowość nadzwyczajna.

Jak jednak możliwe, że jeden z najważniejszych twórców epoki, za życia legendarny, którego dzieła, choć znane, musiały czekać na „odkrycie” aż do lat powojennych?

Problem zapewne tkwił w samym Vivaldim – niekoniecznie w jego muzyce, lecz w osobie. „Vivaldi, pragnąc sprzedać mi kilka koncertów po bardzo wysokiej cenie, postarał się, aby zostać jednym z moich bliskich przyjaciół – notował w 1739 r. Charles de Brosses, polityk, historyk i komentator ówczesnego życia. – Było to z pewną korzyścią zarówno dla niego, jak i dla mnie, ponieważ chętnie go słuchałem i chciałem mieć często dobrą muzyczną rozrywkę. Jest to starzec ogarnięty manią komponowania. Słyszałem, jak przechwalał się, że potrafi skomponować cały koncert, ze wszystkimi jego częściami, szybciej, niż kopista może je przepisać. Zauważyłem – ku memu wielkiemu zdziwieniu – że nie jest tak ceniony, jak na to zasługuje, w tym kraju, gdzie wszystkim rządzi moda, gdzie jego dzieł słucha się już zbyt długo i gdzie utwór z poprzedniego roku w następnym nie przynosi już dochodu”.

Moda – jedno z pojęć kluczy, które od dawna dokuczało Vivaldiemu, a to za sprawą popularnego druku, niemiłosiernie kpiącego z barokowego teatru operowego – przede wszystkim zaś właśnie z oper Vivaldiego. „Il teatro alla moda” z 1720 r. wznawiany był parokrotnie i w XVIII, i w XIX stuleciu – którego to zaszczytu nie doświadczyła żadna z barokowych oper. Choć rzecz nie dotyczyła koncertów ani muzyki instrumentalnej, to jednak utrwalała niskie mniemanie o muzyce kompozytora – by Strawiński mógł w końcu powiedzieć, że „Vivaldi 400 razy napisał ten sam koncert”. Potrzeba było artystów, którzy potrafili dostrzec słoneczną, a nie formalną stronę tej muzyki, by przywrócić ją do życia – a następnie elastyczności i zmysłowości instrumentów dawnych, by odkryć w niej niewielkie, ale rozedrgane dramaty, pozostawiające słuchaczy w stanie oniemienia. I tu właśnie spotykamy się z Giulianem Carmignolą.

Cząstka B

Aria da capo musi mieć swoją część środkową: spokojniejszą, ale przesyconą emocjami. Patrząc w program festiwalu, odnaleźć ją można w koncercie sławnej „Akamus”, czyli Akademie für Alte Musik Berlin, gdzie ten sam krąg repertuarowy – muzyka w stylu włoskim – ukaże jednak nieco inne oblicze. Pastoralne czy wręcz świąteczne, gdyż zabrzmią odpowiednie utwory Locatellego i Telemanna, a także od dawna oczekiwany na adwentowym festiwalu concerto grosso Corellego „Per la notte di Natale”, czyli „Bożonarodzeniowy” – zapewne najbardziej znany z całego dorobku jednego z kluczowych mistrzów muzyki instrumentalnej.

Da capo – A’

„Choć opera we Włoszech jest monstrum, jest to monstrum piękne i melodyjne” – zauważył w 1706 r. John Dennis. W przychodzącym wówczas na świat pokoleniu jednym z największych bohaterów tego „monstrum” miał stać się śpiewak-kastrat Gaetano Majorano, znany pod swoim imieniem scenicznym: Caffarelli. Wcielenie ideałów, do których już w 1702 r. wzdychał François Raguenet, porównując Włochów ze śpiewakami francuskimi („Parallèle des Italiens et des Français en ce qui regarde la musique et les opéras”): „Są to gardła i tony słowików, oddechy zdolne wstrzymać ruch ziemi, oddechy niekończące się, dzięki którym wykonują oni wielotaktowe pasaże, przetrzymują oszałamiającej długości nuty, kończone równie długimi kadencjami i trylami”. Caffarelli należał do największych bożyszcz, a rywalizować z nim mógł jeden tylko Farinelli, zresztą kolega ze szkoły Nicola Porpory (kompozytora i nauczyciela, który wykształcił większość największych wokalistów epoki). Do czasu wszakże, gdyż kariera Farinellego była krótka, natomiast Caffarelli śpiewał przez długie lata. I to mimo ponoć wyjątkowo trudnego charakteru... Nawet w barokowej operze było szczególnym wyczynem wdawanie się w głośne dyskusje z publicznością w czasie, gdy na scenie śpiewają koledzy.

Był jednakowoż Caffarelli gwiazdą, dla której powstawały liczne opery – najprzedniejsi kompozytorzy od Neapolu po Londyn, od Porpory i Leo, po Hassego i Händla, starali się w nich stworzyć muzykę, która ukaże szczególne umiejętności śpiewaka. Dziś z tego repertuaru swój cheval de bataille uczynił jeden z pierwszych kontratenorów współczesności – Franco Fagioli. – Ta muzyka bardzo dobrze pasuje do mojego głosu – stwierdza urodzony w Argentynie śpiewak, co może brzmieć wyzywająco, jeżeli weźmie się pod uwagę, że powstawała ona dla głosu, jaki w tej chwili w ogóle nie istnieje: głosu kastrata. Jednak Fagioli właśnie śpiewem dowodzi, że wie, o czym mówi (może gdybyśmy mieli okazję usłyszeć samego Caffarellego, zmienilibyśmy zdanie, ale czego uszy nie słyszą, tego sercu nie żal...). Swobodna wirtuozeria, z jaką mezzosopranista bawi się karkołomnymi skokami i ozdobnikami, lekko wytrzymywana długość dźwięków w powolnych ariach – cały program dowodzi, że czeka nas zakończenie festiwalu godne finału – trzeciej części wielkiej arii da capo, w której melodia okraszona zostaje dźwiękowymi brylantami. I żeby wiedzieć, o czym dokładnie mówimy, oczywiście właśnie arie da capo wypełnią ostatni koncert festiwalu. ©

Giuliano Carmignola koncertami skrzypcowymi Vivaldiego i Bacha otworzy gdański festiwal 7 grudnia w Centrum św. Jana przy ul. Świętojańskiej (z towarzyszeniem orkiestry Accademia Bizantina pod dyr. Ottavia Dantonego). Akademie für Alte Musik Berlin wystąpi 11 grudnia w Dworze Artusa. Festiwal zakończy koncert Franca Fagiolego i zespołu Il Pomo d’Oro pod dyr. Riccarda Minasiego 13 grudnia w Centrum św. Jana. Wszystkie koncerty o godz. 20.00.


Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Ur. 1973. Jest krytykiem i publicystą muzycznym, historykiem kultury, współpracownikiem „Tygodnika Powszechnego” oraz Polskiego Radia Chopin, członkiem jury International Classical Music...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]