Reklama

Rocznice nasze i wasze

Rocznice nasze i wasze

01.06.2009
Czyta się kilka minut
Prof. Robert Traba: Ustalaniu, jaka rocznica powinna być obchodzona jako święto narodowe, zwykle towarzyszą intensywne dyskusje i emocje. Nie tylko w Polsce, także np. we Francji czy Niemczech. To nieuniknione, skoro rocznice wykuwają się w sporze politycznym. Rozmawiała Patrycja Bukalska
P

Patrycja Bukalska: Od kiedy w historii pojawia się coś takiego jak rocznica, obchodzona przez społeczność czy naród?

Prof. Robert Traba: Rocznice są głęboko zakorzenione w tradycji judeochrześcijańskiej. Samo określenie "jubileusz", w sensie zbiorowego obchodzenia, ma swój etymologiczny źródłosłów w słowie jobel: po hebrajsku oznaczało to głos rogu baraniego, który po 50 latach dawał możliwość, jak byśmy to powiedzieli dzisiaj, "odpustu" wszystkich grzechów dla wyznawców judaizmu. W tradycji chrześcijańskiej pierwszy jubileusz tego typu to rok 1300 i deklaracja papieża Bonifacego VIII, który ogłasza wtedy rok jubileuszowy i zarazem rok święty. W ten sposób wprowadza się w tradycję obchodzenie okrągłych rocznic: 100 lat, 50 lat, 25 lat, ewentualnie 33 lata, czyli związane z wiekiem chrystusowym.

Na obszar nowoczesnego państwa tradycja taka przenosi się dość późno. Były wprawdzie rocznice obchodzone na dworach królewskich, ale o ograniczonym zasięgu. W znaczeniu podobnym do dzisiejszego rocznice zaczyna się świętować dopiero pod koniec XVIII w.

Pierwszym takim państwem są Stany Zjednoczone, gdzie zaczyna się obchodzić dzień 4 lipca jako święto niepodległości, na pamiątkę jej ogłoszenia w 1776 r. W Europie prekursorem jest chyba Francja i obchody wybuchu rewolucji francuskiej. Ale dopiero po 100 latach, w roku 1889: był to stuletni jubileusz zdobycia Bastylii.

Jak powstają rocznice? Jako coś wspólnie odczuwanego czy raczej jako oficjalny "komunikat" władzy? Można je wymyślić czy też powstają same?

Jedno i drugie. Wspólnotę nowoczesnego narodu się konstruuje. Choć brzmi to bardzo technicznie, chodzi o to, że elita stwarza takie znaki, symbole czy rocznice, które stara się wprowadzić do powszechnego obiegu, aby wokół nich zbudować jedność wspólnoty. W tym sensie rocznicę się "wymyśla", ale jednocześnie musi istnieć emocjonalny związek z taką datą, który później utrwala się przez systematyczne obchody. Nie znam państwa, które nie próbowałoby mobilizować swego społeczeństwa wokół rocznic, czyli pozytywnego przekazu, systemu wartości, którego fragmentem jest rocznica. To naturalna forma komunikowania się ze społecznością. Ona potrzebuje znaku orientacyjnego, by umieć powiedzieć: jestem Polakiem, bo... - i tu można wymienić symboliczne daty, które pozwalają porozumieć się nam między sobą, ale i na zewnątrz. Rocznica jest częścią "mitu fundacyjnego" każdego społeczeństwa, które chce się czuć wspólnotą.

Spójrzmy też np. na funkcjonowanie pomników: buduje się je, by upamiętnić kogoś lub coś, i aby coś wokół takiego pomnika zainicjować, jakąś uroczystość. Pomnik żyje, dopóki wokół niego rytualizuje się polityczną manifestację, przekaz idei. Zdarza się - w naszym otoczeniu widać to łatwo - że pomniki "umierają", stają się już tylko elementem krajobrazu. Nie wiążą się już z nimi zbiorowe emocje.

Jakiś przykład takiej rocznicy: zarazem i wykreowanej, i oddolnej?

Nasze święto niepodległości: 11 listopada. To być może mało znany fakt, ale to święto, które dziś obchodzimy - obok Konstytucji 3 Maja - jako główne święto narodowe, nie było nim wcale od początku Drugiej Rzeczypospolitej. Po raz pierwszy obchodzono je dopiero w 1937 r., a jego zaistnienie nie było łatwe. W budowaniu Polski po I wojnie światowej miało udział wiele orientacji politycznych: piłsudczycy, narodowi demokraci... "Swoje" święto miała radykalna lewica (powstawanie rad żołnierskich i robotniczych), a "swoje" lewica PPS-owska - 7 listopada, gdy w 1918 r. powstał rząd Ignacego Daszyńskiego w Lublinie. Każda formacja polityczna szukała "swojego" święta, a te poważne oczekiwały, że "ich" symboliczna data stanie się świętem powszechnym. Spory trwały aż do 1937 r.

