Mundial 2026: Vozinha, Cabral i stary atlas z dzieciństwa

Mecz Argentyna-Republika Zielonego Przylądka nieoczekiwanie okazał się najlepszym meczem mundialu. Ale zaraz: co to właściwie znaczy „najlepszy”?
Czyta się kilka minut
Reprezentant Republiki Zielonego Przylądka Sidney Lopes Cabral po zdobyciu drugiej bramki w meczu z Argentyną podczas mundialu. Miami, 3 lipca 2026 r. / Fot. Rebecca Blackwell / AP / East News
Reprezentant Republiki Zielonego Przylądka Sidney Lopes Cabral po zdobyciu drugiej bramki w meczu z Argentyną podczas mundialu. Miami, 3 lipca 2026 r. / Fot. Rebecca Blackwell / AP / East News

Najgorsze, że mi nie uwierzycie. Nie tylko dlatego, że kiedy to wszystko się działo, spaliście snem ludzi z pewnością sprawiedliwszych niż ja. Także dlatego, że zwyczajnie nie mam słów, żeby to doświadczenie opisać. Skoro w naszym świecie wszystko jest wyjątkowe, historyczne, legendarne, absolutne i jakich to jeszcze przymiotników się używa w podobnych okolicznościach, to czego ja właściwie doświadczyłem?

Z czego składa się mecz: między ekstazą a snem

Co gorsza: istoty tego przeżycia nie odda teraz żaden skrót, żadna rolka, żadna fotografia, gif ani mem. Żeby można je było przeżyć w pełni, żeby zadziałało z całą siłą, żeby momenty kulminacyjne miały odpowiednią moc, trzeba było wysiedzieć prawie trzy godziny, przez pierwszą i spory kawał drugiej walcząc z sennością po serii nieprzespanych nocy. Nocy – dodajmy – również spędzonych na oglądaniu meczów, które przed rozpoczęciem spotkania w Miami wydawały się zresztą całkiem dobre i które po jego zakończeniu zaczęły się nagle wydawać tak mało istotne.

Dzisiejsze konsumowanie piłki nożnej w telewizji, nie ukrywajmy, polega także na skrolowaniu w ich trakcie mediów społecznościowych – owej namiastki interakcji, którą można mieć na prawdziwych trybunach, zwłaszcza jak nie weźmiesz ze sobą telefonu; nic dziwnego, że z czasem zaczynasz się robić przed monitorem coraz bardziej otępiały. Co do mnie: zasypiałem podczas starcia Argentyna-Republika Zielonego Przylądka co najmniej kilka razy, ostatni raz z drzemki wyrwał mnie krzyk Macieja Iwańskiego po golu reprezentujacego Cabo Verde Siidneya Lopesa Cabrala na 2:2; trwała już wtedy dogrywka.

Jakkolwiek to zabrzmi: spory kawałek jednego z najlepszych meczów, jakie obejrzałem w życiu, obejrzałem w półśnie.

Wiadomość w spamie: bohaterowie Zielonego Przylądka

Inna sprawa, że jedna z uczestniczących w tym meczu drużyn, drużyna, której kapitanem jest najlepszy piłkarz w dziejach futbolu, drużyna broniąca tytułu mistrzów świata, przez długi czas grała w sposób zaiste usypiający. I w sumie trudno się jej dziwić: jej rywalem była debiutująca na mundialu reprezentacja półmilionowego zaledwie kraju, w ostatnim rankingu FIFA zajmująca 68. miejsce – czyli 65 miejsc poniżej Argentyny. To powinno wygrać się samo, czyż nie?

Piłkarzy reprezentujących Republikę Zielonego Przylądka światowe media zdążyły odkryć i opisać przy okazji ich sensacyjnego remisu w fazie grupowej z Hiszpanią. Na przykład obrońcę Pico Lopesa, kaperowanego do gry za pośrednictwem serwisu LinkedIn (działacze piłkarscy z Republiki Zielonego Przylądka wiedzieli, że występuje w Irlandii zawodnik, którego ojciec urodził się na archipelagu, a ten napisaną po portugalsku wiadomość początkowo uznał za spam), a zwłaszcza 40-letniego bramkarza, którego wzrost zasięgów na Instagramie stał się ponoć jednym z dowodów na nieprzemijającą magię mundialu (wolałbym jednak, by dowodem magii mundialu stał się ten mecz).

