Człowiek płonie

Rammstein – zespół, który odniósł światowy sukces, jaki nie stał się udziałem żadnego innego niemieckojęzycznego wykonawcy rocka. Fenomen, który niełatwo wytłumaczyć.

22.07.2019

Czyta się kilka minut

Koncert Rammstein w Paryżu w 2016 r. Fot. Reynaud Julien/APS-Medias/ABACA/EAST NEWS /
Koncert Rammstein w Paryżu w 2016 r. Fot. Reynaud Julien/APS-Medias/ABACA/EAST NEWS /

Zanim w środę 24 lipca na Stadionie Śląskim wystąpią w Polsce po raz jedenasty, ogłosili datę kolejnego koncertu w 2020 r. w Warszawie. W ramach pierwszej stadionowej trasy po Europie zagrają ich w sumie 53. I to będąc zespołem tworzącym od ćwierć wieku w szerokim nurcie ciężkiej muzyki do tekstów w języku niemieckim, który nie tylko nie zdominował popkultury, ale ciągle budzi skrajne emocje.

To jednak właśnie język i ojczyzna twórców są głównym tropem do rozwikłania fenomenu zespołu Rammstein. Warto sięgnąć po kilka niemieckich słów. Niektóre funkcjonują w innych językach jako germanizmy, inne przeniknęły do światowej kultury, jeszcze inne nazywają pojęcia nieznajdujące w języku polskim odpowiedników.

Hassliebe

(silna więź emocjonalna lub uczucie oscylujące między miłością a nienawiścią)

Można ich kochać albo nienawidzić, ale trzeba przyznać, że umieją podgrzać emocje, ocierając się przy tym o granicę dobrego smaku i szeroko rozumianej poprawności. Zanim ukazał się nowy album zespołu – siódmy studyjny, poprzedzony dekadą przerwy – w sieci pojawiła się zapowiedź teledysku promującego go singla „Deutschland”, przedstawiająca muzyków ubranych w obozowe pasiaki i z szubienicznymi pętlami na szyjach. Niemiecki zespół i scena z nazistowskiego obozu koncentracyjnego – już samo to zestawienie wzbudzało niesmak, a u niektórych krytyków wręcz Schadenfreude, uczucie radości z czyjegoś potknięcia: oto znany z prowokacji zespół podjął tym razem próbę z gruntu samobójczą.

Brawurowo zmontowany, wyreżyserowany przez podpisującego się pseudonimem Specter Berlin artystę teledysk okazał się blisko dziesięciominutową jazdą przez dwa tysiące lat niemieckiej historii, jak na norymberskim rollercoasterze z widokiem na inspirowaną rzymskim Koloseum halę kongresową na dawnym terenie zjazdów NSDAP. Germania jako personifikacja Niemiec, zagrana przez czarnoskórą (!) niemiecką aktorkę, ukazuje się w filmie w 16 r. n.e. (bitwa pod Idistaviso) z głową jednego z rzymskich legionistów (wokalisty Tilla Lindemanna) – to symbol wcześniejszego zwycięstwa Germanów w bitwie bitwie w Lesie Teutoburskim. Mit tej bitwy wpłynął w XIX w. na kształtowanie się niemieckiego nacjonalizmu. I z nim walczy Rammstein śpiewając o kraju, który „można kochać i chce się nienawidzić”.

Pierwsza kaseta zespołu Rammstein, 1994 r. / RAMMSTEIN.DE

Słowa ilustrowane są niechlubnymi scenami z historii Niemiec: są tu wyprawy krzyżowe, palenie książek, mariaż Kościoła z nazizmem, pijackie rauty agentów enerdowskiej Stasi, terroryzm RAF-u, wreszcie egzekucje więźniów w obozie Mittelbau-Dora, gdzie konstruowano rakiety V2. To właśnie sceny egzekucji ściągnęły na zespół oskarżenia o instrumentalne wykorzystanie i trywializację Holokaustu. Protestowały środowiska żydowskie i pełnomocnik rządu ds. antysemityzmu – choć podobny zarzut można wysunąć wobec „Bękartów wojny” Quentina Tarantino, którymi autor teledysku posiłkuje się w fantasmagorycznej wizji odwróconej egzekucji SS-manów przez więźniów. W teledysku roi się od filmowych kryptocytatów, od „Listy Schindlera” po „Życie na podsłuchu”.