A kiedy umiera rocznica? Jakie rocznice kiedyś były celebrowane, a potem wygasły w świadomości zbiorowej i teraz są tylko niewiele znaczącą datą?

To widać na przykładzie rocznic, które zafundowała nam komunistyczna PRL. 22 lipca, główne wtedy święto, to dziś data absolutnie martwa. Niektórzy pamiętają, że coś takiego było, i to wszystko. Dalej: święto bolszewickiej rewolucji październikowej. Ono było od początku sztuczne, ale w PRL je obchodzono. Jedynym świętem, które przetrwało, to 1 Maja. Ale w wymiarze mniejszym i zmienionym.

Jednak dziś jest czymś naturalnym, że pewne rocznice kreuje się z punktu widzenia potrzeb dnia obecnego. Gdy się "pisze" pamięć zbiorową, to jest ona odzwierciedleniem pewnej koniunktury politycznej i społecznej, a nie zapisem wydarzeń sprzed lat. Z rezerwuaru wydarzeń, np. bitew, wybiera się to, co jest dziś najbardziej komunikatywne dla społeczeństwa. Inna sprawa, że dzisiejsze polskie rocznice też nie są rocznicami masowymi. Jako święta narodowe są to dni wolne od pracy - i tak odbiera je większość. Społeczny udział w ich obchodzeniu jest umiarkowany. Powodem może być forma ich obchodzenia: w jakim stopniu jest adekwatna do oczekiwań ludzi. Ale może być to też odzwierciedlenie stosunku do tych świąt.

W II RP przez prawie 20 lat dyskutowano, co powinno być świętem niepodległości. Dziś od prawie 20 lat dyskutujemy, czy 4 czerwca powinien być obchodzony jako święto narodowe, czy też tylko jako rocznica wyborów, jeszcze na w pół wolnych. Czy taki spór jest nieunikniony? Jak kolejne pokolenia będą postrzegać 4 czerwca?

To pytanie otwarte, nikt nie potrafi przewidzieć, jak to się potoczy. Natomiast rzeczywiście spór jest nieunikniony, bo rocznice wykuwają się w sporze politycznym. Odbywa się to w różnych wymiarach. W przypadku rewolucji francuskiej przybrało formę zderzenia dwóch światopoglądów. W Niemczech także trwał intensywny spór o święto narodowe, zanim stanęło na 3 października, dacie przyłączenia byłej NRD do Republiki Federalnej. Wcześniej debatowano o różnych datach, aż wreszcie padło na tę - dziś święto zjednoczenia Niemiec. Ciekawe jest, że te spory zostały w pewnym momencie zakończone odgórną decyzją, która, choć krytykowana, uzyskała powszechną akceptację. Dziś nikt nie bojkotuje 3 października jako święta narodowego Niemiec, choć np. grupa polityków obchodzi 18 marca na berlińskim placu Paryskim. Ale nie jest to alternatywa. Jest konsens: 3 października.

Czy w przypadku niemieckim był to spór o wybór najważniejszej daty, czy też o interpretację historii? Bo w naszym sporze wokół 4 czerwca chodzi przecież nie tylko o to, kiedy będziemy świętować, ale też o wybór pewnej interpretacji przeszłości.

Zawsze chodzi też o wybór pewnej interpretacji historii. Znów odwołam się do przypadku Niemiec. Do finału sporu doszły dwie daty: 3 października i 9 listopada, który jednak kumulował w sobie wiele rocznic i zawierał niezwykły potencjał dyskursywności o historii Niemiec. 9 listopada nie tylko padł, w 1989 r., mur berliński. Również 9 listopada wydarzył się pogrom Żydów w III Rzeszy (1938 r.), tzw. Noc Kryształowa. A także nieudany pucz Hitlera (w 1923 r.), wybuch lewicowej rewolucji w 1918 r. i ogłoszenie pierwszej republiki. Siła wymowy historycznej była tu więc ogromna. Uważałem, że byłoby ciekawie, gdyby właśnie taki dzień był w Niemczech tą najważniejszą datą. Ale ustalono 3 października, który niesie pozytywny przekaz: Niemcy są znów zjednoczonym narodem. Jest w tym pewna strategia budowania tożsamości niemieckiej.

Ale mimo to upadek muru 9 listopada jest świętowany.

Tak, i kiedy np. patrzymy teraz, jak za chwilę w Niemczech obchodzone będzie 20-lecie upadku muru, to widzimy przykład i różnorodności świętowania, i wspólnoty świętowania tego dnia. Obchodzi się go w szkołach, przeprowadza spotkania ze świadkami, ale są też wielkie uroczystości i dyskusje polityków. Trwa to przez cały rok. W centrum Berlina, na Alexanderplatz, zbudowano całe miasteczko, w którym odbywają się cykliczne spotkania, również z akcentami polskimi. Wielki finał będzie w listopadzie: młodzież ze szkół ustawi wielkie klocki jakby domina, symbolizujące mur berliński, i jednego dnia o jednej godzinie wszystkie zostaną przewrócone.