Matka bramkarza: co teraz zrobi Vozinha

„Gdybyś kojarzył Vozinhę, bramkarza Wysp Zielonego Przylądka z drugiej ligi portugalskiej, byłbym pod wrażeniem. Mam nadzieję, że będzie miał kilka świetnych interwencji” – mówił w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” historyk futbolu Jonathan Wilson jeszcze przed rozpoczęciem mundialu; kilkanaście dni później nazwisko „Vozinha” było już na ustach wszystkich.

Matki bramkarza nie było stać na kupienie sobie biletów na turniej, a o wizie wjazdowej do USA nie mogła nawet marzyć – dziś zasiada na honorowych miejscach stadionowych lóż, pokazywana podczas przebitek w telewizyjnych transmisjach na równi z dziesiątkami osób znanych z tego, że są znane. Zważywszy, że w obecnym klubie skończył mu się kontrakt, podczas obecnego okienka transferowego Vozinha – człowiek, który obronił na mistrzostwach świata osiemnaście strzałów, z czego lwią część pochodziła od piłkarzy z tytułami mistrzów świata i Europy – będzie jednym z najgorętszych nazwisk.

Jasne, Kabowerdeńczycy zdołali wyjść z grupy, jasne, oprócz Hiszpanii, zremisowali jeszcze z Arabią Saudyjską i mającym na tym turnieju potężne kłopoty Urugwajem, ale teraz mieli się zmierzyć z Argentyną – i wszyscyśmy się spodziewali bezproblemowego zwycięstwa mistrzów świata. Ileż można mieć szczęścia, ileż można nadrabiać walecznością, ileż można liczyć na to, że bardziej rozpoznawalny rywal cię zlekceważy?

Piłka i równość: tu wciąż nie wiadomo, kto wygra

Rywal zlekceważył, rzecz jasna, albo chciał zapewnić sobie awans do kolejnej rundy najmniejszym nakładem sił – a tego bogowie futbolu nie wybaczają. I choć można czasami narzekać na nudę tego sportu, w którym przez długie minuty postronni obserwatorzy narzekają, że nic się nie dzieje; choć można szukać sposobów na przyspieszenie boiskowych zdarzeń (obserwujemy to także podczas mundialu 2026 dzięki nowym przepisom, wymuszającym np. szybsze wznawianie gry z autu czy płynniejsze dokonywanie zmian), ale jednego w tym wszystkim zakwestionować się nie da: kiedy dwudziestu dwóch ludzi wychodzi na boisko, jest ono równe dla obu stron. I nie wiadomo, jak skończą się ich zmagania.

Jedenastu z nich może być milionerami pracującymi na co dzień dla największych globalnych marek, a jedenastu – pochodzącą po części z internetowej łapanki zbieraniną, błąkającą się po marginesach światowego futbolu; zbieraniną, której nazwiska brzmią anonimowo nawet dla zawziętych graczy w Football Managera (społeczność skupiona wokół tej gry sieciowej dysponuje wiedzą o futbolu zawstydzającą osoby żyjące z opowiadania o nim w mediach). Ci pierwsi mogą być o niebo lepszymi piłkarzami od tych drugich. Mogą mieć lepszych trenerów i lepsze zaplecze, zarówno kulturowe (trudno znaleźć bogatszą w wielkie gwiazdy i wielkie historie futbolową tradycję, jak argentyńska), jak, by tak rzec, infrastrukturalne (największy stadion na liczącym pół miliona mieszkańców archipelagu może pomieścić ledwie piętnaście tysięcy kibiców).

Ale kiedy zaczynają grać, naprawdę nie wiadomo, kto wygra.