Zespół dotknął serca niemieckiej tożsamości, mierząc w skrzętnie skrywane poczucie wyższości i mozolnie odbudowywaną niemiecką dumę. A raczej bycie dumnym z niebycia dumnym. Zakazaną pierwszą zwrotkę niemieckiego hymnu „Deutschland, Deutschland über alles” („Niemcy, Niemcy ponad wszystko”) Rammstein zaostrza: „Wer hoch steig, der wird tief fallen / Deutschland, Deutschland über allen” („Kto pnie się wysoko, upadnie nisko / Niemcy, Niemcy ponad wszystkimi”). Kto inny mógłby sobie pozwolić na takie słowa o swoim kraju, jeśli nie zespół, który w repertuarze ma już piosenki będące wyrazem niemieckiej Hassliebe wobec Ameryki i Moskwy?

Fernweh

(potrzeba wyjazdu, otwartej przestrzeni, odetchnięcia innym powietrzem)

Historia zaczyna się w smutnym kraju, jakim do upadku Muru Berlińskiego była Niemiecka Republika Demokratyczna. To w niej w latach 1963-71 przyszło na świat sześciu członków zespołu: trzech w Berlinie Wschodnim, pozostali w Lipsku i Schwerinie, a Zven Kruspe w brandenburskim Wittenberge – nie mylić z Wittenbergą Lutra.

Kruspe nie był wychowywany na buntownika. Po rozwodzie rodziców i przenosinach do Schwerina wierny partii ojczym konsekwentnie tępił wolnościowe zapędy chłopaka. Wpajał mu kult tężyzny fizycznej, zapisał do sekcji zapaśniczej i darł plakaty zespołów symbolizujących kulturę zgniłego Zachodu, zwłaszcza znanego z obscenicznych gestów zespołu Kiss. W NRD trudno było o instrumenty, a sprzedaż niektórych wydawnictw muzycznych była zakazana. Zven kupował je podczas wakacji na Węgrzech lub w Szczecinie. Szkolny wyjazd do Czechosłowacji zaowocował nabyciem gitary. Potem w konserwatorium uczył się grać na gitarze jazzowej. Pociągały go jednak inne brzmienia: chropawość punk rocka, melodyka klasycznego heavy metalu i melancholia new romantic. Prądy, wydawałoby się, nie do pogodzenia. Ale to właśnie szerokie muzyczne horyzonty (i unikanie służby wojskowej) miały sprawić, że drogi przyszłych muzyków Rammsteina się przecięły. Mimo odmiennych życiorysów.

Ojciec wokalisty Tilla Lindemanna był szanowanym poetą i autorem książek dla dzieci, matka dziennikarką. Bywali u nich artyści i pisarze, jak mieszkająca w sąsiedztwie Christa Wolf, najwybitniejsza prozaiczka wschodnioniemiecka. Zanim zaczął pisać wiersze i teksty piosenek, Till był obiecującym pływakiem. Sport dawał w NRD znacznie większe niż kultura szanse zaspokojenia Fernweh i wypłynięcia na szeroki świat. Till dopłynął aż do Młodzieżowych Mistrzostw Europy we Florencji w 1978 r., gdzie zakwalifikował się na olimpiadę w Moskwie. Podczas bójki we Włoszech doznał jednak kontuzji mięśni brzucha, która przerwała jego sportową karierę.

