Do chcących czytać niebezpiecznie,
rozpoczynając programowanie tegorocznej edycji Festiwalu Conrada, wróciłam do zbioru esejów „Czytaj niebezpiecznie. Wywrotowa siła literatury na burzliwe czasy”, napisanego przez Azar Nafisi w formie listów do najdroższego jej – zmarłego już – taty. Jako najcenniejsze, wręcz święte, przechowywane w pamięci wspomnienie irańska pisarka i aktywistka zachowała codzienne opowiadanie przez ojca bajek na dobranoc.
Teraz to ona opowiada literaturą świat – jemu i nam. I już tym aktem kwestionuje przedustawny porządek; literatura jest nieśmiertelna i jako taka pozwala nam być ze zmarłymi.
Zaproszenie Nafisi do wystąpienia na krakowskiej scenie było jednym z pierwszych, jakie wysłałam. Autorka książki „Czytając »Lolitę« w Teheranie” jest buntowniczką, od lat wcielającą w czyn bliską mi ideę, zgodnie z którą literatura może być narzędziem zmiany: świata i nas samych.
I choć z uwagi na wojnę rozpoczętą przez Stany Zjednoczone przeciwko Iranowi autorka odmówiła udziału w naszym festiwalu, jej myśl towarzyszy mi podczas dalszych przygotowań. Także dlatego postanowiłam napisać kolejny list – tym razem do Was.
My, ludzie współcześni, z wygody unikamy konfliktu; chętnie zamykamy się w bańkach z myślącymi podobnie i obcujemy ze sztuką odzwierciedlającą nasze przekonania czy podtrzymującą uprzedzenia. Czytanie niebezpieczne nie musi jednak polegać na lekturze książek, których bohaterki i bohaterowie kontestują zastaną rzeczywistość. Pobudzające może być zagłębienie się w każdą opowieść, w szczególności tę wielogłosową, jeśli tylko zachowamy gotowość do konfrontacji z poglądami innymi niż własne.
Zdaniem Nafisi w sztuce buntu najlepiej ćwiczą nas powieści – „potęga wyobraźni wspomaganej przez literaturę” – bo to one pozwalają prześledzić scenariusze obrotu spraw i zrozumieć naszych przeciwników.
Schematy fikcjonalne bardziej niż inne przypominają życie: z biegiem wydarzeń postaci rozwijają się na drodze konfliktu. Sprzeciw (polityczny, osobisty, literacki) przybiera konkretną formę, a ta może wpłynąć na zmianę naszej perspektywy. Taka rewizja nie jest łatwa ani oczywista – co literatura doskonale obnaża, stanowiąc przy tym bezpieczniejsze od samego życia laboratorium, w którym można stawiać niebezpieczne pytania.
Istotny jest więc sposób obcowania z tekstem, wydobywający wywrotowy potencjał literatury. Ona sama nie zmieni świata ani ludzkich losów, potrzebuje aktu. Nie ma spisu lektur, po przeczytaniu których staniemy się lepszymi, mądrzejszymi czy odważniejszymi ludźmi. Sama lektura nie gwarantuje, że na świecie zapanuje pokój albo że w chwili próby podejmiemy właściwą decyzję.
A jednak słowo może inspirować do podjęcia działań, które obalą obowiązujący porządek społeczny; może być (bywa!) również narzędziem oporu. Może wreszcie – co równie ważne i wcale nie prostsze – dokonywać przeobrażeń w nas samych.
***
Świadoma tego wszystkiego władza autorytarna od zawsze pacyfikuje ludzi pióra, co obserwujemy i dziś w różnych częściach świata. Sytuacja osób piszących jest niepewna pod każdym względem: egzystencjalnym, wolnościowym, materialnym.
Ta absolutystyczna mentalność funkcjonuje również w demokracjach – coraz rzadziej mamy możliwość i chęć dialogowania, zmianie zdania towarzyszy raczej napiętnowanie niż pochwała dojrzałości, każdego myślącego inaczej traktujemy jak przeciwnika.
