A Messi płakał. Argentyna w ostatniej chwili odrobiła dwubramkową stratę w meczu z Egiptem (w dziejach mundiali nie zdarzyło się jeszcze, by jakaś drużyna przegrywała różnicą dwóch goli na jedenaście minut przed końcem i zdołała nie tylko wyrównać, ale też zapewnić sobie wygraną…).
Argentynie spadł kamień z serca, bo wcześniej szło jej jak po grudzie – a jej kapitan i lider w 21. minucie nie wykorzystał rzutu karnego, już po raz drugi na tym turnieju zresztą. Argentyna, nawet jeśli nie pokazała światu wielkiego futbolu, to pokazała nieustępliwość i charakter. Argentyna – co wydaje się w tym wszystkim najważniejsze – awansowała do ćwierćfinału, a związku z tym kariera reprezentacyjna najlepszego piłkarza w jej dziejach nie zakończyła się jeszcze…
Czy Messi cieszy się grą
Czy dlatego Messi płakał? Czy chodziło po prostu o ulgę, że to jeszcze nie koniec i że tym niewykorzystanym karnym nie sprawił rodakom zawodu? Ale z drugiej strony: czy człowiek tak spełniony jak on; człowiek, który wygrał cztery Ligi Mistrzów i zdobył osiem Złotych Piłek; człowiek, który przed czterema laty zdołał wreszcie uwolnić się od porównań z Maradoną i pogodzić z rodakami, zapewniając im upragnione trzecie mistrzostwo świata – czy człowiek ten może jeszcze przejmować się opiniami innych?
„Bóg dał mi tak wiele, że teraz mogę po prostu cieszyć się grą” – mówił przecież w jednym z licznie ostatnio udzielanych wywiadów. To skądinąd charakterystyczna zmiana, że ów zamknięty w sobie przez lata człowiek nie unika już mediów, a z jego wypowiedzi wyłania się obraz kogoś, kto faktycznie nie tylko nie musi nikomu niczego udowadniać, ale w końcu może sobie pozwolić na grę dla przyjemności.
No ale w związku z tym skąd te łzy?
Czy Messi potrzebuje dopaminy
A może i jego zabrała intensywność tego doświadczenia? Owszem, comeback Argentyńczyków był imponujący, ale przecież futbol, a z nim on sam, widział takich dziesiątki. Zdolność do wpadania w tarapaty i wygrzebywania się z nich cechuje reprezentację Argentyny nie od dziś: i podczas tegorocznego mundialu, i poprzednim razem w Katarze musiała zmieniać niekorzystny wynik co najmniej kilka razy.
James Horncastle na portalu The Athletic przypomina w tym kontekście raport Światowej Organizacji Zdrowia, z którego wynika, że największe nagromadzenie gabinetów terapeutycznych na 100 tysięcy mieszkańców występuje w Buenos Aires – i sugeruje, że to efekt patrzenia na takie mecze, po których zwyczajnie musisz porozmawiać z kimś kompetentnym; na tyle efektowna fraza, że nie potrafię oprzeć się pokusie zacytowania jej, nawet jeśli w stosownym cudzysłowie.
To przecież nie może być tak, że oni to robią specjalnie, bo dopiero życie na krawędzi zaczyna im smakować, zapewniając odpowiednie dawki adrenaliny i dopaminy.
Czy Messiemu pomaga FIFA
Argentyna, dodajmy od razu, może mówić o szczęściu, bo o ile jedna z bramek dla Egiptu – po fenomenalnym rajdzie Hassana i trafieniu Ziko – nie została ostatecznie uznana w związku z tym, że akcja zaczęła się od faulu na Lisandro Martínezie, o tyle w bardzo podobnych okolicznościach rozwinął się atak dający Albicelestes zwycięskiego gola, a poprzedzony upadkiem w argentyńskim polu karnym Salaha.
„Tu po prostu chodzi o pieniądze. Chcieli, żeby Messi grał dalej!” – grzmiał po meczu selekcjoner Egiptu, przypisując francuskiemu sędziemu Letexierowi udział w międzynarodowym spisku.
Może więc te łzy stąd się wzięły, że żyjemy w czasach hermeneutyki podejrzeń, a i na tegorocznym mundialu – po wtrąceniu się Donalda Trumpa w kwestię dyskwalifikacji kluczowego napastnika USA – tyle jest powodów do nieufności wobec organizatora, iż założenie, że w takich sytuacjach można po prostu odwrócić losy meczu samodzielnie, nie korzystając ze wsparcia żadnych ciemnych sił, wydaje się tak bardzo naiwne?
Czy Messi jeszcze przyspieszy
Przyznajmy na marginesie: kolejny raz na tym turnieju patrzenie na grę mistrzów świata mogło być dla ich fanów źródłem cierpień. Ataki Argentyńczyków znów rozwijały się ślamazarnie, grające u boku Messiego gwiazdy wydawały się zmęczone sezonem, obrońcy zapominali o bronieniu, a gracze ofensywni nie wykorzystywali stwarzanych im (głównie przez Messiego oczywiście) sytuacji strzeleckich.
To temat znany od kilkunastu już lat: w tej drużynie wszystko kręci się wokół niego – kręci się w sensie ścisłym, bo przecież gracze środka pola poruszają się zwykle w najbliższej odległości swojego kapitana, tyleż po to, żeby go chronić przed rywalami, co umożliwić mu szybką wymianę podań i wejście w pole karne.
Problem w tym, że o szybkość w tym wszystkim coraz trudniej. I że rywale wiedzą już aż za dobrze, jak to działa: on spaceruje, czasem cofając się w kierunku własnej bramki, czasem schodząc na prawą stronę, już niemal nie próbując dryblingu, o sprincie nie wspominając, wszystko tranquilo.