Skierował zainteresowania ku muzyce, która stała się też obszarem wewnętrznej emigracji dla jego przyszłych kolegów: gitarzysty Paula Landersa, perkusisty Christopha Schneidera, basisty Olivera Riedela i klawiszowca Christiana Lorenza, znanego bardziej jako Flake. Publiczne granie wymagało wówczas pozwolenia. Stasi rozpracowywała środowisko muzyczne; jej tajnymi współpracownikami okazało się dwoje muzyków zespołu Die Firma, w którym występowali wówczas Landers, Schneider i Kruspe.

Kruspe także znalazł się w orbicie zainteresowania tajnych służb. W październiku 1988 r. przypadkowy udział w antysystemowej demonstracji zakończył się dla niego aresztowaniem, pobiciem i sześciodniową odsiadką. Zdarzenie skłoniło go do ucieczki z NRD. Przez Czechosłowację, Węgry, Austrię i Bawarię dotarł do Berlina Zachodniego. Zmienił imię na Richard; Zven brzmiało zbyt wschodnioniemiecko. Krótki powrót do Schwerina zaowocował poznaniem Lindemanna. Po upadku muru drogi ich obu prowadziły do połączonego już i wolnego Berlina.

Feuerwerk

(w języku polskim jako germanizm – fajerwerk, a w dosłownym tłumaczeniu: dzieło ognia)

Zanim runął mur, zdarzyła się katastrofa. 28 sierpnia 1988 r. w Ramstein, bazie lotniczej NATO opodal Kaiserslautern, odbywał się Flugschau – pokaz lotniczy. Włoska grupa Frecce Tricolori wykonywała właśnie efektowną figurę, gdy trzy z siedmiu biorących w niej udział samolotów zderzyły się w powietrzu. Jeden spadł na publiczność. Wybuchło 800 litrów paliwa lotniczego. Zginęło 70 osób, prawie tysiąc zostało rannych.

Tragedia na oczach tysięcy ludzi i rejestrujących pokazy kamer tak mocno utkwiła w pamięci muzyków, że gdy sześć lat później szukali nazwy dla zespołu, padła propozycja: Ramstein-Flugschau. Podobno miał to być hołd dla ofiar katastrofy, a może chodziło po prostu o brzmienie, zwłaszcza pierwszego członu. Wkrótce obcięto drugi, dodając za to jedno „m”. „Rammstein” brzmiało dokładnie tak jak nazwa bazy, ale w tym zapisie uzyskiwało drugie znaczenie: „taranujący kamień”, coś jak niemiecki rolling stone, a w istocie kamień używany do burzenia budynków. Nazwa ma więc hardrockowo-metalowy ciężar, industrialną proweniencję i element kontrowersji w katastroficznym skojarzeniu.

„Rammstein” – tak po prostu zatytułowany jest też jeden z pierwszych utworów zespołu, suchy opis katastrofy zaczynający się twardo i wolno artykułowaną frazą: „Rammstein / Człowiek płonie”. Tym bardziej wstrząsającą, że wokalista wykonywał utwór w specjalnym płonącym kostiumie. Ogień stał się też lejtmotywem obecnym na kolejnych płytach, począwszy od rozpoczynającego debiutancką „Herzeleid” „Wollt ihr das Bett voll in Flammen sehen?” („Czy chcecie zobaczyć łoże całe w płomieniach?”). Człowiek płonął w nich w wyniku starcia z maszyną, rozpalających serce emocji lub wzniecających niszczące pożary żądz.

Na scenie jednak ogień zawsze był prawdziwy. Koncerty Rammsteina od zabaw piromanów amatorów ewoluowały w muzyczne performanse połączone z pirotechnicznym pokazem, w industrialno-postapokaliptycznych kostiumach i dekoracjach jakby inspirowanych filmem „Mad Max”. Fajerwerki i siermiężny futuryzm – to był kolejny przepis na zainteresowanie swoją twórczością świata.