W państwach totalitarnych pisarki, poeci, dziennikarki, publicyści, wydawczynie i księgarze są zastraszani, skazywani na więzienie, a nawet mordowani. Demokracje z kolei zwykły traktować ludzi słowa z obojętnością i lekceważeniem, jakby czytanie było czymś nieistotnym.
Społeczeństwo nieczytające oznacza mieliznę myśli, utratę pamięci, rozpad kultury. Widać to dobrze w historii świata.
Książki mogły wzniecać rewolucje; wiedział o tym każdy reżim autorytarny. W 1933 roku nazistowscy studenci przemaszerowali z pochodniami przez niemieckie miasta. Spalili 25 tysięcy woluminów: nie palili papieru, palili pamięć. Heinrich Heine, którego twórczość wówczas płonęła na stosie, napisał sto lat wcześniej: „Gdzie pali się książki, tam będzie się palić ludzi”.
Nawet jeśli już niedosłownie, książki, a wraz z nimi idee i wyobraźnia wciąż stają w ogniu. Autorki i autorzy trafiają na indeksy, niewygodne tytuły są cenzurowane. A kiedy literatura jest zagrożona, zagrożony jest cały świat.
Dziś książki porzucamy także dobrowolnie. Zamieniamy sycącą lekturę na niekończące się wycinki treści. Scrollujemy, zamiast studiować. Wybieramy rozproszenie zamiast głębokiego czytania. Konsekwencje wyglądają znajomo: obniżenie koncentracji, zniekształcenie prawdy, wykorzenienie, sprowadzenie debaty do sloganów. Wzrasta nasza podatność na manipulację oraz uleganie teoriom spiskowym i fake newsom. To dlatego czytanie służyło zawsze czemuś więcej niż indywidualnym korzyściom. Nasza przyszłość będzie napisana nie tylko tym, co stworzymy, ale i tym, co będziemy czytać.
„Buntuję się, więc jesteśmy”, pisał w „Człowieku zbuntowanym” Albert Camus, by podkreślić, że zaczynające się od pojedynczego ruchu myśli nieposłuszeństwo ma sens jako akt zwrócony w kierunku wspólnoty. Choć wyizolowany społecznie bunt jest możliwy, częściej bywa okupiony frustracją i zatrzymuje się na gniewie.
Wspólnota budowana na literaturze pozwala natomiast spotkać się ludziom w poprzek społecznych, politycznych, genderowych, wiekowych i wszelkich innych podziałów. Wiedziała o tym Nafisi, kiedy w 1995 roku, wydalona z uniwersytetu w Teheranie za sprzeciw wobec obowiązku noszenia chusty, otworzyła własny dom dla studentek i studentów, czyniąc z niego przyczółek wolnej myśli.
***
Podobne przyczółki rozsiane są po całym świecie. Choć także ich istnienie jest zagrożone, pozostają otwarte dla każdej i każdego z nas. To biblioteki i księgarnie.
O roli jednego z takich miejsc pisał Tahar Djaout w „Ostatnim lecie rozumu”. Jego bohater, Boualem Yekker (z kabylskiego: „ten, który powstał, który się sprzeciwił”), jest księgarzem mającym swój udział w „rozpowszechnianiu buntu i piękna” (przeł. Gabriela Hałat). Akcja powieści dzieje się w Algierze przejętym przez Bractwo Straży, radykalną partię konserwatywną, podporządkowującą życie obywateli prawom teologicznym. To świat, w którym książkom (i sztuce w ogóle) zagraża Księga; wolności – dogmat; samodzielności myślenia zaś – indoktrynacja.
Boualem poświęca wszystko, łącznie z rodziną (dzieci, zarażone islamizmem w procesie sekciarskiej edukacji, przeciągają na „jedyną słuszną” stronę matkę i odchodzą), by w pojedynkę oprzeć się dyktatowi władzy. Zastraszany przez nową inkwizycję, pokojowo stawia czoło bojownikom. Sam umieszczany jest na końcu listy jednostek do wyeliminowania. Może nawet tego nie jest wart, może jest tak słaby, że reżim nie bierze go na poważnie, a jego karą za błądzenie ma być to, że w tym przesiąkniętym terrorem świecie pozostanie całkiem sam – kwestionuje własne jestestwo protagonista.