To nie jest ani modne, ani zgodne z trendami współczesnego, coraz bardziej fizycznego futbolu. To wydaje się tak bardzo przewidywalne i to przez długie fragmenty meczu nie działa – aż nagle, w mgnieniu oka, okazuje się kompletnie nie do przewidzenia i działa znakomicie.
Czy Messi jest dłużnikiem Paredesa
Powiedzmy to ostatkiem sił: mówimy wciąż o sporcie drużynowym. Kluczowym momentem meczu nie było przecież ani dające Argentyńczykom nadzieję trafienie Cristiana Romero w 79. minucie (podawał Messi, a jakże), ani nie wyrównujący gol samego Messiego w minucie 83., ani nie zwycięskie trafienie Enzo Fernándeza z podania Lautaro Martíneza już w doliczonym czasie gry (żeby móc odegrać piłkę na skrzydło do Lautaro, jeden z defensorów otrzymał wskazówkę od Messiego, a jakże).
Pomiędzy drugim a trzecim golem dla Argentyny Egipcjanie wyprowadzili przecież kolejną kontrę. Było ich bodaj trzech przeciwko jednemu Paredesowi – a on nie tylko zdołał przerwać tę szarżę w stylu przypominającym słynne wyjście Emiliano Martíneza z bramki naprzeciw Kolo Muaniego w jednej z ostatnich akcji finału mundialu w Katarze, ale też rozpoczął kolejny atak swojego zespołu.
Skoro więc widział już wszystko, skoro nic już nie musi, skoro nie jest na tym boisku sam, dlaczego płakał?
Czy Messi czytał Márqueza
Początek „Stu lat samotności” już do mnie podczas tego mundialu wracał: „Wiele lat później, stojąc naprzeciw plutonu egzekucyjnego, pułkownik Aureliano Buendía miał przypomnieć sobie to dalekie popołudnie, kiedy ojciec zabrał go z sobą do obozu Cyganów, żeby mu pokazać lód” – brzmi to zdanie w przekładzie Grażyny Grudzińskiej i Kaliny Wojciechowskiej.
Czy był to jeden z tych granicznych momentów, podczas których w jednym mgnieniu można zobaczyć całe życie? Momentów, które futbol oferuje i będzie oferował zawsze i każdemu, niezależnie od tego, ile w nim osiągnął i zarobił? Momentów, w których nie liczą się rozmiary stadionu, liczba widzów, ranga meczu?
Czy Messi przypomniał sobie tamte pierwsze piłkarskie zabawy czterolatka, gdzieś w pyle u stóp zdezelowanej trybuny w jednej ze szkółek piłkarskich Rosario? Kurację hormonalną mającą zapewnić, że urośnie jeszcze parę centymetrów? Przeprowadzkę do Barcelony i złożoną jego ojcu na serwetce z jakiejś knajpy obietnicę któregoś z tamtejszych działaczy, że młody dostanie jednak szansę? Trenera Blaugrany Guardiolę, przed jednym z El Clásico obmyślającym mu nową pozycję na boisku?
Relacje z Maradoną, który powiedział kiedyś, że jego sukcesor nie ma osobowości ani charakteru, by być prawdziwym liderem? Porażkę z Chile w finale Copa America 2016 – wtedy to dopiero płakał, w szatni i w autobusie do hotelu, poddawany fali tyleż przewidywalnej, co niesprawiedliwej krytyki? Kolejne mundiale (na mistrzostwach świata debiutował 16 czerwca 2006; przypomnijcie sobie, co robiliście 20 lat temu...), podczas których nie był w stanie wyzwolić rodaków z żałoby po El Diego? Palący stres i brzemię odpowiedzialności – za drużynę, za kraj – powodujące, że czasami wymiotował na boisku?
Spełnienie w Katarze? Przeprowadzkę z Barcelony do Miami, gdzie miał już tylko odcinać kupony od wielkiej kariery, a gdzie – jak wszystko na to wskazuje – świetnie się przygotował do mundialu? Kolejne zgrupowania reprezentacji prowadzonej przez Lionela Scaloniego: posiady z kumplami przy asado, a między nimi mecze, które wbrew wszelkiej logice wciąż udaje się Argentyńczykom wygrywać?
Czy Messi czytał Mickiewicza
„Polały się łzy me czyste, rzęsiste / Na me dzieciństwo sielskie, anielskie, / Na moją młodość górną i durną, / Na mój wiek męski, wiek klęski: / Polały się łzy me czyste, rzęsiste…” – Mickiewicz w „Lirykach lozańskich” podsumowuje w pięciu wersach coś, na co potrzebowałem tylu akapitów.
Inna sprawa, że wiek męski Messiego nigdy nie stanie się wiekiem klęski. Nawet jeśli na zdrowy rozum drużyna składająca się z tylu deficytów co argentyńska o obronie mistrzostwa świata właściwie nie ma prawa marzyć, jesteśmy już w innym miejscu niż wtedy w Katarze, gdzie (cytuję „Anioły o brudnych twarzach”, piłkarską historię Argentyny Jonathana Wilsona) „każde zwycięstwo Albicelestes oznaczało odroczenie pożegnania z Messim choć o jeden mecz”.
To pożegnanie z nim już się przecież odbyło – i wszystko, co dziś obserwujemy, to po prostu doliczony czas. A w futbolu, jak doskonale wiemy, najpiękniejsze rzeczy zdarzają się właśnie w doliczonym czasie. I można płakać, bo znowu się zdarzyły.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.