Rammstein, 1995 r. / MATERIAŁY PRASOWE

Ohrwurm

(w dosłownym znaczeniu skorek, w przenośni wpadająca w ucho i niemogąca wyjść z głowy melodia)

W 1996 r. po wydaniu pierwszej płyty ludzie z wytwórni zapytali muzyków, kogo widzieliby jako reżysera teledysku. Ci wymienili Davida Lyncha, najbardziej kultowego wtedy reżysera. Pomysł wydawał się absurdalny, ale gdy nagrania dotarły do Lyncha, zaintrygowały go do tego stopnia, że aktorom na planie realizowanego właśnie filmu „Zagubiona autostrada” polecił improwizować do nich sceny, a dwa utwory („Rammstein” i „Heirate mich”) włączył w ścieżkę dźwiękową.

Zaledwie cztery miesiące po premierze „Zagubionej autostrady” ukazał się drugi album grupy – „Sehnsucht”, opatrzony bizarnymi, by tak rzec, portretami muzyków autorstwa Gottfrieda Helnweina (austriackiego artysty, z pochodzenia Irlandczyka). Album poprzedziło wydanie kanonicznych dziś przebojów „Engel” i „Du hast”, a teledyski do nich nawiązały do innych kultowych obrazów amerykańskiej kinematografii lat 90.: „Od zmierzchu do świtu” Roberta Rodrigueza i „Wściekłych psów” Quentina Tarantino. Efekt – ponad milion sprzedanych egzemplarzy płyty w Ameryce, gdzie nigdzie wcześniej ani później niemieckojęzyczny wykonawca nawet nie zbliżył się do takiego wyniku.

Cytowany w biografii zespołu autorstwa Łukasza Dunaja dziennikarz tygodnika „Der Spiegel” Tobias Rapp pisał: „Jest w tym jakaś przewrotna ironia losu, że Rammstein odnieśli tak wielki sukces, wykorzystując mnóstwo klisz związanych z zachodnią popkulturą i kształtowaną przez narody, które po dziś dzień uważają naród niemiecki za odpowiedzialny za największe zło, jakie spotkało ludzkość XX wieku”.

Sukces ten jest także wypadkową klisz i stereotypów wdrukowanych w głowach odbiorców przez powojenną kulturę. Pasował do nich wizerunek groźnie wyglądających i dobrze zbudowanych (poza chuderlawym Lorenzem) Niemców, grających muzykę zbudowaną na marszowym rytmie, ostrych jak salwy z karabinów gitarowych riffach, a czasem okraszoną Wagnerowską podniosłością.

Oskarżenia o faszystowskie inklinacje pod adresem ekspunkowców były niedorzeczne, ale zespół popełnił na tym polu poważny błąd, ilustrując cover „Stripped” Depeche Mode czarno-białymi zdjęciami sportowców. Estetyczny efekt był świetny, ale najwyraźniej nie zadziałał instynkt samozachowawczy – bo zdjęcia pochodziły z nowatorskiego dokumentu Leni Riefenstahl „Olympia”, zrealizowanego podczas igrzysk w Berlinie w 1936 r. na zamówienie samego Hitlera. Zespół bił się w piersi i pokutował, śpiewając na kolejnej płycie o sercu bijącym na lewo, ale zapewne dopiero „Deutschland” przyniesie odpuszczenie grzechów.

Krytycy zarzucali też często Ramm- steinowi czerpanie z pomysłów poprzedników, w tym choćby Die Krupps, którzy już w latach 80. łączyli ciężkie metalowe rytmy z elektroniką. Kraftwerkowi zespół zawdzięcza nie tylko elektroniczną melodykę, ale też wizję zespołu jako sprawnie funkcjonującego kolektywu, ludzkiej maszyny. O ile trudno mówić o bezpośrednim wpływie awangardowych eksperymentatorów z Einstürzende Neubauten, o tyle widać go w wierności językowi niemieckiemu i zamiłowaniu do językowych gier.