Prowadząc księgarnię – mimo że zdjęte strachem cienie współobywateli coraz rzadziej do niej zaglądają – z narażeniem życia zdobywa „świeckie” publikacje z zagranicy. Daje odpór fanatycznej przemocy. Uporczywie trwa mimo chwil zwątpienia, w których bywa, że i jemu książki przestają dodawać otuchy.
Z dnia na dzień księgarnia Yekkara zostaje zamknięta, a jego asortyment spalony. Bohaterowi, nie bez trudu, pozostaje marzyć i śnić: żywych zastępuje duchami, a historię pełnym patosu, poetyckim mitem. Od dzieciństwa towarzyszą mu słowa książek, budujące królestwo wyobraźni. Słowo Księgi potrafi tylko niewolić i miażdżyć. Znika horyzont; ani oko, ani umysł nie zapuszczą się poza odgórnie wyznaczone granice. A przecież „dopóki nie brak nam wyobraźni, dopóty jesteśmy wolni” (przeł. Dawid Czech) – brzmi jedna z lekcji „Czytaj niebezpiecznie”.
„Czy wiosna nadejdzie?”. Otwarte zakończenie powieści brutalnie domyka życie. W 1992 roku w Algierii wybucha wojna domowa toczona przez Front Wyzwolenia Narodowego i fundamentalistyczny Islamski Front Ocalenia. Wtedy też Tahar Djaout, dziennikarz, poeta i matematyk kabylskiego pochodzenia, bezkompromisowy intelektualista, zakłada tygodnik „Ruptures”, zrywający z islamo-baasistowską ideologią.
„Za posługiwanie się groźnym piórem”, jak określił to jeden z zamachowców, 26 maja 1993 w Algierze Djaout zostaje dwukrotnie postrzelony w głowę przez islamskich fundamentalistów. Zapada w śpiączkę, z której już się nie wybudzi – umiera w wieku trzydziestu dziewięciu lat.
Zachował się jeden z jego ostatnich zapisków: „Milczenie oznacza śmierć, / jeśli przemówisz, zginiesz, / jeśli wybierzesz milczenie, zginiesz. / Zabierz zatem głos i zgiń” (przeł. Aleksandra Szymczyk).
Opowieść o tym, „który się sprzeciwił”, została odnaleziona po śmierci autora i dostarczona do francuskiego wydawcy, a ten zaczerpnął jej tytuł z treści utworu.
Ostatnie lato zbiega się z kresem życia Djaouta. Od jego śmierci do 1995 roku w Algierii zginęło więcej dziennikarzy niż w tym samym czasie na reszcie globu. W odpowiedzi na zamordowanie rodaka Camusa ponad 300 ludzi pióra z całego świata podpisało apel-przyczynek do powstania Międzynarodowego Parlamentu Pisarzy, którego celem jest ochrona zagrożonych autorek i autorów.
***
Na zewnętrznym parapecie jednego z łódzkich antykwariatów codziennie, także w deszcz, ląduje literatura za grosze. Tym sposobem w moim posiadaniu znalazła się niepozorna, zawilgotniała książka „Bartleby i spółka”. Autor eksperymentalnego eseju, Enrique Vila-Matas, porusza kwestię świadomego wypisania się z obowiązującego porządku społecznego.
To wypisanie można u hiszpańskiego pisarza rozumieć na dwa sposoby. Bezimienny twórca osobliwego dziennika i zarazem przypisów do niewidzialnego tekstu od dwudziestu pięciu lat nic nie napisał. „Słysząc” pewnego dnia w biurze, że „pan Bartleby jest na zebraniu”, zdaje sobie sprawę z absurdalności opacznie zrozumianego komunikatu. Przecież kopista Bartleby z opowiadania Hermana Melville’a na żadne spotkania nie chodził, przynajmniej od dnia, w którym ostentacyjnie stwierdził, że wolałby nie.