Napięcie w końcówce: co się wydarzyło w dogrywce meczu w Miami

Pilch napisał kiedyś, że mecze bez dogrywek (bądźmy precyzyjni: dodawał jeszcze rzuty karne…) są jak miłość wyłącznie platoniczna – „może ona być wielka, ale bez słynnego napięcia w końcówce nie ma o czym gadać”, więc gdybym był reżyserem filmowym, chciałbym pewnie zacząć od napięcia w końcówce. 

Od tych ostatnich minut dogrywki (dogrywka w meczu Argentyna-Republika Zielonego Przylądka, jak to w ogóle brzmi?!), kiedy Argentyńczycy po raz trzeci w ciągu ostatnich godzin bronili prowadzenia, ataki Kabowerdeńczyków sunęły na ich bramkę jeden za drugim, a niemal niezatrudniany dotąd golkiper Emiliano Martinez, ikona poprzedniego mundialu, uwijał się jak w ukropie, broniąc uderzenia z dystansu, z rzutu wolnego, a nawet sam na sam.

Tak, doliczony czas dogrywki dobiegał końca i gdybyście włączyli ten mecz właśnie wtedy, z nadzieją na obejrzenie kolejnej w dziejach mundiali dramatycznej serii rzutów karnych (skądinąd: czy argentyński sztab w ogóle przygotował swoich piłkarzy do strzelania jedenastek temu akurat rywalowi, mocno wątpię, pod koniec dogrywki panika wśród asystentów trenera Scaloniego musiała być naprawdę nielicha), nie mielibyście pojęcia, która z drużyn jest „tą lepszą”.

Ba, pomyślelibyście pewnie, że „lepsi” są ci grający bardziej zespołowo, atakujący z większym rozmachem, biegający szybciej, naciskający intensywniej, niż ci zepchnięci do defensywy, niezdolni do utrzymania się przy piłce i sapiący z wysiłku. Pomyślelibyście tak, gdyby nie fakt, że nawet nie oglądając piłki na codzień, twarze tych broniących się i sapiących znacie. Jednym z nich jest wszak Leo Messi.

Leo na spacerze: gorzej, że człapała też reszta drużyny

W tzw. regulaminowym czasie mecz zakończył się wynikiem 1:1. I przyznajmy: z początku działo się w nim niewiele, a jeśli się działo, to właśnie za sprawą Messiego. Dopiero w 29. minucie, wkrótce po pierwszej przerwie na nawodnienie, czytaj: na emisję reklam, ale też na pierwsze przekazanie uwag piłkarzom przez trenerów, kapitan Argentyńczyków wybiegł za linię obrońców, dopadł do dalekiego podania od Lisandro Martineza, przyjął piłkę w sobie tylko znany, czytaj: genialny w swojej prostocie sposób, i zapewnił drużynie Albicelestes prowadzenie. 

Jako się rzekło: i przedtem, i potem mistrzowie świata próbowali zapewnić sobie zwycięstwo najmniejszym nakładem sił. Znamy to ich oblicze aż za dobrze – cztery lata temu w Katarze ceną za minimalizm była porażka w fazie grupowej z Arabią Saudyjską i wypuszczone dwubramkowe prowadzenie z Holandią na późniejszym etapie, o roztrwonionej przewadze podczas finału z Francją nie wspominając. O tym, że Messi przez większość meczu po boisku tylko spaceruje, również napisano w ostatnich latach sporo – także na tych łamach. Do tego zdołaliśmy przywyknąć, ba: to w tym spacerowaniu rodzą się genialne myśli, czytaj: akcje. Argentyński problem zaczyna się wtedy, gdy w tryb spacerowy wchodzą towarzysze Messiego.

Wspomniałem, że faworyci uznający, że mecz już się wygrał, to coś, czego futbolowi bogowie nie wybaczają. W sumie nic dziwnego, że choć Kabowerdyjczycy swój pierwszy strzał oddali w 53. minucie, to sześć minut później mieli już wyrównującego gola – i Argentyńczycy, którzy wyszli na boisko, żeby zaoszczędzić energię na ćwierćfinał, musieli grać przez dodatkowe pół godziny.