Przez taką uroczystość stara się wprowadzić jej powszechność i emocjonalny stosunek do niej. Bo emocje to warunek, że rocznica jest żywa. Że nie jest sprowadzona tylko do odgórnie zarządzonej parady wojskowej, ale czymś, w czym społeczność chce uczestniczyć. 14 lipca we Francji nie kończy się na defiladzie na Polach Elizejskich. Tego dnia odbywają się festyny we wszystkich, najmniejszych nawet miejscowościach. Ludzie się bawią. Punktem wyjścia jest oczywiście parada, ale później jest to jakby święto ludowe. I identyfikacja z tym dniem jest powszechna.

A wracając do Polski i naszego sporu?

U nas nie istnieje spór, czy 4 czerwca 1989 r., czy może Porozumienia Sierpniowe z 31 sierpnia 1980 r., czy Okrągły Stół itd. - to jest spór wokół strategii budowania tej rocznicy. Czy chcemy świętować obalenie komunizmu i odrodzenie się suwerennej Polski? Alternatywą jest odrzucenie tych rocznic w ogóle, budowanie negatywnego przekazu. Smutne, że po upadku komunizmu w Polsce nie było woli politycznej - lub może raczej wyobraźni politycznej - że obok budowania nowego społeczeństwa wolnorynkowego należy budować również "mit fundacyjny", który funduje nową tożsamość społeczeństwa po tak wielkim przełomie, jakim był rok 1989. Wokół symbolu jednoczy się ogromna część społeczeństwa. Tymczasem takiego wysiłku nie podjęła się żadna - żadna! - siła polityczna. To ogromna strata, bo emocjonalny związek z tamtym przełomem już się rozluźnił i dziś w wymiarze powszechnym go nie ma. Dziś konstruowanie żywej daty rocznicy trzeba by zaczynać od początku.

W II Rzeczypospolitej wprawdzie też długo debatowano, ale pod tym względem, emocji, chyba jednak było inaczej?

Po I wojnie światowej takim "mitem założycielskim" nowej Polski była wygrana wojna z bolszewikami 1920 r. Ona zjednoczyła naród, rozbity wcześniej na trzy zabory przez ponad sto lat. Ale także po upadku komunizmu mieliśmy wielki kapitał i chyba dalej go mamy: jest 31 sierpnia 1980 r. i jest 4 czerwca 1989 r.: to moim zdaniem dwie kluczowe daty. Pozostaje kwestia wyboru jednej z nich. Stratą dla nas wszystkich jest, że nie dokonaliśmy go wcześniej, a teraz rzecz wpisuje się w spory już nawet nie polityczne, ale w konkurencję partyjną. Nikt nie ma wizji, jak zbudować to "coś" dla wspólnoty obywateli Polski, co byłoby pozytywnym przekazem na przyszłość. Również dla pokoleń, które nie doświadczyły przełomu.

A jak wypadamy za granicą?

Naszego potencjału nie wykorzystaliśmy również za granicą. Nie mamy jasnego przekazu na zewnątrz, więc trudno się dziwić, że symbolem upadku komunizmu jest zburzenie muru berlińskiego.

Czy rzeczywiście można mówić tu o polsko-niemieckiej rywalizacji?

W Berlinie w ciągu ostatnich kilku miesięcy "polskie" wątki rocznicy 1989 r. są widoczne. Zapraszani są świadkowie, np. Mazowiecki, Bujak, Rulewski; w ich obecności odbyła się uroczystość upamiętnienia Okrągłego Stołu: była debata, teksty w prasie. Także teraz, podczas uroczystości na Alexanderplatz, będą elementy polskie. Z tego punktu widzenia awantura w Polsce o miejsce obchodów 4 czerwca jest żenująca. W sercu Berlina był wielki baner "Zaczęło się w Gdańsku". Ale co z tego, skoro uroczystości będą rozbite na Kraków, Warszawę, jakoś też Gdańsk... Smutne, że nie umiemy się porozumieć, a potem mamy pretensje do całego świata, że się nas nie zauważa. A przecież Solidarność jest doświadczeniem epokowym w historii Polski. Gdzieś się to zatraciło w sporach partyjnych. Cóż, skoro potrzeba było stu lat na usankcjonowanie rocznicy rewolucji francuskiej, to może u nas nie będzie trzeba aż tyle... Może kolejne pokolenie, które przyjdzie po świadkach roku 1989, zbuduje konsens wokół Sierpnia ’80 i Czerwca ’89. Te daty zasługują na to.

Prof. ROBERT TRABA jest dyrektorem Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie (Centrum jest pierwszą polską placówką historyczno-edukacyjną w stolicy Niemiec), profesorem Freie Universität w Berlinie. Historyk, politolog i kulturoznawca, był współzałożycielem olsztyńskiego stowarzyszenia Wspólnota Kulturowa "Borussia" i redaktorem naczelnym pisma "Borussia". Przewodniczący Polsko-Niemieckiej Komisji Podręcznikowej, autor książek z dziejów polsko-niemieckich.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]