Autor dziennika postanawia prześledzić literaturę Nie, ponieważ, jak twierdzi, „tylko z negatywnego popędu, tylko z labiryntu Nie może wyrosnąć literatura jutra” (przeł. Anna Topczewska).
Efektem tego śledztwa, a raczej fiksacji, jest 86 przypisów zbierających historie podobnych jemu bartlebych. Niepokojące skłonności do odrzucenia świata przejawiali zarówno autorzy bez książek i pisarze bez tekstów, jak i ci, którzy pisanie porzucali, przerywali, napoczynali kolejne kawałki, kręcili się wokół, dręczeni immanentną niemożliwością materii literackiej. To wszyscy ci, którzy z nie/pisania uczynili swoje życiowe posłannictwo.
Z drugiej strony kopista Bartleby jest buntownikiem totalnym. Nie tylko składa pióro, ale też kwestionuje wszelkie inne powinności. Uzbrojony w odwagę bycia sobą, gwiżdże na wszystko i wszystkich. Vila-Matas kilkakrotnie powtarza, że niewidzialny to nie to samo co nieistniejący.
W tej myśli tkwi sedno sprawy. Deklaracja „wolałabym nie” jest decyzją, zaniechanie jest aktem sprawczym i znacznie bardziej zniuansowanym niż przypisywana mu rezygnacja. Zatrzymanie pozwala uchwycić moment wyczerpania, kryzysu, osiągnąć punkt zwrotny. Można w tym stanie pozostać, można też podważyć status quo na rzecz ustanowienia nowego.
Być może dziś, w dobie późnego kapitalizmu, przyjęcie postawy rebeliantki, outsidera, osoby protestującej polega przede wszystkim na porzuceniu presji działania dla samego działania i wyjściu z kieratu produktywności.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że wspomniana produktywność bywa odpowiedzią na strach przed niepewną przyszłością. Wraz z rozwojem technologii, a zwłaszcza sztucznej inteligencji, wiele procesów uległo przeobrażeniu, w wyniku którego życie jest wygodniejsze niż kiedykolwiek. Rzeczywistość rozszerza się na poziomie możliwości i kurczy na poziomie ludzkiego w niej udziału. Technologiczne udogodnienia oferują nieznaną dotąd optymalizację licznych aktywności. A jednak w tej łatwości dostrzegam pewien brak.
Zastanawiam się, jak wyglądałby przegląd bartlebych napisany przez Vila-Matasa dziś. W przypisie 7. opublikowanego w 2000 roku dziennika wspomina Daniela Del Giudicego, który dzieło literackie buduje na fundamencie nicości, a przed tekstem, jeśli ma mieć znaczenie i cechować się jakąś moralnością, stawia zadanie wytyczania nowych dróg i odsłaniania nieopowiedzianego. Aktem niemoralnym jest więc zamykanie horyzontu utworu na wrażeniowości i bezpieczne powielanie efektu stylistycznego. Del Giudice proklamuje etyczne poszukiwanie nowych form, mając przy tym świadomość, że może ponieść klęskę pisarz podejmujący próbę poszerzenia granic tego, co ludzkie. Wszystko to czyni pisanie aktem wysokiego ryzyka, w którym bezpieczeństwo to formuła pozorów.
Mówiąc wprost: czy generowane już na masową skalę teksty mogą przynależeć do literatury Nie? Czy tworzenie literatury można bez straty zastąpić jej symulowaniem, skoro gramatyka, styl i słownik tak łatwo dają się skopiować? Innymi słowy: czy kopista Bartleby może być maszyną, nie-człowiekiem bez właściwości, nie-człowiekiem do wszystkiego? I skoro nie/pisanie jest sposobem na przetrwanie, a literatura formą stawiania oporu, to kto w tym przypadku wolałby nie?
Paulina Frankiewicz,
dyrektorka programowa Festiwalu Conrada
Wspieraj Festiwal Conrada! Kup bilety dobrej woli i festiwalowe pamiątki »
Organizatorzy Festiwalu Conrada: Miasto Kraków, KBF, Fundacja Tygodnika Powszechnego
Partnerzy strategiczni: Tygodnik Powszechny, Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