Rogi Messiego: obrońcy tytułu grają dalej dzięki stałym fragmentom

Jednak o tym, czy Argentyna ma problem z mentalnością, czy z taktyką, czy jest nadmiernie uzależniona od Messiego, czy próbuje być nadmiernie pragmatyczna – niech piszą eksperci od mentalności lub taktyki. Sam Messi przyznawał w pomeczowym wywiadzie, że kiedy rywale atakowali, jego drużyna nie była w stanie za nimi nadążyć; że wydawało się, iż grają w przewadze jednego zawodnika – w istocie grali, bo przecież on sam w pressing i uganianie się za rywalami bynajmniej się nie angażuje, a wykonujący czarną robotę za niego pozostali gracze ofensywni nie zawsze mają w związku z tym siłę na przeprowadzenie szybkiego ataku.

Co ciekawe: o zwycięstwie Argentyny ostatecznie przesądziły dwa gole po stałych fragmentach gry. Nie cudowny drybling, nie jeszcze jeden błysk geniuszu Messiego, ale dwie piłki zagrane przezeń z rzutu rożnego, najpierw do Lisandro Martineza, a potem do Cristiana Romero. To dzięki główce tego ostatniego i późniejszemu rykoszetowi od Dineya Borgesa, Argentyna po raz trzeci wyszła na prowadzenie – i ostatecznie zwyciężyła 3:2.

Gol turnieju: Sydney Lopes Cabral łapie się za głowę

Do meczu z Argentyną symbolem reprezentacji Republiki Zielonego Przylądka był Vozinha, pod niebem Miami jednak narodził się kolejny narodowy bohater tego kraju. Gol Syndeya Lopesa Cabrala w 102. minucie spotkania, gol dający jego drużynie wyrównanie na 2:2, był jak iluminacja: mistrzostwa świata to najlepsze, co nasza kultura ma dziś do zaoferowania.

Czy potrafię to opisać? Nieniepokojony przez Argentyńczyków Cabral ma piłkę na połowie boiska i przed sobą kilkadziesiąt metrów otwartej przestrzeni, oddaje futbolówkę truchtającemu przy linii bocznej Vareli; obaj zawodnicy wymieniają się pozycjami, po czym Cabral odgrywa w kierunku środka boiska do Jamiro Monteiro; Argentyńczycy, przesuwając się, tracąc go na moment z oczu, więc kiedy piłka wraca znów na lewe skrzydło do Cabrala, ten ma przed sobą tylko jednego przeciwnika, Thiago Almadę. Wymija go dość prostą sztuczką. Ścina do środka. Jest tuż za linią pola karnego. Uderza prawą nogą w długi róg bramki Martineza, idealnie poza zasięgiem rąk golkipera, a potem pędzi w stronę fanów, łapiąc się za głowę, jakby do niego również nie docierało, co tu się właściwie wydarzyło.

Naprawdę nie chodzi tylko o zachwycający z perspektywy neutralnych kibiców moment, w którym po bitych dwóch godzinach gry – tyle już upłynęło, doliczając minuty, o które sędziowie przedłużali obie połowy – wciąż nie wiadomo, jak to się skończy. Chodzi o to, że na turnieju obfitującym skądinąd w efektowne bramki, nie było chyba gola bardziej obfitującego w znaczenia.

Cabral w uniesieniu wpadł aż na trybuny i przez kilka sekund czekał, aż dobiegnie doń siedząca wyżej dziewczyna; po meczu mówił, że ma nadzieję, iż ktoś zrobił mu kilka zdjęć dokumentujących fakt, że przebywał na jednym boisku z Messim – ale doprawdy będzie miał z tego dnia pamiątkowe fotografie, na których niepotrzebni są statyści, nawet jeśli mieliby na koncie osiem Złotych Piłek.

