Dwa dni i dwie noce będziesz deptał szorstki pył pustyni Mojave, aż pod samotnym kaktusem dopadniesz jaszczurkę zwaną gilą. Spijesz jej jad z pyska, a to cię uwolni od cielesnych trosk, staniesz się na powrót piękny i szczupły. O ile ci się uda wrócić do samochodu i dojechać do najbliższego szpitala. Gdzie ci powiedzą, żeś bez sensu ryzykował, bo zamiast pozyskiwać tłumiący łaknienie hormon GLP-1 z biednych gadów, jak to się robiło na początku tego wieku, nauczyliśmy się go syntetyzować, nazwaliśmy semaglutydem i sprzedajemy każdemu, kto ma na zbyciu tysiąc i więcej złotych miesięcznie.
Byliście wśród pierwszych, którzy w Polsce czytali (poza prasą medyczną) o tym przełomie w redukowaniu otyłości (leki takie jak ozempic lub wegovy). Dlatego należy wam się co jakiś czas raport o dalszych losach tego, co czasopismo „Science” określiło „przełomem naukowym roku 2023”. Nie, jeszcze nie dowiedzieliśmy się o poważnych skutkach ubocznych (mniej poważne, jak obstrukcja, znamy już dziś). Mam nienaukową, ale jednak pewność, że będziemy o tym niebawem pisać, dość wspomnieć koniec lat 90., gdy nagle zakończyła się wielka kariera fenfluraminy (tabletki isolipan – któż je dziś pamięta?), poprzedniego preparatu tak skutecznego, że oprócz apetytu kasował też zastawki w sercu i płuca.
Tymczasem jednak mamy dobrą wiadomość – otóż według danych miarodajnego, rządowego źródła, wskaźnik otyłości wśród dorosłych w USA nadal wystaje ponad 40 proc. (!), ale drgnął i spadł w ostatnich trzech latach o dwa punkty. Gazety już ogłosiły „początek końca epidemii otyłości”. Zazwyczaj cyniczny „Financial Times” porównał z entuzjazmem obecny moment do roku 1963, gdy przestała rosnąć w Ameryce sprzedaż papierosów. Udało się, zjeżdżamy w dół z powrotem do normalności i zdrowia!
Korelacja czasowa z powszechnym stosowaniem ozempicu jest oczywista. Nic innego się ostatnio nie wydarzyło, co można by podpiąć pod trend – covid szczególnie często zabijał osoby maksymalnie otyłe, a tych akurat proporcjonalnie wcale nie ubyło. Niektórzy epidemiolodzy sugerują coś banalniejszego – osiągnęliśmy górny pułap biologiczny otyłości. To znaczy, że wszyscy genetycznie predysponowani do chorobliwego przybierania na wadze już się najedli (zamieszkali tam, gdzie łatwo się najeść) i, by tak rzec, się wypłaszczyli.
Zaiste, wielkie to wyzwanie – wskazać zależności w świecie danych niby tak „twardych” jak masa ciała. W dodatku mające kapitalne przełożenie na politykę, budzące wielkie nadzieje i wielkie pieniądze. Ale zaczekajmy z dywagacjami, ludzie o dobrej pamięci – zawsze gotowi zmarnować radosny nagłówek – przypominają, że podobne „wypłaszczenie krzywej” nastąpiło już w 2010 r. i bez wysiłku z archiwów poważnych gazet wydłubiemy artykuły o tym, że nareszcie udało się opanować epidemię za sprawą mądrej polityki administracji Obamy, m.in. intensywnej promocji zdrowego odżywiania w szkołach. Za trzy lata nadejdą następne dane, na razie przyjmijmy, że przemawia przez nas potrzeba sprawczości; wiara, że potrafimy sobie poradzić z każdą plagą, że na wszystko znajdzie się sposób i jeszcze będzie cudownie.
Zaciekawiła mnie uwaga badaczy, że jest pewien pułap, powyżej którego populacja nie może przytyć. Och, szczęśliwi przyrodnicy widzący człowieka jedynie w jego biologicznej, białkowej formie. Jedna rzecz, to ile możemy zjeść, druga, to jak chora i zdegradowana może być ta konsumpcja. Mój dobry kolega najął się do roboty jako kurier aplikacji dostaw do domu. Mam nadzieję, że napisze o tym książkę, bo ma niezłe pióro. Tymczasem opowiada rzeczy straszne o tym, jak ludzie posiadający jeszcze po dwie nogi oraz zdrowie każą mu wozić byle co ze sklepu oddalonego o dwie przecznice. Ciała jednostek więcej może nie urosną – tu przyroda stawia barierę – ale jako społeczność będziemy jeszcze długo puchnąć.
Zupa z kasztanów i grochu
- 0,75 kg kasztanów jadalnych
- 0,30-0,40 kg suszonego grochu (lub cieciorki)
- czosnek
- rozmaryn
- liść laurowy
- nasiona kopru włoskiego
Niestety, są też całkiem zdrowe rzeczy, od których (chwilowo) się puchnie. Choćby strączkowe, wielka nasza pociecha na zimne dni. Na pierwsze wieczory czasu zimowego (to już w niedzielę!) możemy zrobić inny niż zwykle wariant grochówki. Wstawiamy kasztany do zimnej wody z laurem i koprem włoskim, doprowadzamy do wrzenia, gotujemy ok. 40 minut, studzimy, obieramy, rozdrabniamy palcami miąższ. Równolegle gotujemy do miękkości groch w 1,5 l wody, odcedzamy, nie wylewamy wody. Na dnie dużego garnka podgrzewamy na oliwie ząbek czosnku, wkładamy miąższ kasztanowy, dusimy przez parę minut, mieszając, dodajemy gałązkę rozmarynu, groch i zalewamy wodą w takiej ilości, by wyszła gęsta zupa. Gotujemy całość jeszcze kwadrans, wyjmujemy rozmaryn, na talerzach dodajemy nieco surowej oliwy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