Industrialne drogi przecierał Ramm- steinowi także zespół KMFDM. Z kolei słoweński Laibach mógł inspirować sztuką prowokacji. Jak Słoweńcy uderzali w system poprzez przesadną z nim identyfikację, tak i Rammstein zaczął szokować nie tylko ciężarem podejmowanych tematów, ale też pozorem utożsamiania się ze sprawcami, choćby poprzez teksty pisane z ich pozycji.

Zeitgeist i Weltschmerz

(duch czasu i ból świata)

Nie byłoby fenomenu Rammsteina, gdyby nie duch czasu, w którym media swoim ślepym zachwytem lub świętym oburzeniem kreują bohaterów – zarówno idoli tłumów, jak i zbrodniarzy. Magazyn „Rolling Stone” nazwał kiedyś grupę „wschodnioniemieckim sekstetem fanatyków seksualnych tortur”. Rammstein ma na swoim koncie piosenki o rozlicznych rodzajach perwersji, dewiacji i zbrodni. O nekrofilii, pedofilii (także kościelnej), kazirodztwie, sadomasochizmie, ale też np. o homofobii i seksturystyce. Niektóre zainspirowane zostały autentycznymi przypadkami, m.in. kanibala z Rotenburga („Mein Teil”) czy Josefa Fritzla (otwarty Straussowskim walcem „Wiener Blut”). „Podobnie jak robaki w przyrodzie – ich zadaniem jest zjadanie mięsa, my odsłaniamy ciemne strony życia, ciemne strony człowieka” – tłumaczył to zainteresowanie w wywiadzie Paul Landers.

Często motywem jest chora, zaburzona, destrukcyjna, prowadząca do śmierci miłość. Albo wynikająca z jej braku i rodząca demony samotność. Bohater, zarówno ten współczesny, jak i osadzony w mrokach historii, pochodzi najczęściej z germańskiego kręgu kulturowego, co sugeruje, że choć temat bywa uniwersalny, to probierzem kiepskiej kondycji człowieczeństwa jest homo germanicus.

Przesadą byłoby jednak mówić o wstręcie do własnej tożsamości i lewackiej ojko- fobii, której po „Deutschland” doszukują się prawicowi komentatorzy. Rammstein czerpie z niemieckiej kultury, w swoim dorobku ma trawestację „Króla Olch” ­Goethego czy jego „Dzikiej różyczki”. Orgia okrucieństwa przypomina baśnie braci Grimm, do których zresztą niektóre teksty nawiązują. Od płyty „Mutter” baśniowość odgrywa ważną rolę w tekstach i teledyskach zespołu, jak w „Sonne”, w którym zespół wcielił się w krasnoludków wydobywających złoto dla surowej i dominującej Królewny Śnieżki. Oczywiście są to baśnie dla dorosłych, a może raczej odbicia ich psychoanalitycznych odczytań, według których człowiek jawił się jako niewolnik własnych popędów.

Nie tylko w romantycznych nawiązaniach czy balladach, niekiedy patetycznych lub kiczowatych, ale też w całej ponurej wizji świata, w którym nawet „szczęście i radość pociągają za sobą udrękę”; w wizji bliskości, która dzieli, i miłości niemożliwej, w poczuciu nieuchronności przemijania słychać echa innego niemieckiego konceptu – Weltschmerzu.

Choć skryty za kostiumami twardzieli, zasłoną z ognia czy umiejętnie wykoncypowanym skandalem, ból świata wydaje się szczery. Ujawnia go choćby „Haifisch”, kolejna trawestacja, tym razem pieśni Brechta o Mackie Majchrze, w której morderczy rekin zostaje uczłowieczony: „No a rekin, on też płacze, / Łzy ciekną mu po twarzy. / Ale rekin żyje w wodzie, / Kto łzy te zauważy?”. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz od 2002 r. współpracujący z „Tygodnikiem Powszechnym”, autor reportaży, wywiadów, tekstów specjalistycznych o tematyce kulturalnej, społecznej, międzynarodowej, pisze zarówno o Krakowie, Podhalu, jak i Tybecie; szczególne miejsce w jego… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 30/2019