Mundial w USA: jak cofnąć czas

„Pod pewnym względem są symbolem tego mundialu – rozgrywanego w świecie zmieniających się hierarchii, świecie mobilności i postkolonialnych przetasowań” – napisał o reprezentacji Capo Verde, niemal w całości złożonej z piłkarzy wychowanych na emigracji, publicysta „Guardiana” Barney Ronay. „Czym właściwie jest Republika Zielonego Przylądka? Archipelagiem liczącym zaledwie 600 tysięcy mieszkańców, a jeśli spojrzeć wstecz, dawną placówką handlową, punktem przeładunkowym, przechodzącym z rąk do rąk między mocarstwami kolonialnymi, z diasporą rozsianą po Stanach Zjednoczonych, Holandii i Francji. Piłka nożna stała się sposobem na naciśnięcie przycisku >>cofnij<< i ponowne pozszywanie rozproszonych fragmentów narodu w jedną całość”.

To była noc, podczas której można było zapomnieć o świecących na futbolowym firmamencie gwiazdach: o golach Mbappé, Haalanda, Kane’a, o wchodzących w smugę cienia Modriciu i Ronaldo, o przeprowadzającym się właśnie do Chicago Lewandowskim, ba, chwilami można było zapomnieć nawet o Messim, choć na tym boisku grał i choć zszedł z niego jako zwycięzca. Interwencje i nonszalancki drybling 40-letniego bramkarza Vozinhi, a bardziej jeszcze ów strzał Cabrala, na kilka bezcennych minut przywracający poczucie, że w futbolu i w życiu naprawdę wszystko jest możliwe – zostaną już na zawsze, i to nie tylko na zakurzonych półkach bibliotek w sekcji Historia sportu.

Atlasy z dzieciństwa: jak odnaleźć Curaçao

O tym, po co jest mundial, również napisano wiele. Jego pomysłodawca Jules Rimet wierzył, że dzięki mistrzostwom świata zobaczymy świat bardziej pojednany – mylił się. Późny wnuk Rimeta, obecny prezydent FIFA Gianni Infantino wierzy, że dzięki mistrzostwom świata osiąga się gigantyczną władzę i gigantyczne zyski – nie myli się. Ale wciąż pozostaje coś jeszcze.

KIedy jesteś dzieckiem i oglądasz swój pierwszy mundial, nie masz oczywiście pojęcia, gdzie leżą te wszystkie krainy o egzotycznie brzmiących nazwach. Moje pokolenie ślęczało nad atlasami, dziś wystarczy aplikacja w smartfonie (ale zwyczaj rysowania i kolorowania flag szczęśliwie oparł się cyfryzacji). „Republika Zielonego Przylądka, państwo wyspiarskie na Oceanie Atlantyckim, położone ponad 450 km na zachód od zachodnich wybrzeży Afryki” – sylabizujesz z wysiłkiem, tak jak sylabizowałeś wcześniej „Curaçao – kraj autonomiczny Holandii w Ameryce Południowej i jedna z wulkanicznych Wysp Zawietrznych w archipelagu Małych Antyli”, zastanawiając się przy okazji, co to może być ów „kraj autonomiczny”.

Bez futbolu niczego by nie było. Tego momentu, w którym wydaje się, że naprawdę można cofnąć czas (napisał ktoś do mnie po meczu w serwisie X, że rzadko się zdarza, by jedna akcja pozwoliła na przeniesienie nas do dzieciństwa – a więc nie było to tylko moje wrażenie...). Tego poczucia, że wszystko jest jeszcze możliwe, i że są jeszcze w świecie miejsca, w którym wszyscy są równi i mają równe szanse. Doświadczenia epifanii, w mgnieniu oka uwalniającej od zmęczenia i trosk ostatnich dni – ale przeczucia kruchości także, bo nawet jeśli tym razem wygrał, to ile jeszcze będziemy mogli Messiego oglądać?

Qué hermoso es el fútbol, dziękuję, dziadku, że zabrałeś mnie wtedy na mecz Okocimskiego.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł