Bardzo niedobrą polską tradycją stała się powyborcza wymiana kadr urzędniczych. Kiedy dotyczy to stanowisk choćby w minimalnym stopniu politycznych, można to usprawiedliwiać koniecznością realizacji programu wyborczego czy wizji politycznej rządzącej partii. Takiego uzasadnienia nie da się jednak odnieść do funkcji techno- i biurokratycznych. Tutaj zmiany kadrowe mają bardzo wyraźny posmak "skoku na kasę" i wynagradzania państwowymi posadami działaczy partyjnych.
PiS, który szedł do wyborów z hasłami "taniego państwa" administrowanego przez uczciwych fachowców, w upartyjnieniu posad prześcignął nawet SLD. Kolejnym tego przykładem jest odwołanie prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia Jerzego Millera. Wszyscy, łącznie z ministrem zdrowia Zbigniewem Religą, przyznają, że był bardzo dobrym zarządcą 40-miliardowego funduszu. To jednak nie wystarczyło. Nie był "nasz"! A rządzić (i dzielić publiczne pieniądze) muszą "sami swoi".
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
Inne artykuły tego autora
Najnowsze artykuły
Wersja audio



















